FANDOM


Twórcą tego artykułu jest użytkownik: Puzel
Jest on zatem właścicielem artykułu i nikt inny nie powinien edytować tego artykułu, chyba, że poprawia błędy lub został upoważniony do edycji przez właściciela.
Uniform o

1. Równi i równiejsiEdytuj

Dla osób z zewnątrz, Onmitsukidō zawsze było dziwną i tajemniczą organizacją. Bynajmniej nie ze względu na swój utajniony charakter, ale na zasady i zwyczaje tam panujące. Jest to chyba jedna z najbardziej hermetycznych i w pewien sposób elitarnych formacji podlegających Centrali 46. Elitarnych nie tyle ze względu na nadzwyczajne umiejętności jej członków, ale bardziej na ich pochodzenie. Bardzo niechętnie patrzy się tam na ludzi z gminu, co tłumaczy fakt, że jest ich tam niewielu. Onmitsukidō bardzo często mylone jest z 2. Oddziałem Gotei 13. Tak na prawdę z prawnego punktu widzenia są to organizacje zupełnie od siebie niezależne, a jedyne co je łączy to wspólny dowódca. Członkowie 2. Oddziału wspomagają działania Tajnych Służb Operacyjnych, ale nigdy nie powierza się im zadań większej wagi. Zwykle zasilają Siły Karno-egzekucyjne na szeregowych stanowiskach lub Korpus Patrolu. Ważniejsze wydziały jak na przykład Dywizja nadzorcza czy Korpus Dochodzeniowy są zarezerwowane wyłącznie dla osób szlacheckiego pochodzenia. Do Onmitsukidō można dostać się jedynie przez znajomości z wpływowymi i nie rzadko bardzo zamożnymi rodami, co dla osoby pochodzącej z Rukongai jest praktycznie nieosiągalne. Nikt za bardzo nie kryje się z tą dyskryminującą praktyką. Często w nieformalnych rozmowach pada wytłumaczenie tego stanu rzeczy jako czysto pragmatycznego działania. Onmitsukidō jest formacją na której barkach spoczywa wiele ważnych decyzji a jej funkcjonariusze są z tego powodu niezwykle narażeni na przekupstwo. Ludzie bogaci są mniej łasi na pieniądze, a przynajmniej suma za jaką będą w stanie zaryzykować swoje stanowisko jest nieporównywalnie większa i mało kto może ją zaoferować. W obrębie organizacji panuje feudalny, hierarchiczny porządek, który od setek lat tworzy dziewięć rodów. Oczywiście nigdzie nie jest zapisane, że ród ród Kagabu, Inihara, Ōmaeda, Kataoka, Oshin czy Shibukji podlegają rodom Feng i Abukara, które służą rodzinie Shihōin, ale i tak wszyscy podporządkowują się tej hierarchii. Zawsze mile widziane są osoby z poza rodzin powiązanych z organizacją, o ile również płynie w nich błękitna krew. Takie zasady rekrutacji sprawiają, że można nie odczuć w, którym momencie wyszło się z pałacu rodu Shihōin i weszło na teren baraków Onmitsukidō, które są z nim połączone. Słowo baraki jest tutaj niebywale mylące, ale oficjalnie tym właśnie są rozległe pałacowe kompleksy otoczone wypielęgnowanymi ogrodami. Każdy średniej rangi oficer posiada gabinet większy niż sala zebrań kapitanów Gotei 13, nie mówiąc już o przyległych do tego pomieszczeniach prywatnych, stawach, ogrodach, tarasach i innych tego typy zbytkach. W jednym z takich gabinetów swoją poranną herbatą delektował się Komisarz Usagi Yamada. Powoli sączył gorący wywar o bursztynowej barwie przeglądając raporty z niedbałej sterty papierów leżącej na biurku. Usagi dopił herbatę i spojrzał pytająco na siedzącego przed nim młodego mężczyznę.

-Nazywasz się Kyoji, tak? Dobrze pamietam? - Zapytał leko marszcząc brwi.

-Tak, panie komisarzu.

-Chcesz herbaty?

-Emm... Właściwie to mam panu coś do przekazania. - Powiedział mężczyzna wręczając Usagiemu zapieczętowaną wiadomość.

-Aaa... rozumiem... dziękuję. - Powiedział rzucając kopertę na stertę dokumentów.

-N...Nie otworzy pan? - Zapytał lekko zdezorientowany shinigami.

Usagi spojrzał na niego spod półprzymkniętych powiek i przewrócił oczami z dezaprobatą. Niechętnie otworzył zapieczętowaną kopertę. Od niechcenia i jakby za karę wybiórczo odczytał treść, ale w miarę zagłębiania się w lekturę jego twarz przyjmowała poważniejszy wyraz. Na końcu zbladł zupełnie. Pustym wzrokiem wpatrywał się w kawałek papieru po czym odłożył go na biurko.

-Czy coś się stało? - Zapytał zaniepokojony.

-Wezwij wszystkich do mojego biura. Natychmiast.

Shinigami z przerażeniem w oczach wybiegł z gabinetu. Usagi westchnął głęboko i przejechał po twarzy rękoma opadając na wysokie oparcie krzesła. Nie trzeba było długo czekać zanim w biurze pojawią się wszyscy członkowie jego plutonu. Około dwudziestu osób weszło w milczeniu do gabinetu z niepokojem wyczekując reakcji swojego przełożonego. Yamada podniósł się na krześle i oparł łokciami o blat biurka.

-Ehhh... Mam wam do przekazanie rozkazy, które przed chwilą otrzymałem od Głównodowodzącego. Sytuacja z Quincy uległa zaostrzeniu. Tak jak myślałem nie udało się wypracować z nimi żadnego porozumienia, więc pozostaje tylko jedno wyjście. Centrala 46 podjęła decyzję o całkowitej eliminacji ich rodzaju.

Na sali zapanowała cisza przerywana cichymi szeptami. Przerwał ja jeden z shinigamich stojących koło wyjścia.

-No i bardzo dobrze! Pokażemy im panie Komisarzu.

Usagi spojrzał na niego surowym wzrokiem i powiedział beznamiętnie.

-Nie. Nie pokażemy im, Shoji. Nasz pluton został wyznaczony do innego zadania.

Yamada wstał z krzesła i stanął przed zebranymi oficerami. Wszyscy przyglądali się mu w milczeniu z niecierpliwością czekając na jakieś wyjaśnienia. Usagi obrzucił ich smutnym spojrzeniem po czym z wolna kontynuował wypowiedź.

-Naszym zadaniem jest eliminacja mieszkańców Rukongai w obrębie Okręgu Inuzuri. Nieodpowiedzialna zemsta Quincy na Pustych pożerających dusze ich bliskich doprowadziła do poważnego zachwiania równowagi dusz. To według Centrali jedyny sposób na stabilizację. Łącznie zostanie oczyszczonych trzydzieści z osiemdziesięciu okręgów. Nie muszę chyba nikomu mówić co jest karą w razie niewykonania rozkazu lub dezercji w warunkach bojowych. Operacja rozpoczyna się za kilka godzin. Zbiórka po zmroku na głównym placu korpusu. To... chyba na tyle.

Na sali zapadła cisza. Nikt nie mógł uwierzyć w to co przed chwilą usłyszał. Niektórzy mieli nawet nadzieję, że to bardzo niesmaczny żart, ale powaga ich przełożonego sprawiała, że coraz bardziej w to wątpili. Usagi jeszcze raz zmierzył wzrokiem zaszokowanych shinigamich i wyszedł bez słowa z gabinetu.


Sozaburo Kataoka siedział na korytarzu opierając się plecami o ścianę. Był dziedzicem jednej z najbardziej wpływowych rodzin w Onmitsukidō. Do plutonu komisarza Yamady dostał się jedynie dzięki znajomościom swojego ojca. To miała być ciepła i bezpieczna posada na wysokim stanowisku i rzeczywiście taka była... aż do dzisiaj. Wszystko zmieniło się w koszmar w ciągu jednego dnia. Ściskał w ręku kartkę z wytycznymi, którą dostał niedawno od dowództwa. Miał jeszcze nikłą nadzieję na to, że uda mu się jakoś wykręcić z tego szaleństwa. Drzwi na końcu korytarza otworzyły się gwałtownie i z biura dowódcy plutonu wyszedł szybkim krokiem zdenerwowany mężczyzna przeklinając pod nosem.

-Następny, proszę~! Jest tam ktoś jeszcze? - Zapytał głos z głębi korytarza.

Sozaburo podniósł się z ziemi i niepewnie wszedł do środka. Za zawalonym papierami i butelkami po sake biurkiem siedział młody chłopak w czarnym haori. Sozaburo przez chwilę przypatrywał się dziwnemu rumieńcowi na jego twarzy po czym usiadł na krześle po drugiej stronie biurka.

-Yamada-san... Mogę zająć chwilę...? - Zapytał nieśmiało.

-Proszę... Mam tylko nadzieję, że nie przyszedłeś tutaj prosić mnie o wypowiedzenie posłuszeństwa wzdlędęm Centrali tak jak reszta.

-Nie... ja tylko chciałem... Chciałem się zapytać czy istnieje możliwość odejścia ze służby.

Usagi zmierzył go znudzonym spojrzeniem i powiedział cicho nie patrząc mu w oczy.

-Nie wiem co sobie o mnie myślicie, ale nie mam wpływu na to jakie dostajemy rozkazy. Mam natomiast wpływ na to jak i czy w ogóle je wykonacie. To jest moje główne i tak na prawdę jedyne zadanie jako dowódcy, a wy przychodzicie sobie tutaj i chcecie żebym odmówił wykonania polecenia? Chyba was już kompletnie pogrzało... Nie jest łatwo dowodzić taką bandą rozpuszczonych szlachetków, którym wydaje się, że wszystko można załatwić pieniędzmi i wpływami. Rozkaz to rozkaz i nie ma od tego odwołania. Jeśli chcesz się zwolnić, to masz taką możliwość, ale po zakończeniu operacji.

-Ale... czy nie lepiej by było gdyby zajął się tym ktoś inny? Nie jestem mordercą! Nie chcę nim być.

-Słyszałem to już dzisiaj. Mówisz to samo co cała reszta i usłyszysz tą samą odpowiedź. - Powiedział wstając z krzesła.

-Gdzie pan idzie?

-Tam gdzie ty. Na dziedziniec. Za dziesięć minut wyruszamy.


Zmrok zapadł nad bezkresnym, ciągnącym się aż po horyzont slumsem. Przez dzielnicę biedoty powoli maszerował zbrojny orszak wzbudzając nieufność wśród okolicznych mieszkańców. Shinigami czuli na sobie ich podejrzliwe spojrzenia i nie mogli tego znieść. Yamada jechał konno na przedzie kolumny prowadząc za sobą dwudziestoosobowy oddział, który szczerze go nienawidził za obecny obrót sprawy. Wyraźnie słyszał jak spiskują przeciwko niemu, tuż za jego plecami. Nie byli ludźmi obowiązku, którzy za wszelką cenę wypełniają swoją powinność. Mieli pieniądze, wpływy i władzę dzięki, którym rzadko kiedy byli od kogoś zależni. Usagi wiedział, że nie może z nimi postępować jak ze zwykłym żołdactwem, bo inaczej skończy z nożem w brzuchu. W jednostce, gdzie ściany mają uszy, musiał grać nieugiętego lojalistę, ale rozkaz Centrali nie podobał mu się w równym stopniu co jego podkomendnym. Po kilku godzinach od otrzymania rozkazu, szok i niedowierzanie ustąpiły a na ich miejsce pojawiały się złość i urażona duma. Dla większośći wysoko urodzonych Centrala 46 nie miała żadnego autorytetu. Kiedy musieli wypełniali jej polecenia tylko i wyłącznie ze względu na prawo, ale wszystko ma swoje granice, których nie należy przekraczać. Usagi zatrzymał konia przy niezbyt zachęcającej, ale jedynej w okolicy gospodzie. Jego pluton obrzucił go nienawistnym spojrzeniem. Niektórzy powoli sięgali już po broń w obawie o to, że chce wszcząć rzeź zaczynając od tego przybytku. W powietrzu dało się wyczuć olbrzymie napięcie. Wielu oficerów powoli przesuwało drżące ręce w stronę rękojeści. Yamada spojrzał pogardliwie na grupę przymierzających się do dobycia mieczy shinigami i zsiadł z konia.

-Ręce cię świerzbią Tanaka? Lepiej daj sobie na wstrzymanie, bo komuś stanie się krzywda.

-A nie po to nas tutaj przyprowadziłeś? Chyba właśnie o to chodzi żeby komuś stała się krzywda! Czy się mylę?! - Krzyknął gruby shinigami.

-Oj już się tak nie emocjonuj... - Machnął ręką Yamada.

-Lepiej uważaj chłopcze. Zabawa w dowódcę może się źle dla ciebie skończyć. Nie jestem zbirem do wynajęcia! Rozejrzyj się tylko gdzie my, kurwa jego mać jesteśmy! Sram na całą tą jebaną Centralę i jej rozkazy. Nie jesteśmy ich chłopakami od brudnej roboty!

-Mało oryginalna groźba... co nie zmienia faktu, że gdybyś służył w normalnym oddziale, gdzie panuje porządek i dyscyplina byłyby to twoje ostatnie słowa. Jednak... Nasza jednostka jest specyficzna. Jesteśmy tolerancyjni na takie zachowania i przymykamy oko, nawet jesli jakiś fiucio wygraża swojemu dowódcy... Taka mała dygresja... Ale masz rację... Zgadzam się z tobą w stu procentach. Centrala chyba zapomniała gdzie gdzie jej miejsce wysyłając nas na to zadupie. Większość z was... sądząc po waszych minach zapewne sądzi, że mam zamiar wykonać ich rozkaz nawet jeśli się z nim nie zgadzam. Można było odnieść takie wrażenie, to prawda... ale jakie miałem wyjście? Gdybym przystał na waszą propozycję i odmówił, wszystkich nas wsadzili by do Siedliska Larw. A ja nie zamierzam ani siedzieć w pierdlu ani mordować cywili.

-Co więc proponujesz? - Zapytał wysoki mężczyzna z drugiego szeregu.

-Porządną kolację po długiej podróży. - Powiedział wskazując na dwupiętrową gospodę. - A po kolacji zastanowimy się jak zaradzić tej mało komfortowej sytuacji. Jeśli nadal chcecie mnie zlikwidować to zapraszam, ale tym którzy to przeżyją nie wróżę szczęśliwego powrotu do domu, a przecież oto właśnie chodzi nam wszystkim, prawda?

Atmosfera wyraźnie się rozluźniła i na twarzach wszystkich na nowo zagościł uśmiech. Szczególnie na twarzy właściciela zajazdu pana Yabu, który dzisiejszej nocy zapewnił dostatnie życie sobie, swoim dzieciom, których jeszcze nie miał, ich wnukom i prawnukom. Nocleg kosztował 200 kan, a każdy chciał zapłacić za siebie i swój pokój osobno. Nikt jednak nie miał przy sobie niższej jednostki monetarnej niż pięciouncjowa tabliczka złota. Nadwyżkę potraktowano jako napiwek dla właściciela. To kwestia honoru i dobrego wychowania, które w tym środowisku są traktowane bardzo poważnie kiedy jest okazja do okazania swojej zamożności i hojności przed innymi. Kiedy gospodarz się trochę uspokoił i jeszcze raz przyjął leki na serce zarządził przygotowania do kolacji poczynając od wyrzucania wszystkich dotychczasowych gości razem z nich bagażem. Nie minęła godzina zanim shinigami zasiedli razem przy uginającym się od różnego rodzaju potraw stole wokół, którego nieustannie krążył pan Yabu wraz z żoną, pospiesznie usługując gościom. Nie trzeba było długo czekać zanim ktoś zacznie rozmowę na temat całej operacji i jej dalszego przebiegu.

-Właściwie to... ktoś wie dlaczego wysłali tutaj akurat nas? Przecież to niedorzeczne! - Rzucił pytaniem starszy sierżant Sachi Kuroda.

-Niedorzeczne? A kogo mieli wysłać? Gotei 13?! Tam prawie każdy urodził się na świńskim gnoju! Mieliby szlachtować swoich? Już to widzę! - Powiedział wyraźnie rozbawiony Tanaka.

Drwiny z pospólstwa zawsze wywoływały salwy śmiechu wśród członków plutonu komisarza Yamady, a w szczególności na zakrapianych imprezach takich jak ta. Na chwilę wszyscy zapomnieli o swoim trudnym położeniu między obowiązkiem, moralnością i zwyczajną niechęcią do brudzenia sobie rąk. Usagi wychylił czarkę sake i spojrzał na siedzącego obok Sozaburo.

-A ty co taki markotny? Nadal chcesz odejść ze służby?

-Ehhh... nie wiem... Nie podoba mi się to. Co zrobimy dalej? Musimy jakoś wykonać rozkaz... Nic się nie polepszyło w tej kwestii.

-Spokojnie... Rozkaz mamy wykonać, ale nikt nie powiedział na kiedy. Zobaczymy jak poradzi sobie reszta. Kilka mil stąd stacjonuje oddział nadkomisarza Funabashiego. Podobno niezły z niego sukinsyn. Prędzej pozabija wszystkich gołymi rękoma niż pójdzie na lewiznę jak my. Ale masz rację... trochę wpadliśmy i nie sposób tego ukrywać. Nie wiem co zrobimy, ale coś się wymyśli. Poczekajmy na rozwój wydarzeń.

-To co dzisiaj się stało... ja przepraszam... - Powiedział Sozaburo kłaniając się nisko.

-Co?

-Spiskowałem przeciwko panu. Reszta myślała, że chce pan nas wszystkich zmusić do wykonania tego rozkazu... Chcieliśmy pana pojmać w razie potrzeby i...

-Nic sobie z tego nie rób. To nieistotne. Nie podoba mi się to tak samo jak wam... Poza tym nie jestem szaleńcem w brew temu co się mówi. Nie porwałbym się na dwudziestu chłopa nawet gdybym miał pierdolca na punkcie obowiązku i innych tym podobnych bzdetów. To w brew głównej zasadzie Onmitsukidō.

-Zasadzie?

-No wiesz... tej debilnej formułce, której każą się uczyć w Akadami... jak to szło?

-Aaaaa.... Jeżeli widzisz, że wróg przyparł sojusznika do muru, uznaj to za idealną szansę. I zamiast wtrącać się do walki, zajdź go od tyłu i zabij. A jeśli jesteś za słaby, by to zrobić, stój i patrz, jak twój towarzysz ginie. - Wyrecytował jednym tchem.

-No właśnie. To raczej nie jest myślenie samobójcy. To myśl nastawiona na przetrwanie nie na walkę za wszelką cenę. Nigdy nie dopuściłbym do tego żeby mój własny odział stał się moim wrogiem. Jeśli mam w oddziale dwudziestu zdrajców racji stanu to nie pozostaje mi nic innego niż stać się dwudziestym pierwszym.

-Cóż... trochę.... osobliwa interpretacja...

-Tak, tak wiem co sobie myślisz... Nigdy nie byłem dobrym dowódcą. Nawet tego nie ukrywam. Zobacz tylko na ten bajzel. Tańczę jak mi zagracie.....ale... jaki mam wybór? Nawet nie wiesz jak ciężko dowodzić ludźmi takimi jak wy... nie boicie się sądu polowego bo mało kto jest na tyle głupi żeby stracić szlachcica. Przekupić też się was nie da bo wszyscy mają pieniądze. Więc co mi zostaje? Moje słowo jako dowódcy, którego słuchacie tylko wtedy jak wam wygodnie. Jestem starszy stopniem, ale w praktyce to tylko pusta formułka. Nic nie znaczący tytuł przed nazwiskiem.

-Proszę tak nie mówić Yamada-san. To nie tak jak wygląda. My po prostu...

-Nie musisz się tłumaczyć... Jestem taki sam jak wy. Uwielbiam ten oddział, bo wszyscy tutaj wiedzą o co tak na prawdę chodzi... Zupełnie nie przeszkadza mi to, że dowodzę wami tylko w teorii. Bo wtedy odpowiedzialność za ten cały burdel ponoszę też tylko teoretycznie. Twoje zdrowie. - Powiedział z uśmiechem wznosząc toast.

Sozaburo spuścił głowę na dół i umilkł na dłuższą chwilę. Podkomisarz Tanaka chwiejnym krokiem wyszedł na środek lekko się zataczając i rozpoczął wznoszenie całych serii pijackich toastów. Pierwsza piątka dotyczyła spraw woskowych takich jak szczęśliwy powrót do domu i zwycięskie walki ale koło dziesiątej kolejki skończyła mu się wena i wszyscy pili za zdrowie żony gospodarza, dobrą pogodę i łagodnego kaca. Przy takim tempie większa część szybko znalazła się pod stołem i tym radosnym akcentem zakończyła świętowanie. Ostali się jedynie najtwardsi zawodnicy z najmocniejszymi głowami i Sozaburo, który nie był w nastroju do picia. Jako jedyny trzeźwy wstał od stołu i zszedł na dół do przygotowanych przez pana Yabu pokoi. Był bardzo zmęczony jednak nie chciało mu się spać. Stanął przy oknie chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza kiedy usłyszał w oddali dziwny trzask przypominający dźwięk walącego się budynku. Wychylił się lekko za framugę. Jego twarz momentalnie pobladła kiedy zobaczył wielką czerwoną łunę nad zachodnim niebem. Ogień w oddali trawił wszystko aż po horyzont. Nie potrafił dokładnie ocenić odległości, ale pożar szalał raczej w innym okręgu.

Zaczęło się. - Odezwał się kobiecy głos za jego plecami.

Przy niewielkim palenisku w podłodze siedziała czarnowłosa dziewczyna z fajką w ustach czyszcząc połyskujący w świetle ognia miecz. Spojrzała obojętnie na chłopaka i rzuciła od niechcenia.

-Ty jesteś ten nowy, ta?

-Emm... Chyba tak.. Nazywam się Sozaburo a ty...?

-Słyszałam jak spiskujesz z Tanaką przeciwko Yamadzie. Dobrze ci radzę nie rób tego więcej. Tanaka to sprzedajny wieprz. Możesz wiele stracić jeśli będziesz się z nim zadawał. Tylko cię wykorzysta. Lepiej trzymaj się blisko Yamady. On..... też może cię wykorzystać, ale zwykle wszyscy wychodzą na tym lepiej niż wtedy kiedy sami o sobie decydują. Jest trochę jak... chciałoby się powiedzieć... jak ojciec ale jest na to za młody... Raczej jak kumpel. Uwierz mi w innym oddziale już dawno polałaby się krew przy takiej jeździe jak dzisiaj. A nazywam się Hayami Echiko. Miło cię poznać i w ogóle...

-Ja wcale nie spiskowałem tylko.... Z resztą nie ważne... Co tam się dzieje? Czy oni naprawdę robią co kazała im Centrala?

-A co myślałeś? Ogniem łatwiej. Pewnie jak skończą u siebie przyjdą sprawdzić jak nam poszło i może być problem...

-Problem?

-Nie wiem co planuje komisarz. Jak dla mnie cała ta sprawa jest przegrana, ale nie będziemy nic wiedzieli bez monitorowania sytuacji.

Hayami z powrotem złożyła miecz i wstała od ognia. Zmierzyła Sozaburo wzrokiem po czym bez słowa wyszła na zewnątrz. Kiedy tylko opuściła ciepłe pomieszczenie spoliczkował ją siarczysty mróz. Szła powoli chowając zmarznięte dłonie w rękawach. Raz po raz zatrzymywała się na chwilę za winklem unikając nagłych zrywów zimnego wiatru. Mijając okoliczną świątynie przystanęła na dłuższą chwilę wsłuchując się w ciszę.

-Na prawdę... Skończmy z tą dziecinadą... Po co za mną idziesz, chłopcze? - Powiedziała z lekkim poirytowaniem w głosie.

-Chciałem tylko sprawdzić dokąd idziesz... Może przyda ci się pomoc? - Zapytał Sozaburo wychylając się z za rogu.

-Ehhh... młody... Normalnie kazałabym ci spadać, ale niestety tak się składa, że dobrze by było, gdyby ktoś mi towarzyszył. Miał to zrobić Shimpachi, ale leży teraz pod stołem we własnych rzygach. Samotna kobieta ściąga na siebie same kłopoty w takich miejscach jak to. Nie żebym sobie nie radziła... ale ciężko wtedy nie zwracać na siebie uwagi, a tego bardzo chciałbym uniknąć.

-Nie rozumiem... potrzebujesz... pomo...?

-Nie! - Rzuciła stanowczo. - Skoro już się napatoczyłeś to ci powiem. Yamada chce znać sytuację w okolicy. Fukuda i Miyagi mieli sprawdzić co się dzieje na południu, a ja i Shimpachi na zachodzie. Niestety jak już mówiłam zalał się w szpadel a ja zostałam z ręką w nocniku. Więc gdybyś był tak miły...

-Czyli jednak potrzebujesz pomocy. - Powiedział z dziwnym uśmiechem Sozaburo.

-Nazywaj to jak chcesz. Misja zwiadowcza nigdy nie jest wykonywana przez jedną osobę. Zbyt duże ryzyko niepowodzenia.

-Wchodzę w to.

-Wchodzisz w co...? - Zapytała unosząc brew.

-No.... w sensie, że się zgadzam...

-Głupio to brzmi. Chodź nie mamy wiele czasu... Musimy przebyć jak najdłuższą drogę przed świtem. Za dnia lepiej się nie ujawniać póki nie znajdziemy innych ubrań.

-Innych ubrań?

-Shinigami mordują mieszkańców na masową skalę. Wolałabym nie wyglądać jak jedna z nich. Chodź za mną. Jak przyśpieszymy tępa będzie trochę cieplej - Powiedziała Echiko i biegiem ruszyła przed siebie.

Sozaburo skinął głową i pobiegł za kobietą drogą prowadzącą przez rozległe ryżowisko poza miastem. Noc była głęboka a niego zasnute chmurami. Widząc czarne obłoki dymu unoszące się nad zachodnią dzielnicą, zwątpił przez chwilę w słuszność swojego wyboru, ale było już za późno na odwrót. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że wpakował się w nie lada kłopoty z własnej nieprzymuszonej woli. Biegnąc przed siebie, prowadzony przez kobietę, którą znał od dziesięciu minut w stronę samego serca ludobójczej masakry, poczuł obce sobie pragnienie. dzisiejszej nocy słuchając pijackich opowieści starszych oficerów, sam też zapragnął przeżyć coś o czym będzie mógł później opowiadać przy butelce.


2. Chichot historiiEdytuj

Usagi wstał dzisiaj z ogromnym bólem głowy. Z trudem podniósł się z pod stołu i obrzucił izbę mętnym spojrzeniem. Wspierając się na blacie dźwignął się z ziemi i chwiejnym krokiem zszedł na dół, obijając się o ściany w wąskim przejściu między piętrami. Okropne uczucie suchości, które towarzyszyło mu od samego przebudzenia dawało o sobie znać coraz bardziej. Rozejrzał się po niewielkim korytarzu na parterze i po krótkim namyśle wszedł do zaparowanego pomieszczenia. W środku było duszno a na podłodze walały się ręczniki i wiaderka. Shinigami podszedł do dużej bali z wodą, zanurzył w niej głowę i pił aż nie poczuł na plecach lekkiego szturchnięcia. Powoli wynurzył się z wody i odwrócił w stronę wysokiej nagiej kobiety przyglądającej mu się z lekkim zdziwieniem.

- Emmm.... to jest chyba.... damska łazienka tak...? - Wydukał zachrypniętym głosem.

- Damska? Nic mi o tym nie wiadomo, ale na pewno jest jednoosobowa. - Powiedziała kobieta z lekkim rozbawieniem.

- No tak... nie wiedziałem, jest... no tego... że zajęte jest... przepraszam.... emmm... Kaoru?

- Setsuko.

- Aaaaa... no tak... łatwo was pomylić...

- Może łatwiej byłoby gdybyś spojrzał mi w twarz.

- ... No to... czas na mnie... przyjdź do mnie później musimy porozmawiać... i Kaoru też niech przyjdzie. - Powiedział Usagi wychodząc na korytarz z lekkim uśmiechem na twarzy.

Zamknął drzwi od łazienki i wyszedł na dziedziniec przed zajazdem. Rozejrzał się z niesmakiem po okolicy i przetarł oczy. Jak okiem sięgnąć nie było widać żywej duszy. Jedynie w oddali poruszał się jakiś czarny bliżej nieokreślony kształt. Shinigami podszedł w stronę bramy i dopiero wtedy w bezkształtnej masie rozpoznał spory tłum biegnących w jego stronę ludzi. Przepłoszeni wieśniacy przebiegli koło gościńca przeraźliwie wrzeszcząc.

- Kur... ani dnia spokoju. Setsuko!!! Ubieraj się i chodź tu!

- Co się dzieje?! - Zapytała kobieta wychylając się z za drzwi.

- Mamy kłopoty, ubieraj się szybko i chodź tu.

Usagi szybkim krokiem wszedł na piętro. W całym budynku nie było nikogo kto mógłby teraz ustać na nogach. Pośpiesznie zatknął za pas swoje zanpakuto i krótszy rodowy miecz po czym zszedł na dół gdzie czekała na niego zniecierpliwiona i rządna wyjaśnień kobieta.

- Co się znowu dzieje?!

- Prawdopodobnie ludzie Funabashiego są bardziej sumienni niż podejrzewałem. Już się zaczęło.

- O czym ty mówisz?

- Musimy sprawdzić jak daleko zaszedł i czy nie zabrał się za nasz teren po tym jak sam już skończył.

- W jedną noc?! Przecież to niemożliwe... Tam mieszka kilkadziesiąt tysięcy osób.

- Żebyś się nie zdziwiła.

Shinigami ruszyli biegiem w stronę z której cały czas napływały niedobitki wykończonej ludności. Na północ od traktu miasto było doszczętnie zniszczone. Wypalona ziemia i popiół mieszały się z zakrzepłą krwią pokrywając ulice obrzydliwą skorupą. Setsuko biegła przodem trzymając już dłoń na rękojeści. Przy niewielkim drogowskazie stała spora grupa ubranych na czarno postaci w teatralnych maskach w większości przedstawiających twarze demonów. Shinigami zatrzymali się kilkanaście metrów przed nimi. Wysoki mężczyzna w czerwonej rogatej masce wyszedł przed szereg i ukłonił się nieznacznie w stronę Usagiego.

- Witam, panie komisarzu. Nie spodziewaliśmy się tutaj pana. - Powiedział nonszalanckim tonem strzepując krew z wyszczerbionego ostrza.

- A ja nie spodziewałem się tutaj was...

- Proszę wybaczyć. Zapuściliśmy się za daleko na południe wczorajszej nocy. Polowanie wymknęło nam się trochę z pod kontroli. Czasem tak się zdarza mam nadzieję, że pan to rozumie...

- Setsuko wracaj do siebie. - Rzucił krótko.

- Słucham?! najpierw mnie ciąg...

- Myślałem, że przyda mi się twoje pomoc, ale możesz już wracać.

- Nigdzie nie idę, poza tym co...

- Wracaj i obudź wszystkich. Kiedy wrócę mają być gotowi i w miarę trzeźwi. - Powiedział z nieczęstą dla siebie powagą.

Kobieta popatrzyła przez chwilę na zamaskowanych shinigami i ulotniła się używając Shunpo. Usagi przeszedł kilka kroków wzdłuż drogi obserwując mężczyzn w maskach. Dokładnie ich policzył i zatrzymał się kilka kroków przed shinigami w czerwonej masce.

- Komisarzu Yamada? Wszystko w porządku? - Zapytał mężczyzna z lekkim zniecierpliwieniem.

Usagi wziął głęboki wdech i lekko wysunął do przodu prawą nogę. Ruchome części rękojeści zgrzytnęły głośno a w powietrze siknął strumień jasnoczerwonej krwi pod dużym ciśnieniem. Przecięta tchawica zarzęziła cicho zasysając łapczywie powietrze. Połyskliwe lekko zakrzywione ostrze kołysało się płynnie między mieczami mężczyzn, jak źdźbło trawy smagane wiatrem. Ciepła jucha ściekająca z błyszczącej klingi kreśliła w powietrzu kręgi, znacząc trajektorie cięcia. Głownia raz po raz wynurzała się z chlupotem z przeciętego torsu, ręki, nogi, lub szyii i zanim gwałtowny podmuch zdążył osuszyć ją z karmazynowej posoki ze świstem zagłębiała się w kolejne ciało. Usagi luźnym ruchem strzepnął krew z ostrza i schował je do pochwy patrząc na ostanie podrygi shinigamich tonących w wielkiej kałuży własnej krwi. Kucnął przy górnej części swojego niedawnego rozmówcy i zdjął maskę z jego twarzy. Po policzkach młodego niebieskookiego shinigamiego spływały łzy. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zadławił się krwią.

- Ktoś kto nie jest gotowy umierać nie powinien brać się za zabijanie. Przestań się mazać.

Mężczyzna lekko uniósł kąciki zakrwawionych ust i z ostatnim oddechem zamknął oczy. Usagi zanurzył ręce w jego krwi, podciągnął rękawy i nakreślił na przedramionach skomplikowany wzór. Wyciągnął dłonie przed siebie i cicho powiedział.

- Bakudo no 77. Tenteikūra.... Sprawy się skomplikowały, Kotetsuji. Musicie zaczynać już teraz. Funabashi jest nieprzewidywalny więc jeszcze dziś potrzebuję wsparcia z Centrali. Pozdrówcie ode mnie naszych czcigodnych mędrców i sędziów. Powodzenia.


W zadymionym ciemnym pomieszczeniu zapanowało lekkie poruszenie. Oczy dziesięciu mężczyzn siedzących wzdłuż ścian pokoju skierowały się w stronę niewielkiego podwyższenia na środku pokoju, okrytego baldachimem z kosztownej tkaniny.

- Słyszeliście, panowie? Usagi... właśnie zakończył naszą dyskusję na temat terminu rozpoczęcia operacji.- Powiedział dźwięcznym głosem jasnowłosy mężczyzna siedzący na podeście.

- No w końcu. Czas się zbierać! - Odezwał się głośno shinigami z fajką w ustach, podrywając się na równe nogi jak oparzony.

- Też tak sądzę... Ito-san. No to... czas chyba na nas. - Powiedział z uśmiechem Kotetsuji.


Blade światło księżyca odbijało się w fosie otaczającej wejście do podziemnego kompleksu Centrali 46. Grupa kilkunastu mężczyzn ubranych w wytworne szaty powoli szła po szerokim moście na którego końcu stał spory oddział gwardzistów. Kapitan straży wystąpił z szeregu i niskim ukłonem powitał shinigamich.

- Dobry wieczór, Kotetsuji-dono.

- Bardzo dobry... dla nas.... no i dla was. Ichiro-kun... mógłbyś? - Powiedział z uśmiechem i skinął porozumiewawczo w stronę niskiego mężczyzny w jedwabnym haori.

Ichiro odwrócił się i wytaszczył na środek dwie ciężkie skrzynie bez wieka wypełnione po brzegi starannie ułożonymi tabliczkami złota.

- Tak jak się umawialiśmy. To wasza zaliczka a to drugie... to taka mała premia... żeby nam się dobrze współpracowało.

Kapitan straży spojrzał ze zdziwieniem na skrzynie po czym uśmiechnął się szeroko i skłonił nisko.

- Również mam nadzieję na owocną współpracę, Kotetsuji-dono.

- Miło mi to słyszeć... zanim zaczniemy... Czy to cały garnizon? Wszyscy przyjęli naszą propozycję równie szybko jak wy?

- Nie do końca... pięć osób nie chciało nawet o tym słyszeć.

- Rozumiem... co się z nimi stało?

- Odeszli ze służby.

- Z jakiego powodu?

- Zły stan zdrowia.

- Bardzo zły?

- Gorzej już się nie da. Niech spoczywają w pokoju...

- Rozumiem... No to wchodzimy... Zamknijcie po nas drzwi i nikogo nie wpuszczajcie.

W sali obrad Centrali 46 panował rzadko spotykany tam gwar. Niektórzy sędziowie powstawali ze swoich miejsc próbując przekrzyczeć się nawzajem a inni przysłuchiwali się temu z zażenowaniem. Co chwile padały hasła takie jak hańba, zdrada i przekupstwo. Sześciu mędrców cicho rozmawiało ze sobą przyglądając się wszystkiemu z góry. Najstarszy z nich właśnie wstał, żeby uspokoić sytuację kiedy rozległ się starszy huk. Ziemia zadrżała a pomieszczenie wypełniło się pyłem. Wszyscy natychmiast ucichli i zamarli w bezruchu. Z wielkiej wyrwy w ścianie dochodziły niosące się echem odgłosy kroków. Do środka wszedł ubrany w kosztowne szaty mężczyzna o jasnych połyskliwych włosach.

- Co to ma znaczyć?! Jak się tu dostałeś? Straż! Shinigami uśmiechnął się złowrogo i przyciszonym tonem powiedział.

- Sajō... Sabaku.

Łańcuchy złotej energii natychmiast skrępowały ciasno 46 mężczyzn i przytwierdziły ich do krzeseł.

- Długo na to czekałem... wiecie? Nawet przygotowałem sobie przemowę, ale potem pomyślałem że to głupie... pójdę na żywioł tak będzie ciekawiej.

- Czego chcesz kim jesteś?! Straż! - Krzyczeli co chwilę sędziowie.

- Zaraz wam wszystko wyjaśnię tylko błagam nie drzyjcie się... nikt tego nie usłyszy.

- Kim jesteś?! Czego chcesz?! - Krzyknął ponownie jeden z sędziów.

- Hmm... nie wiecie kim jestem? Myślałem, że zakłamywanie historii nie dotyczy najwyższych władz... Co za ironia... tak bardzo baliście się prawdy, że sami o niej zapomnieliście. na prawdę nikt z was mnie nie pamięta?... Zobaczmy kto tu siedzi.... o Takemitsu! Ale z ciebie stary grzyb. Pamiętam cię... podczas przewrotu nosiłeś komuś miecze... jak nazywał się ten pajac?... No nie ważne... Kto by pomyślał, że taki wypierdek kiedyś zajdzie tak wysoko...

- Co to ma znaczyć?! Takemitsu-sama! Zna tan tego człowieka?! - Zapytał dziesiąty sędzia. Starzec zamarł w bezruchu. Na jego twarzy malowało się przerażenie i niedowierzanie. Drżącym głosem powiedział.

- Tak... znam. To jest Kotetsuji Kazuya. Królewski Hatamoto.

- Oooo... na prawdę? Nie spodziewałem się po tobie, że będziesz mnie tytułował. Zbytek łaski z twojej strony... ale jednak mnie pamiętasz. To miłe.

- Jak to możliwe... nie postarzałeś się ani trochę przez te wszystkie lata...

- Ci którzy stoją na straży odwiecznych praw zostali obdarzeni długim życiem i przywilejem zakończenia go w każdej chwili, ponadto po śmierci... z resztą... Widzę, że nie macie o niczym pojęcia... trochę szkoda... Chyba będę musiał wam to wszystko wytłumaczyć... Od czego by tu zacząć... Może od samego początku istnienia tej instytucji. Instytucji, której istnienie jest efektem zdrady i niebywałej hańby.

- Jak śmiesz! - Krzyknął trzydziesty sędzia.

- Mogłem się tego spodziewać... że pewnego dnia pójdzie to w zapomnienie. Co za ironia! Na prawdę żałuję, że nie żyją już ludzie, którzy jako pierwsi zasiadali na waszych stanowiskach. Chciałbym zobaczyć ich miny.

- O czym ty mówisz?!

- Proszę nie wrzeszczeć. Zaraz wam wszystko objaśnię. Pewnie wydaje się wam, że reprezentujecie królewską władzę... Echhh... Opowiem wam historię... Dawno, dawno temu... Po odejściu Króla w Soul Society zapanował olbrzymi chaos. Sprawowanie najwyższej władzy powierzył swoim Hatamoto - dziesięciu najpotężniejszym wasalom. Rodom książęcej krwi. Kiedy królewski autorytet zniknął razem z nim przestało istnieć poszanowanie dla prawa. Miasto zaczęły pustoszyć zbójeckie bandy i mordercy. Najsławniejszym z owych parchów w tamtym czasie był niejaki Yamamato Genryusai i jego Oddziały. Nikt nie był w stanie sprostać im w otwartej walce. Pojawili się też tacy którzy widzieli w nim demona ognia, którego przyjście było przepowiedziane dawno temu. Zaczęło się wtedy głoszenie herezji, jakoby to Król z obawy przed nim opuścił Soul Society. Garstka poślednich rodów zdradziło inne klany i otwarcie wystąpiło przeciwko prawu. Sprzymierzyli się z Genryusaiem oddając mu realną władzę wojskową. Do dzisiejszych czasów dotrwały tylko cztery z pośród tych rodów. Podobno nazywacie je Wielkimi Rodami Szlacheckimi... To właśnie one przez całe wieki starały się zatrzeć pamięć o tamtych czasach i udało im się to, aż za dobrze. Ludzie którzy nadal powinni o tym pamiętać... czyli wy, nie mają o tym zielonego pojęcia. Takemitsu, nie pomyśleliście o tym? Na prawdę wydawało wam się, że wymrzemy albo zapomnimy? Dla nas 1000 lat to jedno pokolenie. Jeśli nie my to nasi synowie albo wnukowie upomnieliby się o sprawiedliwość.

- ... Dlaczego teraz... Dlaczego dopiero teraz? - Zapytał starzec z wyrzutem w glosie.

- Więc to wszystko prawda?! Jak to... możliwe... - Powiedział zaszokowany piąty sędzia, ale kiedy spoczął na nim wzrok jednego z Mędrców natychmiast umilkł.

- Czekaliśmy aż popełnicie błąd. Zlekceważyliście problem Quincy i teraz musicie przeznaczyć olbrzymie siły Gotei 13 żeby ich wybyć. Na dodatek wysyłacie szlachtę do wyrzynania pospólstwa w Rukongai... Moglibyśmy teraz spokojnie zbrojnie odebrać wam władzę, ale na przeszkodzie stoi nam Yamamoto... więc załatwimy to inaczej... Chyba nie ma lepszej okazji biorąc pod uwagę co dzieje się teraz w Onmitsukidō ... Naprawdę myśleliście, że w takim składzie oficerowie będą wypełniali wasze rozkazy? Kto będzie przed wami stał na baczność Shibata? Okakura? Yamanaka? Kanegawa? a może Yamada? To są ludzie, którzy dowodzą głównymi siłami w Rukongai. Na prawdę wydawało wam się, że poślednia rodzina Shihōin zdobędzie posłuch w śród rodów z królewskiego nadania? Zadziwia mnie wasza głupota... a raczej głupota waszych poprzedników. Onmitsukidō to organizacja, która miała pilnować waszych interesów w sytuacjach takich jak ta a tym czasem to ona stała się zarzewiem buntu. Wydawało się wam, że wystarczy oddelegować dawną szlachtę do służby w Korpusie Kido albo w Onmitsukidō, dać jakieś śmieszne przywileje a wszystko będzie w porządku?!

- Kazuya... To już przeszłość... możesz mścić się na mnie, ale ci mężczyźni nie mają z tym nic wspólnego... Co chcesz zrobić? Możesz mnie zabić... Możesz nawet spróbować zabić Yamamoto ale co to da? Stało się to co stało. Może z twojego punktu widzenie była to zbrodnia ale z tej zbrodni wyrosła cała nasza historia wszystko co zbudowaliśmy...

- Bo się rozpłaczę... Oszczędź sobie. Majątek, nazwisko i zaszczyt przechodzi z ojca na syna. Podobnie jak hańba i obowiązek spłaty długów, a wy powinniście zapłacić krwią za zdradę waszych poprzedników. Tak samo jak Genryusai, ale jesteśmy na to za słabi i zbyt rozsądni. Na niego też przyjdzie czas. Nie zamierzam was zabijać. Nic by mi to nie dało. Nagnę waszą wolę. Podporządkuję was sobie tak samo jak kiedyś banda zdrajców podporządkowała sobie siłą całe Soul Society. Wiecie... w czasach światłych rządów Króla nigdy nie dochodziło do częstych walk. Sztuka wojenna w tamtym czasie przedkładała kontrolę przeciwnika nad jego zniszczenie... Dlatego miecze wszystkich Hatamoto posiadają moc która pozwala zrozumieć drugą duszę.. połączyć się z nią i w zależności od zdolności danego zanpakuto, kontrolować ją we właściwym sobie zakresie. Każdy z nas posiada moc która potrafi zjednać sobie czyjeś serce ale także może je zniszczyć. O sile naszych mieczy nie świadczy reiatsu posiadacza, ale siła woli, dlatego że miecz jest duszą Hatamoto z którym stanowią całkowitą jedność. Rodzi się razem z nim i z nim też umiera. Zanpakuto są dosyć ułomnymi tworami które były inspirowane właśnie na mocy którą obdarzył nas Król. No ale znowu robię wam wykład zupełnie bez sensu zamiast przejść do konkretów... Zaraz doświadczycie tego osobiście.

Kotetsuji powoli wyciągnął miecz i uniósł sztych na wysokość twarzy. Obrzucił spojrzeniem salę wypełnioną przerażonymi sędziami i lubieżnie oblizał ostrze swojego zanpakuto. Powoli zbliżył się do pierwszego sędziego skrępowanego kido i nachylił się nad nim szepcząc mu cicho do ucha. Mężczyzna wzdrygnął się nagle kiedy jego serce przeszyło zimne ostrze Kotetsujiego. Jęknął głośno i splunął krwią. Zaklęcie wiążące ustąpiło a mężczyzna upadł bezwładnie na ziemię. Kazuya odgarnął włosy do tyłu i powiedział do lezącego na podłodze sędziego.

- Wstawaj.

Shinigami wstał z ziemi w pełni sił i otrzepał się z pyłu. Radosnym spojrzeniem rozejrzał się po sali i powiedział z uśmiechem na twarzy.

- Jak sobie życzysz, Kotetsuji-sama.

- Dobrze... wracaj do swojej wierzy.... Ehhh.... jeszcze czterdziestu pięciu... kto następny?



1. NieznajomyEdytuj

Nadkomisarz Funabashi był znany ze swojego zamiłowania do obowiązku, porządku i musztry. Nie był przez to zbyt lubianym dowódcą, ale ktokolwiek znalazł się już pod jego komendą, starał się zrobić na nim jak najlepsze wrażenie. Nie było wiele wyjątków od tej reguły, więc jego oddział składał się z około trzystu ludzi, którzy w większości różnili się od niego jedynie wyglądem. Funabashi wybrał sobie na swoją tymczasową siedzibę jedną z okolicznych świątyń, wokół której powstał w ciągu kilku godzin prężnie funkcjonujący obóz wojskowy otoczony barierą. W promieniu dwudziestu kilometrów od tego miejsca nie było już ani jednej żywej duszy. Motoharu Funabashi w ciągu dwóch dni i jednej nocy oczyścił cała przypisaną mu dzielnicę. Dokładnie tak jak było to ujęte w jego rozkazach. Siedział przy niewielkim stoliku na schodach świątyni, patrząc pustym wzrokiem na płaszczącego się przed nim Shinigamiego.

- Raport. - Rzucił od niechcenia uderzając ręką w blat stolika.

- Niestety nie mam dobrych wieści. Z tego co mi wiadomo, jesteśmy jedynym oddziałem, który wypełnił rozkaz. Próby skontaktowania się z oddziałami Shibaty, Okakury, Yamanaki, Yamady i Kanegawy zakończyły się porażką. Podejrzewa się, że posłańcy nie żyją lub zostali pojmani. Co więcej, na pograniczu dzielnicy znajdującej się pod naszą kontrolą i tej przypisanej komisarzowi Yamadzie znaleźliśmy siedemnastu naszych żołnierzy... Zginęli w walce. To na pewno nie byli miejscowi... Wśród nich... niestety był pański syn... Bardzo mi przykro.

Funabashi spojrzał na niego wzrokiem niezdradzającym emocji po czym powiedział beznamiętnie patrząc w niebo.

- Za godzinę wszyscy mają być gotowi do wymarszu.


Setsuko stała na niewielkim podwyższeniu w głównej sali biesiadnej gospody, spoglądając na zniecierpliwionych kolegów ze swojego oddziału. Wedle rozkazu zebrała ich w jednym miejscu już dwadzieścia minut temu, ale nie sądziła, że będzie musiała tyle czekać. Z każdą chwilą coraz gorzej radziła sobie z odpędzaniem myśli o tym, że coś mogło pójść nie tak podczas konfrontacji z zamaskowanymi mężczyznami. Nabrała powoli powietrza i chciała sama zabrać głos żeby przybliżyć zebranym sytuację, ale w tym samym czasie na końcu sali usłyszała głośne poruszenie. Tłum zebrany pod sceną rozsunął się na boki, a do pomieszczenia powolnym krokiem wszedł Usagi, starając się zetrzeć ręką ślady krwi z policzka. Zignorował pytające i rządne wyjaśnień spojrzenie Setsuko i kilku innych Shinigamich po czym usiadł na podeście ze skrzyżowanymi nogami. - Widzę, że wszyscy już są. Przepraszam za spóźnienie, ale miałem mały wypadek. No.. ale do rzeczy... nie będę owijał w bawełnę - sytuacja jest zawiła i wymaga od was natychmiastowe... Nagle rozległ się straszny huk. Budynek zadrżał w posadach, a z sufitu posypał się tynk. Wszyscy bez zastanowienia chwycili za miecze i zbiegli na dół do wyjścia. Niebezpiecznie blisko dziedzińca znajdował się duży płonący krater. Znad dachów okolicznych budynków ze świstem nadleciała wielka kula ognia, pędząca prosto w stronę gospody. Usagi skinął głową w stronę Tanaki. Mężczyzna uśmiechnął się złowrogo i klasnął głośno w dłonie. Kilka metrów przed bramą na podwórze ze świstem zamigotała przeźroczysta, mieniąca się czerwienią bariera, o którą z trzaskiem rozbiły się szalejące płomienie. Kiedy zgiełk ucichł, usłyszeli równe miarowe kroki ponad setki żołnierzy idących w ich stronę. Pierwsze ukazały im się białe sztandary, niesione na przedzie szerokiej kolumny rytmicznie maszerujących Shinigamich. W kilka chwil zostali otoczeni przez kordon zbrojnych. Usagi z daleka rozpoznał Funabashiego, który zwycięsko wjechał konno na dziedziniec.

- Poczekajcie tutaj. - Powiedział Yamada i wyszedł poza barierę, zostawiając w środku zdezorientowanych Shinigamich.

Szedł powoli w stronę swojego przełożonego z lekkim uśmiechem na twarzy, którzy był jedynie maską... chociaż trzeba było przyznać, że bardzo umiejętnie dobraną. Funabashi zsiadł z konia po plecach jednego ze swoich podwładnych i obrzucił Usagiego pogardliwym spojrzeniem. - Nie sądziłem, że zobaczymy się tak szybko... może napijesz się herbaty? - Zapytał Yamada. W odpowiedzi na przyjacielską propozycję zabarwioną lekką kpiną otrzymał dosyć silny cios w przeponę. Uniknięcie go nie stanowiłoby żadnego problemu, ale wiedział, że tego wymaga sytuacja. Funabashi jest kapryśnym i mściwym człowiekiem. Bez oporów wymordowałby cały oddział Yamady, ale zamiast tego postanowił jedynie upokorzyć jego dowódcę. Usagi splunął krwią i spuścił głowę na dół.

- Wypowiadasz mi posłuszeństwo, mordujesz moich ludzi... i w tym mojego syna, a potem witasz mnie w ten sposób? Ktoś musi ponieść karę za to nieposłuszeństwo...

Yamada wytarł usta o rękaw i uśmiechnął się lekko, co znowu zdenerwowało Funabashiego, który tym razem kopnął go w brzuch. Shinigami upadł bezwładnie kilka metrów dalej. Oprawca zbliżył się do niego powolnym krokiem i dobył miecza. Nagle w powietrzu coś zadrżało. Gwałtowny skok ciśnienia duchowego powalił Funabashiego na ziemię. Przez podwórze przetoczyła się fala uderzeniowa, niosąc ze sobą tumany pyłu i zwęglone kawałki drewna. Bariera Tanaki drżała i słabła coraz bardziej pod naporem tak dużej energii. Usagi podniósł się powoli z ziemi i skierował wzrok w stronę źródła tego ogromnego Reiatsu. Od południa, powolnym krokiem szedł w jego stronę wysoki, czarnowłosy mężczyzna w obszarpanym stroju. W ręku trzymał długi, wyszczerbiony miecz oparty na ramieniu. Shinigami nie znajdujący się poza barierą mdleli, kiedy przechodził obok nich. Mężczyzna spojrzał przez chwilę na leżącego na ziemi Usagiego, po czym minął go bez słowa kierując się w kierunku Funabashiego. Motoharu wygrzebał się z trudem z gruzu i chwycił za miecz, rzucając się w stronę nieznajomego. Mężczyzna nie sparował cięcia. Stał niewzruszony, kiedy ostrze Nadkomisarza z głuchym plaśnięciem zatrzymało się na jego ubraniu. Spojrzał na niego z politowaniem i jednym ruchem rozpłatał go na pół. Krew siknęła we wszystkie strony, a ograny wewnętrzne z obrzydliwym chlupotem wylały się na ziemię. Nieznajomy strząsnął krew z ostrza, po czym powiedział znudzonym tonem.

- Co za utrapienie... Ludzie gadają, że Gotei 13 urządziło sobie pogrom w Rukongai. Myślałem, że znajdę tutaj kogoś z jajami... taki kawał drogi tutaj szedłem z nadzieją na coś ciekawego i znowu rozczarowanie... Może ty, co? Wstawaj twoja kolej. - Powiedział wskazując mieczem na Yamadę.

Usagi chciał przekonać mężczyznę, że nie są z Gotei 13 i że nie ma najmniejszej ochoty się z nim mierzyć, ale ledwo udało mu się uniknąć cięcia, które spękało ziemię w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą leżał. Shinigami odskoczył do tyłu i szybkim ruchem dobył miecza. Nieznajomy zamachnął się raz jeszcze, a długie, wyszczerbione ostrze świsnęło w powietrzu, wodząc za sobą naelektryzowaną smugę nieokiełznanej energii, która zniszczyła barierę Tanaki i pozbawiła życia większość Shinigamich w okolicy. Fala uderzeniowa porozrzucała we wszystkie strony kawałki rozerwanych ciał, niosąc ze sobą całe zwały desek, gruzu i pyłu ze zrujnowanych budynków. Usagi upał z hukiem na ubitą ziemię koło zawalonego budynku. Podniósł się z trudem i wtedy jego uwagę przykuł znajomo wyglądający przedmiot. Z góry gruzu wystawała kobieca dłoń dzierżąca Zankaputō z charakterystyczną, niebieską rękojeścią. Yamada podbiegł szybko do gruzowiska i starał się wyciągnąć pogrzebaną pod gruzami kobietę, ale kiedy pociągnął za rękę, stracił równowagę i upadł na ziemię. Zamarł w bezruchu, kiedy zobaczył, że trzyma urwaną powyżej ramienia kończynę. Spojrzał przed siebie nieobecnym wzrokiem i powiedział cicho.

- Setsuko...

Próbował się podnieść, ale zrobiło mu się słabo. Dopiero teraz zauważył, że z brzucha wystaje mu gruba na kilka cali drewniana belka. Ostatnie co zobaczył to wielka kałuża własnej krwi. Bezwładnie osunął się na twardy gruz, który z jakiegoś dziwnego powodu wydawał mu się całkiem miękki. Kolory nieco się rozmyły i wszystko stało się jaśniejsze. Stracił kompletnie poczucie czasu i kontakt z rzeczywistością. Pomimo tego, że miał otwarte oczy nie widział ani nie rozpoznawał tego, co się przed nim znajduje. Słyszał jedynie znajomy, łagodny głos, który wypowiadał jego imię.



3. GłosEdytuj

Łagodne białe światło padało na jego twarz, przedzierając się przez przymknięte powieki. Nadal słyszał, że ktoś woła go po imieniu, ale nie był w stanie zlokalizować kierunku, z którego dochodził do niego dziwnie znajomy głos. W powietrzu unosiły się fioletowe płatki kwiatu śliwy, niesione ciepłymi podmuchami wiatru. Yamada lekko podparł się na łokciach po czym przetarł oczy. Leżał gdzieś na środku starannie wypielęgnowanego ogrodu ze sporym stawem, w którym odbijały się zdobione dachy stojącego nieopodal wysokiego budynku o kilku kondygnacjach. Wstał z ziemi i rozejrzał się ze zdziwieniem po okolicy. To miejsce bardzo przypominało mu jego rodzinną posiadłość. Przed wejściem do rezydencji zebrała się spora grupa odświętnie ubranych gości. Usagi podszedł do nich chwiejnym krokiem i zanim zdążył zapytać pierwszego z nich o cokolwiek, usłyszał z głębi tłumu swoje imię.

- Czekaliśmy na ciebie, Usagi. - Powiedział wysoki czarnowłosy mężczyzna w białych pogrzebowych szatach.

- T...tato? Co ty tutaj robisz? Przecież...

- Cieszę się, że przyszedłeś. Możemy już zaczynać?

Yamada poczuł nagły przypływ gorąca i cofnął się gwałtownie. Starał się wymazać to wydarzenie z pamięci. Przez te wszystkie lata wspomnienie zatarło się na tyle, że nie pamiętał już twarzy ani głosu swojego ojca. Nagle poczuł na ramieniu uścisk czyjejś dłoni. Odwrócił się natychmiast i jego oczom ukazała się twarz Kotetsujiego, który bez słowa wcisnął mu do ręki miecz i pchnął go z powrotem w tłum. Shinigami potknął się i upadł przed niewielkim podwyższeniem, na którym klęczał jego ojciec. Mężczyzna wyciągnął przed siebie wakizashi, rozchylił ubranie i patrząc beznamiętnie przed siebie powiedział:

- Chciałbym powiedzieć ci tyle rzecz, synu...ale... Nie mogę o tym mówić. Nie teraz. Przekazuję ci mój miecz. Noś go zawsze przy sobie...Zawsze. Ginrei się tobą zaopiekuje... Dopóki nie staniesz się mężczyzną rodzina Kuchiki weźmie pod swoją opiekę nasz ród. Pamiętaj...że... a z resztą... Wiem, że będziesz wiedział co zrobić. Nie potrzebujesz już moich rad.

Mężczyzna uśmiechnął się, po czym bez żadnych oznak bólu wbił ostrze w brzuch i powoli przesuwał je w prawo. Usagi mimowolnie uniósł miecz nad głowę i wykonał szybkie cięcie. Zanim ostrze dosięgnęło szyi, usłyszał głośny dźwięk tłuczonego szkła. Oślepiło go jasne światło i poczuł, że coś cisnęło nim w przestrzeń. Z wielką siłą uderzył w coś twardego i łapczywie zaczerpnął powietrza. Leżał na wznak, nieruchomo wpatrując się w sufit ciemnej izby. Dziwne uczucie zagubienia natychmiast zniknęło. Minęła dosyć długa chwila zanim zdołał pozbierać myśli i przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. Rzadko miewał takie sny. Częściej pojawiały się one w dzieciństwie lub na początku pracy w Onmitsukidō, kiedy jeszcze nie przywykł do zabijania. Jednak ten sen był inny. Bardziej wyraźny niż inne. Pomimo tej bezsensownej, surrealistycznej otoczki, miał wrażenie, jakby coś sobie przypomniał albo raczej przeżył tamta chwilę jeszcze raz. Dokładnie tak samo... no, może poza paroma szczegółami. Nie znał wtedy jeszcze Kotetsujiego, którego w ogóle tam wtedy nie było. Yamada przejechał rękoma po twarzy i zrzucił z siebie kołdrę. Ku jego zdziwieniu, nie miał na brzuchu żadnego opatrunku ani nawet blizny. Wstał powoli z łóżka i chwiejnym krokiem wyszedł na korytarz. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje ani kto go tu przywlókł. Kiedy drzwi od drugiego pokoju otworzyły się z hukiem, młody, rozemocjonowany chłopak podbiegł do niego krzycząc:

- Komisarzu Yamdada, proszę nie wstawać tak szybko!

- Sozaburo? Co ty tutaj robisz?! - Zapytał zdziwiony.

- Proszę się położyć. Nie może pan wstawać.

- Jakoś chyba dam radę... Jak udało ci się przeżyć?

- Chyba raczej to ja powinienem o to zapytać. Wyszedłem na zwiad tydzień temu razem z Echiko. Kiedy wróciliśmy na miejsce... wszyscy byli.... Co się tam stało?

- Cóż... Chyba weszliśmy w drogę nieodpowiedniemu facetowi. Słyszałem o nim kiedyś, ale wydawało mi się, że to plotki... Co z resztą? Ktoś wyszedł z tego cało?

- Niestety nie... Znaleźliśmy tylko pana i to pobojowisko. Miał pan szczęście.
Usagi pokręcił głową i skrzywił się lekko.

- Przestań mi panować, bo nie wytrzymam. Chociaż kiedy rozmawiamy we dwóch mówmy normalnie. Gdzie jest Echiko?

- Poszła poszukać czegoś do jedzenia. Powinna zaraz wrócić. Lepiej usiądźmy. - Powiedział chłopak i zaprowadził Yamadę z powrotem do pokoju.

Usagi usiadł na łóżku, próbując ułożyć jakoś rozczochrane włosy, a Sozaburo dorzucił w tym czasie kilka połamanych desek do niewielkiego paleniska w podłodze. Yamada podciągnął ubranie i jeszcze raz spojrzał na swój brzuch.

- Jak to się stało, że... Ostatnio kiedy sprawdzałem miałem tu belkę grubości twojej nogi, a teraz... nie ma nawet blizny...

- To zasługa Echiko. Jej Zanpakutō jest wspaniałe. Nigdy nie widziałem tak dobrej techniki leczniczej.

- Cóż... będę musiał jej jakoś podziękować. Może... udało jej się pomóc innym w podobny sposób? - Zapytał z naiwną nadzieją w głosie.

- Niestety nie. Przykro mi. - Rozległ się kobiecy głos dochodzący z korytarza.

Do pokoju weszła Hayami Echiko z niewielkim tobołkiem na plecach. Cisnęła nim niedbale w kont izby i przysiadła się do mężczyzn.

- Twoje ciało było jedyną rzeczą w okolicy, która ostała się w jednym kawałku. Resztę po prostu coś... rozerwało. Swoją drogą... masz bardzo dziwne Reiatsu. Wcześniej tego jakoś nie zauważyłam...

- Dziwne? - Zapytał Usagi z lekkim zainteresowaniem.

- Bardzo... gęste. Energię duchową większości Shinigami można przyrównać do gazu, albo plazmy. Twoje jest jak gęsta ciecz... albo żelatyna. Bardzo trudno było mi współpracować z czymś takim, ale szybko się zregenerowałeś. Prawdopodobnie przeżyłeś tylko dzięki temu. Fala uderzeniowa, która zabiła tych ludzi po prostu rozszczepiła się kiedy natrafiła na twoją aurę. W miejscu, w którym leżałeś i kilka metrów dalej był wąski pas nienaruszonych zabudowań. Nigdy nie widziałam czegoś takiego... Gdybyś nie nabił się na ten kołek, wyszedłbyś z tego bez szwanku.

- Aaaa... o to ci chodzi... Można to po prostu wyćwiczyć. Chociaż na początku to bardzo bolesne. Bardziej skondensowane Reiastu nie wycieka bez potrzeby z ciała. Nie jestem zbyt silny, więc nie mogę go marnować. Oficerowie Korpusu Kidō odpowiedzialni za wielopoziomowe pieczęcie też formują swoją energię w ten sposób. Wtedy nie emanujesz Reiatsu na zewnątrz, jak wszyscy, tylko do siebie... do środka. Kiedy twoje Reiryoku jest zbite, nikt nie przytłoczy cię swoją energią duchową. Nie ma na świecie takiej siły. Ciśnienie, jakie wytworzy Reiatsu przeciętnego Shinigami, zamknięte tylko w obrębie jego ciała, będzie zawsze kilkaset razy większe niż ciśnienie wytworzone przez jakiekolwiek istniejące Reiatsu, które oddziałuje na otwartą przestrzeń.

- Kto cię tego nauczył? - Zapytała zafascynowana kobieta.

- Ojciec. Kiedyś zajmował się badaniami nad energią duchową.

- Może mnie też kiedyś nauczy. Nigdy o tym nie słyszałam.

Usagi zamyślił się na chwilę po czym powiedział z lekkim uśmiechem:

- Raczej wątpię. A co wy robiliście przez ten czas? Myślałem, że złapał was Funabashi.

- Mieliśmy niezłego farta. Wygląda na to, że minęliśmy się z nim, kiedy wyruszył do Inuzuri. Postanowiliśmy poczekać gdzieś w bezpiecznym miejscu. Dawni właściciele opuścili ten dom zanim jeszcze zaczęły się czystki... a właściwie, to czemu Funabashi ruszył się z miejsca?

- Ehh... ciężko powiedzieć... chyba było kilka powodów. Przede wszystkim, wnerwiło go to, że nikt poza nim nie wykonał rozkazów Centrali, no i... zaczął od naszego oddziału, bo przez przypadek usiekłem mu syna. Gdybym wiedział, że to on, wziąłbym go do niewoli... i inaczej byśmy sobie porozmawiali. Mogłem się tego domyślić... banda pretensjonalnych pajaców w maskach jak z teatru Kabuki... Komu innemu pozwoliłby na taką awangardę?

- To chyba ci sami których widzieliśmy przy świątyni. Ćwiartowali ludzi żywcem i obdzierali ze skóry dla zabawy. Nazywali to polowaniem... - Powiedział z rozdrażnieniem w głosie Sozaburo.

- A ja myślałem, że przesadziłem. Gdybym wiedział, że lubią takie rzeczy, dorzuciłbym coś ekstra. A właśnie... widzieliście gdzieś moje miecze?

- Ehmmm.. jakby to powiedzieć...

- Cholera... Będę musiał ich poszukać. Pewnie w międzyczasie obrobiły mnie hieny cmentarne...

- Jutro ich poszukamy. Zaraz się zupełnie ściemni. Wiem, że dopiero co wstałeś, ale lepiej idź spać. - Powiedziała Echiko lekko protekcjonalnym tonem.

Usagi uśmiechnął się z przekąsem i walnął się na łóżko. Jeszcze nigdy nie zgubił swojego Zanpakutō. Czuł się z tym trochę nieswojo, ale na chwilę obecną, nie mógł zrobić zupełnie nic. Nadal nie dochodziło do niego to, że prawie wszyscy członkowie oddziału nie żyją. Nie był to jego pierwszy raz, jeśli o to chodzi, ale nieprzywiązywanie się do ludzi średnio mu wychodziło. Pomimo tego, że problem Funabashiego został rozwiązany nadal miał dziwne wrażenie, że niedługo znowu coś się wydarzy.


4. Pierwszy RazEdytuj

Sozaburo otworzył powoli oczy i przewrócił się na drogi bok. Wczorajszej nocy położył się najwcześniej ze wszystkich, ale mimo to nie wyspał się należycie. Yamada razem z Echiko siedzieli w drugim pokoju racząc się sake prawie do białego rana. Nie wiedział dlaczego, ale z jakiegoś dziwnego powodu mu to przeszkadzało. Pomimo tego, że namawiali go żeby z nimi został wolał iść spać, a teraz sam ma do siebie pretensje. Cały czas oddalał od siebie myśl, że jest o nią zazdrosny, ale nie znajdował określania innego niż zazdrość na to co właśnie czuł. Nakrył się poduszką i już miał zamiar wracać do snu kiedy nagle poczuł, że ktoś zabiera mu kołdrę. Odwrócił się szybko i wyskoczył z łóżka jak oparzony.

- Echiko?! Co ty tutaj... - Powiedział podniesionym tonem do śpiącej obok niego kobiety.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Przykryła się kołdrą i odwróciła w drugą stronę. Sozaburo podszedł do niej żeby upewnić się, że jej nie obudził i usiadł w kącie. Z nieznanego sobie powodu był strasznie podekscytowany. Nie rozumiał co się z nim dzieje, co drażniło go coraz bardziej. Pośpiesznie wyszedł z pokoju na korytarz i po raz kolejny wpadł po uszy w niezręczną sytuację. Kiedy tylko otworzył drzwi zderzył się z oceniającym spojrzeniem Usagiego, który jak można było wywnioskować po ubiorze, właśnie wyszedł z łazienki. Yamada uśmiechnął się lekko i porozumiewawczo pokiwał głową. Sozaburo czuł jak przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu przepala się przez niego na wylot. W Korpusie Śledczym Onmitsukidō krążyły opowieści o umiejętnościach mentalistycznych Usagiego, ale aż do tej pory Sozaburo nie dawał im wiary.

- Jak leci? - Zapytał Yamada z lekkim rozbawianiem.

- Emmm.. dobrze... panie... to znaczy Usagi...

- Noooo... w końcu się nauczyłeś. Coś taki spięty? Nie poszło ci w nocy?

- S..Słucham?

Miał wrażenie, że Usagi bez pardonu wszedł z buciorami w jego prywatną sferę i otwarcie drwił sobie z tego co tam zastał. Chłopak oblał się rumieńcem jeszcze większym niż przed wyjściem z pokoju i zaczął się lekko cofać, żeby zamknąć otwarte na oścież drzwi. Nie był w stanie ukryć przed nim niczego, chociaż bardzo się starał. Uśmiech na twarzy Usagiego, którzy z każdą chwilą przybierał coraz bardziej szyderczy wyraz, upewniał go w przekonaniu, że równie dobrze mógłby wypowiadać swoje myśli na głos. Pomimo tego, że rozmawiał z człowiekiem ubranym jedynie w zsuwający się z bioder ręcznik, to czuł się tak jakby to on sam był zupełnie nagi.

- No wiesz pytałem... jak ci poszło... podobno nigdy tego nie robiłeś więc...

- Panie Komisarzu! Ja! Ja nie wiem o czym pan...!

- To nie są łatwe rzeczy. Mało komu udaje się za pierwszym razem. Nie martw się... może kiedy zrobisz to ze mną lepiej ci pójdzie. - Powiedział, zalotnie się uśmiechając i puścił oko do chłopaka.

- CO!? Jak to!.... S...słucham?! Że jak?!

- Z drugiej strony... nic dziwnego, że nic z tego nie wyszło... Pochwa jest pokryta specjalną substancją, która...

- STOP! Nie chcę tego słuchać! To jest.... EHHH!

- No dobrze już dobrze... Nie przejmuj się tym... te miecze nie są aż tak ważne. - Powiedział Usagi, podciągając ręcznik.

- M...miecze? Zaraz... co?!

- No miecze. Nie pamiętasz? Dziwne... przecież nic nie piłeś... Wczoraj powiedziałeś, że potrafisz wprowadzić się w świadomy sen i zlokalizować je podążając za śladami energii...Podejrzewam, że znalezienie cudzego reiatsu nie jest łatwe, więc może kiedy zrobisz to razem ze mną łatwiej będzie ci zlokalizować moje zanpakuto. Uprzedzałem cię jednak, że pochwa miecza jest pokryta specjalną substancją, która tłumi energię duchową. Sekkiseki to bardzo rzadki minerał nazywana przez niektórych niszczycielem energii. Tą pochwę stworzono specjalnie z myślą o tym, żeby reiatsu miecza było niemożliwe do wykrycia podczas misji... W oddziałach specjalnych to standardowe wyposażenie.... Zaraz...a ty myślałeś, ze o co mi chodzi?

Yamada z trudem tłumił w sobie wybuch śmiechu, który swoją siłą spokojnie mógłby konkurować z wysokopoziomowym hado. Sozaburo zrobił się cały czerwony i dosłownie miał ochotę zapaść się pod ziemię. Zamknął hukiem drzwi od pokoju w którym spała kobieta i powiedział zrezygnowany.

- Ja... myślałem że... to... Będę czekał na zewnątrz.

Sozaburo wyszedł na podwórze i usiadł na schodach. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkał się z taką kompromitacją. Miał ochotę wygarnąć Yamadzie co sądzi o takich żartach, ale kiedy zwizualizował sobie tą sytuację niespodziewanie parsknął śmiechem. Do kilku dni nie potrafił sobie wytłumaczyć tych wahań nastrojów, ale to przerosło go już zupełnie. Nie mógł przestać się śmiać co powodowało u niego dodatkowe rozbawienie.

- Widzę, że dobrze się bawisz. - Powiedział Usagi wychodząc na podwórze.

-Nie wiem co się ze mną dzieje... Mam powoli tego dosyć... Dokąd idziemy?

- Miałem dzisiaj zamiar poszukać twojego poczucia humoru, ale skoro tak się sprawy mają...Możemy rozejrzeć się po okolicy od tak po prostu. Chciałbym wiedzieć co stało się z resztą naszych sił w Rukangai.

- A właśnie.. byłbym zapomniał... Przez tę sytuację... kompletnie wyleciało mi to z głowy. Udało mi się namierzyć twoje zanpakuto, ale... Nie wiem czy to nie jest pomyłka.

- Na prawdę gdzie ono jest?

- Cóż... we śnie widziałem je... w posiadłości rodziny Kuchiki. Jeszcze dziwniejsze jest to, że w ogóle nie przypominało twojego miecza. Znalazłem też wakizashi. Jest niedaleko. Mogę cię zaprowadzić.

- Hmmm... to rzeczywiście dziwne... ale... może to... No nieważne... prowadź. - Powiedział podekscytowany Usagi.

Sozaburo ruszył szybkim krokiem na wschód przez zrujnowane miasto. Po ulicach walały się połamane, nadpalone deski i inne kawałki zabudowy. Szli dosyć długo w milczeniu przyglądając się zniszczeniom. Sozaburo co jakiś czas zatrzymywał się na chwilę żeby upewnić się, że idą w dobrym kierunku. Był jedną z niewielu osób w Onmitsukidō, które posiadały rzadki talent do wyczuwania reiatsu na duże odległości. Przy niewielkim placu, koło rozstaju dróg stała niewielka grupa charakterystycznie wytatuowanych mężczyzn w jaskrawych ubraniach. Dosyć szybko zauważyli shinigamih i powoli zmierzali w ich kierunku z wyciągniętą bronią. Sozaburo wskazał na nich palcem i powiedział cicho.

- Ten gruby ma twój miecz.

Usagi spojrzał na nich lekko się krzywiąc i nie odrywając wzroku od grupy mężczyzn zapytał:

- Mogę pożyczyć na chwilę twój miecz?

- M...mój? Nooo... tak proszę... - Powiedział lekko zaskoczony.

Chłopak wyciągnął zanpakuto i z lekkim ukłonem przekazał je Usagiemu. Yamada chwycił delikatnie niebieską rękojeść z uwagą obejrzał ostrze.

- Dziewica... jak miło...

- Słucham?

- Ten miecz jeszcze nikomu jeszcze nie odebrał życia. Czuję to wyraźnie... tam w środku... Nie masz nic przeciwko, żebym...?

- Emm... nie, nie... proszę...

Usagi uśmiechnął do swojego odbicia w połyskliwej klindze i wypuścił miecz z dłoni. Rozłożył szeroko ręce a zanpakuto zawisło w poziomo w powietrzu.

- Kusanagi-no-tsurugi. - Powiedział ściszonym głosem składając dłonie z głośnym klaśnięciem.

Miecz wystrzelił ze świstem w stronę mężczyzn obracając się chaotycznie we wszystkich możliwych kierunkach. Strumienie krwi tryskały obficie wyciekając z rozczłonkowanych ciał pokrywając wszystko dookoła juchą. Ostrze miotało się jeszcze nad krwawą breją przez chwilę po tym jak ucichły wrzaski i zatrzymało się z nagła w bezruchu. Usagi ustawił się w prostej linii kilka metrów przed Sozaburo. Wyciągnął z rękawa białą chustkę i wystawił ją lekko przed siebie. Miecz gwałtownie zwrócił się ostrzem w kierunku shinigamih i z olbrzymią prędkością popędził prosto na Yamadę, który nieznacznie odsunął się przepuszczając go dalej. Ostrze gładko przesunęło się przez chustkę oczyszając się z krwi i z głośnym szczękiem zatrzymało się w miejscu w którym stał Sozaburo. Chłopak krzyknął cicho i złapał się odruchowo za brzuch w nagłym przypływie paniki szukając rany. Po chwili zorientował się, że jego zanpakuto znajduje się w pochwie i odetchnął z ulgą.

- Chcesz mnie wykończyć nerwowo?! Prawie urwałeś mu biodro! Jeszcze jeden taki numer i już nic dla ciebie nie znajdę! - Krzyknął pobudzony wygrażając pięścią Yamadzie.

Usagi roześmiał się głośno i podszedł do zmasakrowanych mężczyzn. Wyciągnął swój wakizashi z kałuży krwi i niedbale go wycierając włożył za pas.

- Dlaczego ich zabiłeś?! Co to w ogóle miało znaczyć? Mogliśmy się z nimi dogadać.

- Może i tak, ale po co? Widziałeś ich tatuaże? To płatni zabójcy z Hokutan. Bardzo drodzy płatni zabójcy. Pewnie jeden z naszych dowódców wynajął ich do brudnej roboty.. Cóż nie będę tego oceniał sam planowałem tak zrobić, ale sprawy potoczyły się inaczej. No, ja mam już dosyć jak na dzisiaj. Lepiej wracajmy do domu. Muszę się przygotować do drogi...

- Do drogi?

- Odwiedzę rezydencję Kuchiki. Trzeba mimo wszystko sprawdzić ten trop... Jeśli chcecie możecie się zabrać razem ze mną z powrotem do Seireitei.. no chyba, że wolicietu jeszcze zostać jakiś czas...

- O nim innym nie marzę, ale chyba mieliśmy rozkazy....

- Słucham?! Gdzie podział się ten Sozaburo który jeszcze kilka dni temu prosił mnie o zwolnienie z tej misji? Tak ci się tutaj spodobało?

- No nie, ale...

- Lepiej wracaj do domu. Nic tu po nas. Poza tym mogę się założyć, że Centrala już zmieniła swoje rozkazy. Czas wracać do cywilizacji. - Powiedział Yamada i żwawym krokiem ruszył przed siebie.

Wracali na skróty przez zniszczoną, śmierdzącą zgniłą rybą dzielnicę rybacką. Koło opuszczonej świątyni zrobili mały przystanek i usiedli na chwilę pod schodami. Ku zdziwieniu Usagiego przeciągającą się ciszę przerwał Sozaburo.

- Zastanawiam się... jak to jest... Zabić drugiego człowieka... - Rzucił cicho w przestrzeń.

Usagi spojrzał ze zdziwieniem na chłopaka i uśmiechnął się lekko.

- Ciężko to opisać. Najgorszy jest pierwszy raz. Potem już z górki a przy piątym razie przestajesz liczyć.

- A jaki był twój pierwszy raz?

- Na prawdę chcesz o tym rozmawiać? Myślałem, że krępują cię takie tematy. No to słuchaj.. kiedyś poznałem taką dziewczynę z 4. Oddziału...

- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. - Przerwał chłopak.

Yamada zmierzył go poważnym spojrzeniem i po dłuższej chwili powiedział patrząc przed siebie .

- Pierwszy był mój ojciec... Moja rodzina miała w przeszłości pewne... zatargi z prawem. W oczach Centrali brak lojalności i uznania nowego porządku jest zbrodnią, którą każe się śmiercią. Oczywiście oficjalnie nie mieli z tym nic wspólnego, ktoś za prywatne pieniądze najął zabójców. Tak zginęły moje trzy siostry i matka. Chcieli załatwić wszystko za jednym zamachem, ale się nie udało więc musieli kombinować w inny sposób. Oskarżyli ojca do działanie na szkodę Soul Society, destabilizację porządku prawnego, podburzanie do buntu i brak szacunku do organów władzy. Zgodne z prawdą było jedynie ostatnie oskarżenie, ale proces był z góry ustawiony. Jako ostatni członkowie rodu zostaliśmy zmuszeni do popełnienia samobójstwa, żeby udowodnić czystość naszych intencji. Tata ubłagał Pięć Wielkich Rodów Szlacheckich, żeby wpłynęły na decyzję Centrali. Miłościwie nam panujący oszczędzili moje życie pod warunkiem, że będę asystował w seppuku mojego ojca, żebym do końca życia zapamiętał jaka kara czeka zdrajców. Kiedy zadał sobie cios w brzuch odciąłem mu głowę. Praktycznie to sam zdał sobie śmierć a ja tylko przyśpieszyłem sprawę... ale myślę, że mimo wszystko można to uznać za pierwszy raz.

- Przepraszam.... Ja.. powinienem cię o to pytać... nie wiedziałem, że ... Bardzo mi przykro... - Powiedział Sozaburo załamującym się głosem.

- Przykro ci? Hmmm... tez kiedyś czułem podobnie, ale później zrozumiałem, że mam dobre życie... Bardzo dobre. Kiedy pomyślę sobie, że mógłbym urodzić się tutaj... dochodzę do wniosku, że mimo wszystko należę do tej szczęśliwszej części Soul Society. Większość mieszkańców Rukongai w ogóle nie ma rodziny. Ich jedynym marzeniem jest najeść się do syta albo nie czuć zimna. Myślę, że moja historia nie zrobiłaby na nich wrażenia... a w szczególności jej ciąg dalszy... Całą młodość spędziłem pod opieką najzamożniejszej rodziny w Soul Society i z czasem zacząłem o niej myśleć jak o swojej własnej. To dzięki niej wstąpiłem do Onmitsukidō, poznałem wielu przyjaciół... i chociaż większość z nich już nie żyje to i tak cieszę się, że ich spotkałem. Gdyby nie to wszystko nie byłoby mnie tutaj...

- Na prawdę tak sądzisz? To.. dosyć nietypowe podejście. Mi zrobiło się, źle od samego słuchania...

- Zrobiło ci się, źle bo właśnie tego chciałeś. Czy nie po to pytałeś mnie jak to jest zabić? Wiedziałeś, że nie będzie to wesołe przeżycie, dlatego chciałeś słuchać mojej historii. To nie prawda, że ludzie zawsze chcą być szczęśliwi. Żyjemy w brutalnym świecie więc większość szuka właśnie radości, ale nie dla samej zasady, tylko dlatego, że na co dzień cierpią. Tu chodzi o odmianę. Lubimy różnorodność nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ludzie, którzy nie doświadczyli w życiu dostatecznie dużo bólu szukają go sami. Inaczej nikt nie słuchałby smutnych wierszy i piosenek po, które tak chętnie sięgają żyjący w dobrobycie miłośnicy sztuki. Otoczeni luksusami upajają się cudzym smutkiem, którego sami nie mogą doświadczyć a czasami brakuje im tego tak bardzo, że cierpią bez żadnego powodu. Przeżywają żal bez żadnej przyczyny, bo do tego stopnia go potrzebują. Ich jest najtrudniej zadowolić w odróżnieniu od tych cierpiących na co dzień, których cieszą błahe rzeczy. Tych drugich jest zdecydowanie więcej dlatego utarło się, że radość jest dobra a smutek zły. W rzeczywistości taki podział nie istnieje, bo nie ma jednego bez drugiego. Wszystkie emocje są dobre. Jedni szukają w życiu szczęścia i unikają smutku a inni wręcz przeciwnie. To kwestia potrzeb. Więc cieszę się, że mogłem cię zasmucić, Kataoka Sozaburo, bo tego właśnie było ci trzeba. Widocznie ostatnio masz za dużo powodów do szczęścia. Nic dziwnego swoją drogą... skoro jesteś zakochany...

- Zakochany?! Ja...?! Chyba żartujesz.

- Ehh... i znowu to samo... Wiesz... kiedy byłem mały lubiłem czytać komiksy. W tych normlanych płaskich dymkach było napisane co bohater mówi a w takich chmurkach to co myśli. Czasami jedno przeczyło drugiemu, zupełnie tak jak w twoim przypadku. Obaj doskonale wiemy jak jest. Problem w tym, że nie chcesz tego otwarcie przyznać. Oszukiwanie samego siebie to kłamstwo najniższych lotów... chociażby dlatego, że wszyscy na około dostrzegają je z łatwością. Echiko to bardzo nieśmiała dziewczyna, dlatego zdziwiłem się, że zabrała cię wtedy ze sobą. Opowiadała mi wczoraj o tobie prawie cały czas. Chyba przypadłeś jej do gustu...

- Nie wiem jak to możliwe, ale... Wcześniej zlaliśmy się tylko z widzenia... wczoraj wieczorem odbyliśmy pierwsza rozmowę dłuższą niż kilka minut, a ty już znasz mnie lepiej niż ja sam...

- Nie znam cię jeszcze, ale wszyscy są w środku tacy sami. Działamy na identycznych zasadach, które warto znać.

-Nawet boję się myśleć co czuli przesłuchiwani przez ciebie więźniowie.

- Dlaczego? przesłuchanie niczym się to nie różni od naszej pogawędki. No może poza tym, że nigdy nie zbieram zeznań bez herbaty albo czegoś mocniejszego. Zmuszanie ludzi do mówienia prawdy siłą jest mało skuteczne. No czas już chyba na nas... - Powiedział Usagi wstając z ziemi.

Sozaburo miał już na dzisiaj dosyć wrażeń pomimo tego, że słońce nawet nie zaczęło jeszcze zachodzić. Zbyt wiele skrajnych przeżyć w tak krótkim czasie przyprawiło go o ból brzucha, ale jednocześnie był bardzo zadowolony. Udało mu się przeżyć całą tą misję. Taki wyczyn udał się jedynie dwóm pozostałym osobom z jego oddziału. Ponad to podczas tych trzech dni nie zabił ani jednej niewinnej osoby. Jednak przede wszystkim cieszył się, że wracał do domu. Nie do tej zbutwiałej rudery w Rukangai, ale do własnego domu. Udało mu się przeżyć całą tą misję. Taki wyczyn udał się jedynie dwóm pozostałym osobom z jego oddziału. Ponad to podczas tych trzech dni nie zabił ani jednej niewinnej osoby






5. Nazywam się Kudara SadaharuEdytuj

Słońce zaszło już dawno nad Dworem przeczystych dusz. Zimny wiatr hulał po pustych ulicach Seireitei skutecznie zniechęcając ludzi do wyjścia z domu. Z kolei dla tych, którzy do domu akurat wracali, zła pogoda była zachętą do przyśpieszenia kroku. Usagi szedł koło swoich jedynych pozostałych przy życiu, zafascynowanych sobą nawzajem podwładnych od czasu do czasu zerkając w ich stronę z lekkim wyrzutem. Nie miał nic przeciwko zakochanym, ale zwykle starał trzymać się od takich osób z daleka. Bynajmniej nie ze względu na to, że zazdrościł im czegokolwiek, ale zwyczajnie nie miał do nich zaufania. Większość ludzkich zachowań jest dosyć przewidywalna, ale wszystko się zmienia kiedy w grę wchodzi miłość. Wtedy można być jedynie pewnym tego, że w najmniej odpowiedniej sytuacji ktoś zachowa się skrajnie nieracjonalnie, ale skala głupoty owego czynu zawsze jest dla wszystkich zaskoczeniem. Yamada zatrzymał się na rozstaju dróg i głośno kaszlnął żeby idąca z przodu para pochłonięta rozmową na chwilę zwróciła na niego uwagę.

- Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Pamiętajcie, żeby zdać raport z tego co widzieliście w Rukangai dopiero kiedy wrócę. Nic nie widzieliście i nic nie wiecie. Sam zdam raport głownodowodzącemu Shihōin. Nawet nie zbliżajcie się do Fengów, Omaedów czy innych lizodupów, bo skończy się to tak, że będę musiał was wyciągać z aresztu. No i uważajcie na siebie.

- Dziękujemy, postaramy się... a co do.. naszego oddziału... - Powiedział Sozaburo.

- No? Co z nim?

- Chodzi mi to to czy... czy nadal będzie istniał... w trzy osoby...

- Jesteśmy zespołem Korpusu Śledczego a nie jednostką garnizonową. To nie Gotei 13. Stawiamy na jakość nie ilość. Pewnie kogoś zwerbujemy, ale ze względy na przydatne umiejętności jakie posiada a nie żeby się liczby zgadzały. Do zobaczenia. - Powiedział Shinigami skręcając południową alejkę.

Równa, starannie wysprzątana droga z białego połyskliwego kamienia prowadziła prosto do Rezydencji Kuchiki. Usagi od momentu utraty przytomności zaczął się trochę dziwnie czuć. Powracały do niego wspomnienia o wydarzeniach do których od dawna nie przywiązywał większej wagi. Pamiętał jak widział po raz pierwszy wysokie wierze tej posiadłości wyglądając z za kotary palankinu. Ponad setka przybocznych samurajów towarzyszyła mu w drodze do nowego domu. To był ostatni raz kiedy czuł się jak głowa rodu, którą formalnie nadal był i nigdy być nie przestał. Jednak stanie na czele klanu podczas gdy jest się jego ostatnim członkiem mija się trochę z celem nie mówiąc już o posługiwaniu się tytułem czy rodowym nazwiskiem. Kiedy stanął przed wysoką bramą z kamforowego drzewa, drzwi rozstąpiły się przed nim i przechodząc między rzędami kłaniających się mu w pas wartowników wszedł za mury rezydencji. W rozległym ogrodzie panował jak zwykle nienaganny porządek. Przeszedł przez trawnik po ułożonej z płaskich kamieni ścieżce i ruszył w stronę niewielkiej świątyni po środku ogrodu. W środku paliło się światło. Po latach spędzonych pod skrzydłami rodziny Kuchiki zdążył nauczyć się na pamięć zwyczajów Ginreia. Jednym z nich była wieczorna modlitwa w kaplicy poświęconej przodkom. Zanim wszedł do środka usłyszał znajomy głos dobiegający z wnętrza budynku. Przyległ do ściany i podsłuchał rozmowę dwóch mężczyzn.

- Nie sądziłem, że sprawy przybiorą taki obrót... Funabashi był dla nas bardzo niewygodny i cieszę, że mamy go już z głowy, ale nie kosztem Yamady. Nie udało mi się ustalić do czego tam doszło... więc służby pewnie też nie wpadną na żaden sensowny ślad... Ehhh... gdyby do ciebie przyszedł natychmiast mnie zawiadom. W końcu to jego dom...

- Nie można nikogo winić Kotetsuji-sama... Może oprócz mnie. Obiecałem jego ojcu, że będę go chronił... W ogóle nie powinienem pozwalać mu wstąpić do Onmitsukidō. Miałem go trzymać od tego wszystkiego z daleka a ja posłałem go do służb specjalnych... Dopiero teraz widzę jak głupi byłem myśląc, że tam będzie bardziej bezpieczny niż tutaj. - Powiedział Ginrei z Wyrzutem.

- No i co trzymałbyś go tutaj pod kluczem? Myślisz, że tego chciałby Yonosuke? Gdyby tak było nie zostawiłby ci swojego miecza. Jego ojciec oddał życie za to, żeby Usagi pewnego dnia stał się jednym z nas. Wszystko przygotował z myślą o tym, że kiedyś dołączy do nas jako jeden z Hatamoto.

- Widocznie się pomylił. Usagi pomimo swojego talentu w prawie każdej dziedzinie nie był w stanie rozwinąć własnego zanpakuto.

- Ginrei... na prawdę z wiekiem robisz się coraz bardziej naiwny, przyjacielu... Na prawdę o niczym nie wiesz?

- O czym niby nie wiem?

- No właśnie... o czym nie wie? - Wtrącił się do rozmowy Usagi stając w progu świątyni.

Zaszokowani mężczyźni wymienili ze sobą niepewne spojrzenia po czym Kotetsuji odetchnął z ulgą i powiedział.

- Myśleliśmy, że nie żyjesz... Nie dawałeś żadnych znaków życia od tygodnia...

- Tak, tak nie zmieniaj tematu. Macie mi chyba wiele do wyjaśnienia.... Na początek może powiecie skąd się w ogóle znacie? - Powiedział Yamada z lekkim rozdrażnieniem.

- Widzisz Ginrei. Mówiłem ci, że nie dasz rady tego ukrywać w nieskończoność. Prędzej czy Później doszłoby do tej rozmowy, ale nigdy nie sądziłem że będę w niej uczestniczył... Siadaj sobie Usagi... czeka cię długa opowieść. Od czego by tu zacząć... skąd się znamy... Nie... to mało ważne z perspektywy kogoś, kto nie zna prawdy o własnej rodzinie. Może lepiej zacząć od tego?

- Powiedz co wiesz i przestań już przedłużać!

- Rany... zrobiłeś się strasznie niecierpliwy... Nie znałem cię od tej strony... Pamiętasz kiedy spotkałem cię po raz pierwszy? Zwerbowałem cię do naszej organizacji mówiąc, że jak się sprawdzisz zostaniesz jednym z nas... Cóż... oszukałem cię wtedy. Jesteś i zawsze byłeś jednym z nas. Wstąpiłeś w nasze szeregi z chwilą urodzenia. Gdyby Ginrei nie ukrywał przez te wszystkie lata prawdy nie musiałbym cię wprowadzać w błąd a teraz tego wszystkiego prostować. No Ginrei! Tłumacz się. Nie będę za ciebie odwalał najgorszej roboty.

Starzec westchnął cicho i wskazał ręką na powieszony na ścianie gobelin przedstawiający trzy niewyraźne postaci w długich szatach.

- Ten zwój opisuje powstanie naszego świata... a raczej to co było jego przyczyną...

- Oho.. Zacząłeś z grubej rury... Ja bym rozegrał to trochę inaczej. Przecież on ci w to teraz nie uwierzy. Zobacz już patrzy na nas jak na idiotów. - Zakpił Kotetsuji.

- Proszę nie przerywać. To co ci teraz powiem to nie jest, ogólnodostępna wiedza. Pamięć o tak dawnych dziejach nie zachowała się do dnia dzisiejszego. Nawet zbiory Wielkiej Galerii Wiedzy Duchowej nie sięgają do tak dalekiej przeszłości. Historia twojej rodziny.... wiem, że dziwnie to zabrzmi, ale jest starsza niż Soul Society. Żebyś dokładnie zrozumiał kim jesteś trzeba zacząć od samego zarania. Powinien opowiedzieć ci ją twój ojciec jednak niestety nie dożył czasów w, których jesteś na tyle dojrzały żeby to zrozumieć. Na tym zwoju przedstawione są Istoty, które dały początek światu. Twój ród, podobnie jak rodzina Kotetsuji wywodzi się od jednej z tych pierwotnych istot, a raczej od człowieka, który pobierał nauki bezpośrednio u niej. No... Tak przynajmniej głosi leganda. Wiele rodzin przypisuje sobie boskie pochodzenie... ale reasumując. Te trzy istoty jako pierwsze wyłoniły się z pustki. Kiedy zaistniały jako osobne byty szybko zrozumiały, że nic na świecie nie jest stałe i że także one z powodu swoich narodzin doświadczą śmierci. Nie mogły się z tym pogodzić bo ich naturą była wieczność. Zanim wyłoniły się z pustki problem przemijania ich nie dotyczył, bo to co nigdy się nie narodziło nigdy nie umrze. Każda z istot na swój sposób stawiła czoła własnej egzystencji. Pierwsza z nich znana jako Takamimusubi, żeby zaspokoić swój ból stworzyła świat w, którym żyjemy. Jego piękno pozwoliło mu zapomnieć o losie jaki ją czeka. Kiedy świat był już ukończony z pustki wydzieliły się kolejne mniejsze istoty w niezliczonej liczbie, które widząc dzieło Takamimusubiego chciały go doświadczyć. Boski demiurg był szczęśliwy z tego powodu i nauczył ich jak kształtować otaczający ich świat. Wtedy poczuł się spełniony i mógł odejść. Jednak bez niego wszystko co stworzył rozpadłoby się, dlatego z pośród duchów które nauczał wybrał najzdolniejszego i przekazał mu pieczę nad światem. Zanim odszedł podarował mu miecz, który w razie potrzeby pomoże mu ochronić jego dzieło... Jeden z trzech boskich mieczy Shinken Hakkyōken, który pozwalał jego posiadaczowi mierzyć się nawet z bogami, którzy chcieliby zniszczyć to co stworzył. Ten który dostąpił tego zaszczytu dał początek Rodzinie Królewskiej i był pierwszym królem Dusz. Uczniowie Takamimusubiego uznali go za swojego przywódcę i oddawali mu cześć. Byli tymi którzy umieli kształtować otaczający ich świat. Z wypaczenia tego daru później narodzili się Quincy. Druga istota zwana Amenominakanushi widząc, że oderwała się od swojego źródła popadła w rozpacz a następnie w gniew. Z gniewu narodziła się siła i zdolność do dominacji nad innymi. Amenominakanushi przyciągał do siebie dusze, które żałowały tego że zamieszkały na świecie i nauczył je jak przemienić swoją rozpacz w siłę. Kiedy uczynił swoich uczniów silnymi poczuł, że spełnił swoją misję i może odejść. Stał się na tyle potężny, że nie bał się już śmierci i z uśmiechem na ustach, własnoręcznie pozbawił się życia. Zanim to zrobił wybrał najzdolniejszego ucznia i przekazał mu drugi z Boskich mieczy - narzędzie władzy pozwalające zdominować inne dusze. Jednak jego uczniowie nie uznali nowego przywódcy, bo każdy z nich chciał panować nad innymi. Miecz jak i jego powiernik zaginął a bez jego nauk zrozpaczone dusze pochłaniał mrok i wypaczał ich naturę zmieniając ich w Pustych. Trzecia istota nazywała się Kamimusubi również odczuwała żal z powodu swojej egzystencji, ale nie chciała niczego stworzyć ani nie pozwoliła aby zawładnął nią gniew. Wiedziała, że powodem wszystkich zdarzeń jest strach przed śmiercią i starała zgłębić jej naturę. Rozważała nad istotą przemijania i doszła do wniosku, że powodem jej strachu jest poczucie oddzielenia od reszty świata jakiego nie odczuwała zanim zaczęła istnieć. W końcu udało jej się dojrzeć prawdę, zrozumieć świat i zaakceptować go takim jakim jest. Kiedy zrozumiała czym jest śmierć i życie roześmiała się głośno. Jej śmiech dotarł do uszu wszystkich dusz, które próbowały pojąć świat swoim rozumem. Przyszły do niego a Kamimusubi pokazał im prawdę którą sam odkrył. Chciał, żeby wszystkie dusze mogły odzyskać spokój tak jak on. Więc zanim odszedł podobnie jak jego dwóch braci pozostawił po sobie prezent dla swoich uczniów. Trzeci i ostatni z boskich mieczy Shinkyou pozwalające jego posiadaczowi dostrzec prawdę we wszystkim i zrozumieć to co czują inne dusze. Jego naśladowcy stali się pierwszymi Shinigami - Strażnikami Śmierci. Nauczył ich jak oczyszczać dusze z ich bólu tak, żeby mogły odrodzić się nowo w tym świecie i cieszyć się jego pięknem, jak zaplanował to Takamimusubi lub jeśli były na to gotowe odejść już na zawsze, przeżywając swoje ostatnie życie jako Shinigami. W ten sposób powstała reinkarnacja i śmierć paradoksalnie stała się sposobem na niekończące się życie w różnych wcieleniach. Świat trwał w takim stanie, ale był bardzo niestabilny. Kilka tysięcy lat temu Shinigami zaproponowali królowi aby podzielił go zgodnie z zamysłem Kamimusubiego, który przyglądał się światu najdłużej i rozwiązał tajemnicę śmierci. Król zgodził się na to i podzielił świat na cztery części, między którymi mogą wędrować dusze: Świat żywych, Soul Society, Hueco Mundo i piekło w którym niegodziwe dusze odbywają karę. Król przeniósł się do Soul Society skąd sprawował władzę a potomkowie powiernika Shinkyou ślubowali mu wierność i stali się jego Hatamoto. Trzeci Boski miecz został podzielony na 10 równych części tak aby zapobiec sporom wokół niego. Rozdane między potomków uczniów Kamimusubiego miecze stały się rodowymi skarbami. Od tej pory miecze były przekazywane w rodzinach z ojca na syna. Pomimo że każdy z nich był tylko dziesiątą częścią całości ich moc nie uległa osłabieniu. Każdy właściciel miecza pozostawiał w nim odbicie własnej duszy, co stało się wiele wieków później inspiracją do stworzenia Zanpakuto. Hatamoto sprawowali w Soul Society funkcję sądowniczą i stali na straży królewskiego prawa, a dzięki mocy Shinkyou ich wyroki były zawsze nieomylne. Wszystko zmieniło się kiedy królewski syn zbuntował się przeciwko ojcu. Odnalazł zaginiony miecz władzy Amenominakanushiego i uległ mu skuszony jego mocą. Miecz przejął nad nim władzę i odebrał mu wszystko aby przez rozpacz i gniew uczynić go silnym. Królewski syn odrodził się na nowo będąc pozbawionym wszystkiego włącznie ze zmysłami. Ludzie którzy go dotknęli go zyskiwali to czego było im trzeba. Jednak kiedy umierali wszystko wracało z powrotem do niego. W końcu stał się na tyle silny, że zjednoczył się z mieczem a jego mocą stała się potęga. Zdominował świat ludzi i Hueco Mundo a uczniów Takamimusubiego zdeprawował i uczynił z nich Quincy. Chciał urządzić świat według własnego porządku. Zaatakował Soul Soul Society i Śmiertelnie ranił swojego ojca. Jednak powstrzymali go Shinigami a okaleczone ciało Króla przenieśli do Odseparowanego Wymiaru. Tym który go pokonał nie był żaden z Hatamoto, ale Yamamoto Genryusai. Naturalnym było, że po zniknięciu króla władze będą sprawowali jego najdostojniejsi wasale, ale zwaśnieni Hatoamoto poróżnili się między sobą, co jeszcze bardziej osłabiło ich pozycję. Genryusai pustoszył Soul Society a jego władcy nie mogli nic na to poradzić. W końcu mniejsze rody wybrały z pośród siebie 46 przedstawicieli, którzy zawarli pokój z Oddziałami Genryusaia. Rody lojalne wobec prawowitej władzy były represjonowane a pamięć o nich została usunięta w bardzo krwawy sposób. Twój ojciec również padł ofiarom tego procederu.

- Chcoiaż na sam koniec udało mu się ze wszystkich zakpić. - Wtrącił się Kotetsuji. - Zanim się urodziłeś podzielił swoją część Shinkyou na dwie połowy i zapieczętował jedną z nich w twojej duszy, jeszcze zanim się do końca ukształtowała. Właśnie dlatego jesteś tak przenikliwy. To nie jest naturalny talent, tylko moc miecza połączonego z twoją duszą. Nosisz w sobie część... nie... nawet bardziej... jesteś częścią Shinkyou i w przeciwieństwie do pozostałych dziewięciu mieczy ze swojego możesz korzystać tylko i wyłącznie ty. Nigdy nie rozwinąłeś własnego zanpakuto bo w pewnym sensie sam nim jesteś. Może kiedyś cię zastanawiało dlaczego syn tak znamienitego rodu jak ty ma taką mało ilość reiatsu... Żeby umieścić cześć Shinkyou w twojej duszy, Yonosuke musiał najpierw coś z niej wyciągnąć. Zabrał ponad połowę twojej energii i umieścił ją w mieczu. Duch miecza jest zapieczętowany w twoim ciele a twoje reiastu w mieczu. Taka manipulacja na prastarym artefakcie i duszy nienarodzonego dziecka wymaga ogromnych umiejętności, ale też ogromnego poświęcenia. Podczas tej duchowej operacji twój ojciec zniszczył nieodwracalnie własną duszę i umierałby w powolnych męczarniach. Rozkaz popełnienia seppuku przyjął więc z radością. Zrobił to, żeby zabezpieczyć cześć Shinkyou która przypadła waszemu rodowi. Gdyby nie to Czterdziestusześciu przywłaszczyłoby sobie twoją część miecza tak samo jak zabrali nam Shinken Hakkyōken, który Hatamoto mieli posiadaniu po wycofaniu się Króla. Centrala chciała zdobyć wszystkie miecze i pozbyć się świadków ostatnich kilku tysięcy lat niechlubnej historii Soul Society i bezprawnego przejęcia władzy.

- Twój ojciec prosił mnie, żebym przyjął cię i wychował jak jednego z nas i zrobiłem to z radością. To był dla mnie zaszczyt, który pozwolił mi zmyć hańbę mojej rodziny, którą okryliśmy się biorąc udział w tym zbrodniczym przewrocie, Sadaharu Kudara-sama. - Powiedział Ginrei kłaniając się nisko.

- Sadaharu... Kudara?

- Tak właśnie się nazywasz. Usagi to przezwisko jakie nadała ci matka a Yamada to nazwisko jej siostry. Twój ojciec tez ukrywał się za życia jako Hiro Yamada. - Powiedział Kotetsuji.

- .... Jesteście pijani. Kazuya to jeszcze ujdzie, ale ty... no nie spodziewałem się.

- To prawda, Usagi. Wiem że ciężko w to uwierzyć, ale tak się nazywasz...

- Wiem, że tak się nazywam. Po prostu dawno już nie słyszałem tego imienia... Niepokoję się tylko o wasze zdrowie psychiczne skoro opowiadacie mi takie bajki.

- Możesz się nabijać, ale to prawda. Dlaczego mielibyśmy kłamać? - Powiedział Kazuya rozkładając ręce.

- Jak chcieliście żeby to nie brzmiało głupio to trzeba było mi to powiedzieć wcześniej.... i nie wszystko na raz... to jest.... bez sensu.

- Oooo.. takie pretensje to nie do mnie. Ja chciałem ci powiedzieć jak najwcześniej. - Wypierał się Kotetsuji.

- Chciałem cię od tego chronić... To nie są rzeczy, którymi można mącić w głowie dziecku... Potem wstąpiłeś do służb... myślałem, że ułożysz sobie życie bez tego...

- Wiecie co... zostawiam was tutaj z waszymi magicznymi mieczami i bajkami o początkach świata. Idę lepiej do... właśnie gdzie jest Sōjun?

- Usagi zaczekaj...

- Gdzie jest Sōjun!?

- Ehhh.... W szpitalu... czeka na narodziny syna.

- No! Widzę, że zrobił coś pożytecznego od czasu kiedy ostatnio się widzieliśmy.

Usagi popatrzył przez chwilę na Ginreia z pewnym rozczarowaniem i odszedł bez słowa. Starzec westchnął i ukrył twarz w dłoniach.

- Phi! Ale miał minę. Widziałeś jak mu się ręce trzęsły. Jeszcze chwila i by się popłakał. - Zaśmiał się Kotetsuji.

- O czym ty mówisz? Nie uwierzył nam. Powinienem powiedzieć mu wcześniej....

- Nie uwierzył, nie uwierzył... Oj Ginrei jaki ty jesteś prostolinijny. Patrzysz a nie widzisz. Trzeba zaglądać głęboko do środka. To co tam jest zawsze jest prawdziwe i nic tego nie ukryje. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Sam fakt jak bardzo chciał to zamaskować świadczy o tym, że nam uwierzył. Może wiedział więcej niż nam się wydaje... albo jedynie się domyślał a teraz znalazł na to potwierdzenie... To by pasowało do reakcji. No ale.. nie ważne już. Niedługo się opamięta. Swoją drogą to nawet dobrze wypadłeś. Myślałem że będzie gorzej.

- Przepraszam... musze już wracać. Zobaczymy się za kilka dni... - Powiedział Ginrei wychodząc ze świątyni.

Usagi szedł przez opustoszałe miasto w stronę baraków 4. Oddziału. Beznamiętnie wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Jego głowę wypełniało całe mnóstwo niedających mu spokoju myśli. Mętne słowa ojca, które pamiętał z dzieciństwa nabierały teraz nowego znaczenia. Nie chciał wierzyć w to co przed chwilą usłyszał. Wszystko to wydawało mu się nielogiczne i chore. Czuł się jakby znajdował się we śnie, który coraz mniej mu się podoba. Miał wrażenie jakby coś podchodziło mu do gardła i prawdopodobnie gdyby chciał coś teraz powiedzieć nie dałby rady. Dziwny ucisk w klatce piersiowej coraz bardziej utrudniał mu oddychanie. Z każdym krokiem w jego głowie kołatało się pytanie "Kim jestem?", "Czym jestem?"





6. Życie się rodzi, życie umieraEdytuj

Sojun z przerażeniem przyglądał się rodzącej w bólach żonie trzymając ją za rękę. Co jakiś czas jego wzrok odrywał się od twarzy cierpiącej kobiety i błądził po korytarzu w poszukiwaniu jakiegokolwiek członka personelu, który mógłby odebrać poród. Na korytarzach kliniki 4. Oddziału panował straszny tłok. Zabiegani sanitariusze przeciskali się od sali do sali między porozkładanymi przy ścianach łóżkami i noszami. Plan eksterminacji Quincy nie posuwał się tak dobrze jak zakładało dowództwo. Straty były ogromne a opór ze strony wroga silniejszy niż przewidywano. Od kilku dni bez przerwy na oddział są przyjmowani kolejni ranni shinigami. Nie można dziwić się temu, że w takich warunkach odebranie porodu nie jest priorytetowym zdaniem dla zespołu medycznego. Kiedy tutaj przyszli jakaś pielęgniarka wskazała im tylko wolne miejsce w pomieszczeniu gospodarczym i pobiegła na salę operacyjną. Kuchiki nerwowo zerkał przez uchylone drzwi. Kiedy kolejna grupa ubranych w białe fartuchy sanitariuszy przebiegła korytarzem Sojun w końcu zebrał się na odwagę i krzyknął do nich w akcie desperacji.

- Przepraszam czy ktoś może nam pomóc? Moja żona rodzi!

- Rodzi? Kto?! - Zapytał głośno wysoki blondyn dołączając się od grupy pędzących lekarzy.

- Moja żona! Czy może nam pan pomóc? - Zapytał z lekkim niedowierzaniem.

- No ależ oczywiście! Yasochika Iemura 6. oficer 4. Oddziału. Proszę się niczym nie martwić. Robiłem specjalizację ginekologiczną. Jest pani w dobrych rękach! - Powiedział z uśmiecham na ustach niedbale odstawiając tacę z lekarstwami na stolik pod drzwiami.

- Dziękuję na prawdę. Już myślałem, że nikt nam nie pomoże... Proszę się tym zająć ja nie wiem co robić!

- Bez obaw! Doskonale wiem co roo.. ała! Ał...! - Krzyknął Iemura łapiąc się za lewe ucho.

Sojun nawet nie zauważył kiedy w pomieszczeniu za pomocą Shunpo znalazł się wysoki mężczyzna o czarnych sięgających szyi włosach. Złapał blondyna za ucho i mocno je wykręcił z pogardą patrząc na przebierającego nogami z bólu shinigamiego.

- Ty zwyrolu... CO ja mówiłem? Masz zakaz zbliżania się do jakichkolwiek pacjentek. Bierz dupę w troki i won na chirurgię!

- T.. Tak jest! Tak jest! - Powiedział kłaniając się kilka razy i biegiem opuścił salę.

Czarnowłosy shinigami pokiwał głową z dezaprobatą i odwrócił się w stronę Sojuna. Obrzucił go bardzo nieprzyjemnym oceniającym spojrzeniem. Kuchiki miał wrażenie, że skądś zna tego mężczyznę. W jego twarzy było coś co bardzo znajomego, ale nie potrafił dokładnie określić o co chodzi.

- Emmm... przepraszam... nazywam się Kuchiki Sojun... Moja żona.. rodzi i... - Powiedział nieśmiałym tonem.

- 4. Oficer 4. Oddziału Seinosuke Yamada. Miło mi poznać... tak ważną personę. Proszę wybaczyć, ale oficer Iemura nie potrafi kontrolować swoich zapędów, dlatego ma zakaz zbliżania się do kobiet. - Powiedział i odwrócił się w stronę wyjścia.

- Zaraz... proszę zaczekać!

Seinosuke zatrzymał się, zmierzył Sojuna jeszcze bardziej nieprzyjemnym wzrokiem i lekko przygryzając wąskie wargi zapytał.

- O co chodzi?

- Moja żona.. rodzi! Czy mógłby pan...

- Przykro mi nie mam teraz czasu.

- Ale... Proszę chociaż spojrzeć czy wszystko w porządku.. Ja... nie wiem co robić. - Powiedział błagalnym tonem Kuchiki.

- No dobrze... Proszę rozchylić szerzej nogi.

Yamada podszedł do kobiety i zajrzał pod okrywające nogi prześcieradło. Zmróżył oczy i wykrzywił twarz w dziwnym grymasie niezadowolenia po czym spojrzał pytająco na Sojuna unosząc lewą brew.

- Co?! Coś nie tak?!

- Nie, nie.. wszystko w porządku.... Co kto lubi... - Powiedział jakby do siebie i wrócił do badania.

- Czy... długo to potrwa?

- Nie... już wychodzi... Chyba mogę odebrać poród... oczywiście jeżeli nie ma pan nic przeciwko. Jeśli to problem to mogę posłać po wyżej urodzonego lekarza. - Powiedział z kpiną w głosie.

- Proszę tak nie mówić. To nie ma żadnego znaczenia.

- Na prawdę? Co za szczęście. Chyba spotkał mnie zaszczyt... No dobrze proszę podać mi tamtą miskę i ręczniki.

Kuchiki pośpiesznie wykonał polecanie a Seinosuke usiadł na stołku na przeciwko rodzącej kobiety. Sojun chodził nerwowo po sali starając się nie zwracać uwagi na lekceważący stosunek Seinosuke, który ostentacyjnie gapił się w okno. Przechodząc koło pozostawionej przez jasnowłosego oficera tacy tracił ją kolanem i jedna ze strzykawek niefortunnie wbiła mu się w nogę.

- Przepraszam najmocniej... zaraz to pozbieram....

- Kuchiki-dono... proszę poczekać na zewnątrz. - Powiedział przez zęby lekarz.

- Ale ja... Czy nie mógłbym...?

- Dla własnego bezpieczeństwa. proszę poczekać za drzwiami.

- No dobrze.... trochę dziwnie się... co w tym było? - Zapytał wskazując na strzykawkę.

- Niebeska czy czerwona? - Odpowiedział nie patrząc w jego stronę.

- Em... żółta.

- Na uspokojenie. Będzie jak znalazł. Proszę to sobie zabrać i wyjść.

Sojun opuścił gabinet na chwiejnych nogach i usiadł pod ścianą. Teraz oprócz płaczu żony słyszał jęki rannych i przekleństwa sanitariuszy z sali obok. Z każdą sekundą czuł się coraz dziwniej. Zaczęło się od lekkiego mrowienia w nodze, które po czasie przerodziło się w drętwienie całej kończyny. W śród całego tego zgiełku udało mu się wyłapać dziwnie znajomy głos na którym skupił całą swoją uwagę.

- Dobra, zostawcie go. Wychuśtał się. To nie ma sensu.

- Nie jesteś nawet członkiem 4. Oddziału a mówisz nam co mamy robić? Naszym obowiązkiem jest ratowanie, życia do samego końca! - Krzyknęła rozemocjonowana kobieta z sali obok.

- Nie. Nie należę do 4. Oddziału, ale wiem za to kiedy ktoś żyje a kiedy nie. A to jest trup. Lepiej zróbcie sobie przerwę. Ja wychodzę.

Drzwi otworzyły od sali otworzyły się z hukiem uderzając Sojuna w zdrętwiałą nogę. Na zewnątrz wyszedł młody czarnowłosy shinigami w zakrwawionym fartuchu.

- Usagi? Co ty tutaj robisz? - Zapytał Kuchiki próbując nieudolnie wstać z ziemi.

- Mógłbym zadać ci to samo pytanie. Słyszałem, że Shioko rodzi więc pomyślałem że was odwiedzę... ale nie sądziłem że zastanę tutaj taki sajgon. Szukałem cię dobre pół godziny po wszystkich oddziałach.

- Aaaa... ten fartuch? Dlaczego jesteś w...?

- Nie znalazłem ciebie, ale znalazłem kuzyna, który poprosił mnie o pomoc przy rannych.- Powiedział chowając zakrwawione ręce do kieszeni.

- Aha... no tak....

- Gdzie jest Shioko i czemu siedzisz na ziemi?

- To trochę skomplikowane... Shioko jest tam w...

- Czy ty jesteś pod wpływem?! CO to jest? - Zapytał Wyrywając mu strzykawkę z ręki.

- To nie tak jak myślisz.. ja...

- Kto ci to dał? Przecież to jest znieczulenie miejscowe.

Sojun już chciał się tłumaczyć, ale zamilkł kiedy z pomieszenia gospodarczego w którym rodziła jego żona wyszedł Siennosuke. Trzymał w ręku czarny, zakrwawiony worek z, którego wystawał kawałek pępowiny. Sojun zamarł w bezruchu i pobladł momentalnie. Yamada spojrzał na niego obojętnie i wyrzucił niedbale zawartość worka do blaszanego kubła. Wzruszył ramionami i powiedział:

- Nic więcej nie mogę zrobić. To koniec.

Kuchiki patrzył na niego z niedowierzaniem próbując zrozumieć to co przed chwilą się stało. Usagi spojrzał ukradkiem na kuzyna próbując bezskutecznie ukryć uśmiech. W końcu rozbawianie wzięło górę i roześmiał się głośno klepiąc Sojuna w plecy.

- No idź do niej. Co tak się gapisz?

Kuchiki z trudem wstał z ziemi i obrzucił Yamadę pytającym spojrzeniem. Wyglądał jakby miał się zaraz rozsypać na kawałki. Dezorientacja i rozpaczliwa niepewność nagle zniknęły w jednej chwili kiedy usłyszał płacz dziecka. Momentalnie rzucił się w stronę drzwi o mało co nie przewracając się o próg.

- Ty chory sadysto... - Powiedział Usagi z uśmiechem na ustach.

- Jaki sadysto? Przecież powiedziałem, ze nic już więcej nie mogę zrobić. Odebrałem poród, pozbyłem się pępowiny i łożyska... Na tym kończy się moja rola. Zrobiłem coś nie tak? - Zapytał wykrzywiając usta w szyderczym uśmiechu.

- Ty na prawdę musisz się leczyć...

- Tak sądzisz? Proponujesz jakąś konkretną terapię?

- Hmmm... no mam kilka pomysłów.

- Na przykład?

- Co powiesz na kurację alkoholową?

- No... przekonałeś mnie... Może.. we wtorek?

- Pewnie... Im szybciej tym lepiej.

- No to jesteśmy umówieni. Dzięki za pomoc przy rannych. - Powiedział Siennosuke.

- Chyba raczej przy ciałach. Ludzi z takimi ranami trzeba kierować na dzień dobry do kostnicy. Nie wiem jakie teraz są tutaj zasady, ale kiedyś nie marnowało się czasu na ratowanie sztywnych kosztem tych którym jeszcze można pomóc.

- Ehh.. nawet mi nie mów. Jakbym słyszał siebie... Szkoda, że reszta tego nie rozumie. Kiedy próbowałem poruszyć tę kwestię w szerszym gronie, jakaś głupia rura zaczęła mi prawić morały... Nawet nie masz pojęcia jaka tu panuje samowolka... w innych oddziałach podobno jest dyscyplina a u nas? Każdy chuj na swój strój. Całe szczęście, że Unohana jakoś radzi sobie z ogarnięciem tego wszystkiego.

- Dziękuję za uwagi i dobre słowo , Seinosuke. Poruszymy ten temat jeszcze raz i wspólnie nad tym popracujemy. - Rozległ sie łagodny, kobiecy głos.

Seinosuke przewrócił oczami z niezadowoleniem i odwrócił się w stronę stojącej za nim Kapitan Unohany. Popatrzył na nią z lekkim zakłopotaniem i powiedział zaskakująco uprzejmym tonem.

- Dziękuję pani kapitan. Prosze wybaczyć mi szczerość, ale...

- Nic się nie stało. Zawsze jestem otwarta na uwagi.

Unohana obdarzyła swojego podwładnego serdecznym uśmiechem, spojrzała w stronę Usagiego i z lekkim wahaniem zapytała.

- Usagi-kun? To ty?

- Emm... no... cześć ciociu...

- Ale wyrosłeś! Cieszę się, że przyszedłeś. Mamy straszne braki jeśli chodzi o personel. Każda para rąk się liczy. Pamiętaj, że jesteś tu zawsze mile widziany. Nigdy nie mieliśmy tak dzielnego, małego pomocnika jak ty. Mam jeszcze gdzieś twój fartuszek. Wyglądałeś w nim tak uroczo... jak biegałeś po korytarzach... jak mały króliczek... Zawsze opowiadam o tobie kiedy oprowadzam dzieci po naszym szpitalu.

- Ciociu, nie sądzę żeby to był najlepszy moment na... - Powiedział oblany rumieńcem shinigami.

- A to dlaczego? Ja bym chętnie posłuchał. - Wtrącił się Seinosuke rozciągając usta w szyderczy uśmiech.

- Może innym razem. Przepraszam, ale muszę sprawdzić co u Sojuna... trzymajcie się.

Usagi pożegnał się ze sztywnym uśmiechem na twarzy i szybko oddalił z miejsca zdarzenia chcąc uniknąć całkowitej kompromitacji. Właściwie to spodziewał się, ze tak będzie kiedy trafi na kapitan Unohanę. Dzieci spędzają swoje dzieciństwo w różny sposób a Usagiemu najmłodsze lapa upłynęły na pomaganiu mamie i przyszywanej cioci Retsu w opiece nad pacjentami. Z początku nosił tylko tacki z lekami, co wydawało mu się wtedy świetną zabawą, ale też bardzo odpowiedzialną funkcją. Z czasem nauczył się podstawowych technik leczniczych i nawet planował wstąpienie do 4. Oddziału. Gdyby mu się to udało zostałby najmłodszym jego członkiem w historii. Czasami żałował, że tak się nie stało. Z moralnego punktu widzenia czułby się lepiej ratując czyjeś życie niż będąc wielokrotnie zmuszanym do jego odbierania. Usagi zapukał we framugę uchylonych drzwi i wszedł do środka. Na łóżku w brudnej pościeli leżała młoda czarnowłosa kobieta. Trzymała na rękach płaczące niemowlę bezskuteczne próbując je uspokoić. Yamada nie zdążył się nawet przywitać ze świeżo upieczoną matką kiedy przerwał mu Sojun.

- No Usagi szykuj się! Zapowiada się powtórka z wieczoru kawalerskiego! Tym razem nie dam się tak łatwo obalić!

- Emm.. czekaj chwilę... bo...

- No co z tobą? Co jak co, ale po tobie nie spodziewałem się sprzeciwów. Chyba że... chcesz mnie wziąć podstępem. Tak jak ostatnio... chyba dobrze mi się wydawało że wypiłeś wtedy kilka kolejek mniej... - Powiedział z groteskową podejrzliwością w głosie.

- Nie chodzi o to ja tylko... Nie wiem czy Shioko się zgadza...

- Ja nie mam tutaj nic do gadania... Już dawno zrozumiałam, że pomimo tego, że jestem żoną Sojuna, w pewnych kwestiach nawet nie mam z tobą szans... - Powiedziała, kobieta z lekkim wyrzutem uśmiechając się do noworodka. - Nie zwracaj na nią uwagi... Chodź nie ma co marnować czasu.

Sojun złapał Usagiego za rękaw i prawie na siłę wyprowadził go z sali na szpitalny korytarz. Shinigami szli szybkim krokiem w stronę wyjścia przepychając się z trudem przez tłumy sanitariuszy i rannych koczujące między salami. Kiedy już wyszli na zewnątrz Usagi zatrzymał się gwałtownie przed wejściem.

- Co jest, Usagi? - Zapytał zdziwiony Kuchiki.

- Ehh... jak widać moja praca znajdzie mnie chyba wszędzie. Wybacz ale...

- O czym ty mówisz?

Usagi nic nie odpowiedział. Pokręcił jedynie głową i spojrzał na przyjaciela z politowaniem. Po chwili z pobliskiego lasu wyłoniła się z spora grupa ubranych na czarno mężczyzn. Jako ostatni z za drzewa wyszedł wysoki blondyn z potarganymi słomiastymi włosami.

- Co to ma znaczyć?! - Krzyknął Kuchiki.

- Sojun.. najlepiej byłoby gdybyś się stąd oddalił... Przepraszam cię, ale sam widzisz... spotkamy się może za kilka dni...

- Ale...

- No idź już. To nic takiego. To nie pierwszy taki raz i na pewno nie ostatni.

Sojun popatrzył przez chwilę na Yamadę z niepewnością po czym zniknął mu z oczu zostawiając po sobie jedynie ulotny powidok. Shinigami otoczyli Usagiego szczelnym kordonem nie dobywając mieczy. Z Szeregu wystąpił shinigami o jasnych włosach i powiedział śpiewnym tonem.

- Przepraszam za to najście Yamada-san, ale mamy rozkaz żeby doprowadzić pana na przesłuchanie.


7. Księżyc widział wszystkoEdytuj

Trzech mężczyzn wprowadziło zakutego w kajdany Usagiego do małego ciasnego pomieszczenia. Usadzili go na niewygodnym, twardym krześle z rękoma założonymi za oparcie i ustawili się w rządku pod ścianą. Usagi doskonale wiedział co się zaraz stanie. Znał na pamięć cała procedurę. Do pomieszczenia wszedł szybkim krokiem niski shinigami o srogim spojrzeniu. Usiadł przy biurku na przeciwko Yamady i rzucił plik dokumentów na blat.

- Proszę się zapoznać z zasadami przesłuchania i przysługującymi podejrzanemu prawami. - Powiedział beznamiętnym podsuwając Usagiemu kartkę.

- No tak... zachowawczy jak zawsze... może przejdziesz do rzeczy, Feng?

- Komisarzu, Feng. Proszę nie odzywać się bez pytania i przeczytać regulamin.

- To nie jest regulamin tylko wyciąg z kodeksu czynności służbowych... jeśli już mamy być tacy dokładni...

Feng zmarszczył lekko brwi, ale szybko opanował gniew. Zabrał kartkę z przed nosa Usagiemu i przysunął się do blatu.

- Jest pan podejrzany o spowodowanie śmierci dwudziestu oficerów oddziału Nadkomisarza Funabashiego. Ponadto dostałem rozkaz żeby przesłuchać pana w sprawie zaginięcia Nadkomisarza.

- Oho... poważna sprawa... Na prawe dostałeś takie polecenie czy po prostu stęskniłeś się za nim i nie masz komu włazić w tyłek?

- To ja tutaj zadaję pytania! - Podniósł nieznacznie głos.

- No wiem.. tylko tak trochę bez skutku, więc może trochę...

- Milczeć! Co za bezczelność... Jeszcze raz odezwiesz się w ten sposób i się...

- Zdenerwujesz? No bo co innego możesz zrobić?

- Nie chcesz wiedzieć.

- Oooo... robi się ciekawie... no dalej zaskocz mnie czymś...

Twarz Fenga przybrała buraczano czerwony kolor. Przez cienka blada skórę było widać pulsujące żyły. Mężczyzna zacisnął pięść i uderzył nią o blat biurka.

- Noo... rzeczywiscie. Groźne to było nie powiem... Dobra. Złamałeś mnie. Zadawaj swoje pytania. - Powiedział Usagi drwiącym tonem.

- Posłuchaj... Twoja sytuacja jest poważna. Twoi podkomendni złożyli już zeznania przeciwko tobie. Obie wersje potwierdzają, że zamordowałeś członków oddziału Nadkomi...

- Oni nie mogli tego widzieć. - Przerwał Yamada.

- Widzieć czego?

- Nie mogli widzieć jak ich zabijałem. Byli wtedy w zupełnie innym miejscu.

- Więc przyznajesz się? Tego się nie spodziewałem... może to i lepiej... Postawię ci zaraz zarzuty i...

- Na jakiej podstawie?

- Słucham?

- Na jakiej podstawie? Masz jedynie moje słowo i zeznania moich podkomendnych, którzy podobnie jak ty dowiedzieli się tego ode mnie. Akt oskarżenia trzeba zbudować na dowodach. Samo przyznanie się do winy nie ma żadnego znaczenia w obliczu braku dowodów... Ale... tak miedzy nami to zrobiłem to. Na prawdę. - Powiedział z uśmiechem Usagi.

- Próbujesz, ze mną pogrywać?! Wydaje ci się, że jesteś taki cwany?! Poczekaj tylko ty...

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka weszła młoda dziewczyna o śniadej cerze. Stojący pod ścianą shinigami i oficer prowadzący padli na kolana wykonując głęboki ukłon do samej ziemi. Kobieta wyglądała na trochę zażenowana tym gestem. Podniosła Fenga do góry za kołnierz i zapytała. - Co się tutaj wyprawia, co?

- Shihōin-sama... ja tylko...

- Dobra już dobra... Po prostu go rozkujcie. Zabieram go do głównodowodzącego.

- T.. tak jest! Rozkuć go!

Dwóch funkcjonariuszy podeszło do Usagiego z kluczami kiedy ten po prostu wstał z krzesła i położył kajdanki na stole z bezczelnym uśmiechem na twarzy.

- Jak ty to...?! - Wycedził przez zęby ze złością jeden z shinigamich.

- Tajemnica~.

- Pfff.. nic się nie zmieniłeś... Przestań się popisywać i chodź. - Powiedziała dziewczyna wychodząc na zewnątrz.

Usagi przekroczył próg celi i zamknął za sobą drzwi. Zmierzył kobietę badawczym wzrokiem i uśmiechnął się lekko.

- Za to ty trochę się zmieniłaś... odkąd ostatnio się widzieliśmy... Yoruichi.

- To ma być komplement?

- Interpretacja dowolna. - Powiedział rozkładając ręce.

- Yamarou chce się z tobą widzieć.

- Myślę, że na widzeniu się nie skończy... jak zwykle...

- Nie brzmisz jak ktoś komu to przeszkadza...

- Co za różnica... mam jakiś wybór? Jeśli głównodowodzący sobie tego życzy... to widocznie musimy porozmawiać. - Powiedział Usagi wstydliwie wbijając wzrok w ziemię.

Yoruichi popatrzyła na niego z lekkim rozbawianiem i ruszyła bez słowa w głąb korytarza. Yamada znał Yamarou jeszcze z czasów kiedy był tylko zwykłym oficerem. Jednak odkąd zlikwidowali ich jednostkę zaczęli widywać się coraz rzadziej. Awans na głównodowodzącego jeszcze bardziej ograniczył ich kontakty. Usagi w pewnym sensie cieszył się z takiego obrotu sprawy. Mimo, że doskonale rozumiał się z dziedzicem rodu Shihōin to ich przyjaźń była w pewnym sensie bardzo problematyczną i kontrowersyjną kwestią. Poza tym zaczęto mu zarzucać wykorzystywanie swoich znajomości w pracy, co było oczywiście prawdą i robili to wszyscy. Jednak nie wszyscy mogli pochwalić się znajomością z tak wpływowa osobą. Dlatego Usagi dołożył wszelkich starań, żeby wyciszyć tę sprawę i udawało mu się to bardzo dobrze... aż do teraz. Yoruichi wprowadziła go do dużego zaparowanego pomieszczenia po czym sama szybko się oddaliła. Yamada dosyć niepewnym krokiem szedł w głąb sali między rzędami bacznie obserwujących go strażników. W płytkim basenie z gorącą wodą siedział zanurzony po szyję młody mężczyzna. Miał ciemną skórę, włosy o lekko fioletowym odcieniu i złote oczy. Obrzucił Usagiego przenikliwym spojrzeniem i lekko przygryzł wargi. Yamada czuł się nieco niezręcznie i unikał dłuższego kontaktu wzrokowego. Podszedł bliżej i powiedział unosząc do góry prawą dłoń w powitalnym geście.

- Cześć... Yamarou...

Po sali poniosły się ciche odgłosy oburzenia. Strażnicy gniewnie szeptali między sobą z pogardą patrząc na Usagiego. Shihōin kaszlnął demonstracyjnie i nagle zapanowała absolutna cisza.

- Zostawcie nas samych. - Powiedział cicho.

Strażnicy bez słowa sprzeciwu opuścili pomieszczenie w równych kolumnach i zamknęli za sobą ciężkie dwuskrzydłowe wrota. Yamarou gestem ręki wezwał do siebie Usagiego, który dosyć niechętnie wszedł po schodach na podwyższenie i usiadł koło krawędzi basemu.

- Nie dołączysz? - Zapytał mężczyzna z lekkim rozczarowaniem.

- Emm... właściwie to.... ja...

- Dobrze... w takim razie zrobimy na odwrót. Podasz mi tamten ręcznik?

Usagi podniósł się szybko i wykonał prośbę. Głównodowodzący wyszedł po czym ku zdziwieniu Yamady zamoczył ręcznik w wiadrze z gorącą wodą i położył go siebie na ramionach. Wyciągnął z popielniczki stojącej na krawędzi basenu tlącą się jeszcze fajkę, włożył ją do ust i usiadł koło wyraźnie zakłopotanego shinigamiego. Po chwili niezręcznej ciszy zapytał beztroskim tonem.

- Co u ciebie słychać? Jak się trzymasz?

- S.. Słucham? Myślałem, że chcesz ze mną porozmawiać o... o... są tysiące rzeczy o które mógłbyś spytać w tej chwili. Nie wiem czy wiesz, ale właśnie wyciągnąłeś mnie z pokoju przesłuchań.

- Po prostu chciałem porozmawiać ze starym przyjacielem... to wszystko...

- Nie odzywałeś się przez 7 lat i teraz od tak chcesz sobie pogadać?!

- Widzisz w tym coś dziwnego? Poza tym przypominam ci, że to ty sam nie chciałeś utrzymywać kontaktu.

- Doskonale wiesz dlaczego... Z resztą nie mam na to czasu. Skoro już tu jestem to może zdam ci raport. Masz w ogóle pojęcie co się dzieje pod twoim nosem?

Ciemnoskóry mężczyzna spoważniał nagle i po krótkiej pauzie powiedział:

- Wiem co się stało w Rukongai... wiem też o co cię oskarżają... Może na to nie wygląda, ale doskonale orientuję się w bieżących sprawach. Całą tą operację obserwowali moi ludzie, którzy dopilnowali, żeby w pobliżu nie było innych obserwatorów.

- C...co?

- Decyzja Centrali była dosyć ryzykowna ze względu na możliwość buntu... co tak po prawdzie się stało. Nie byłeś jedynym dowódcą, który nie wykonał rozkazu. Oczywiście zrobiłeś to na swój sposób... Inni wypowiedzieli posłuszeństwo otwarcie i stanęli w obronie ludności albo nie chcąc brudzić sobie rąk wynajęli płatnych zabójców. Wiedziałem, że ta operacja będzie mnie kosztowała co najmniej kilkuset ludzi i nie mogłem nic na to poradzić. Mogłem natomiast wybrać jacy to będą ludzie dlatego wysłałem tam Funabashiego. Wiedziałem, że tylko on wykona rozkaz i będzie próbował wyegzekwować to u innych siłą. Wtedy udzieliłbym wam wsparcia i w ten sposób rozwiązałaby się kwestia naszego niewygodnego przyjaciela. Widzisz... Funabashi był tak na prawdę człowiekiem Centrali... i nie specjalnie się z tym krył... Nawet nie wiesz jak wiązało nam to ręce... ile musieliśmy przez to sfabrykować dowodów... ilu zbrodniarzy wypuścić... ilu niewinnych ludzi skazać na śmierć lub więzienie... Wszystko pod zamówienie 46 skorumpowanych skurwysnynów. Nie mogłem z tym nic zrobić... Gdybym otwarcie się temu sprzeciwił skończyłbym jak mój ojciec... albo twój... Cała ta operacja miała być egzekucją Funabashiego. Ale jak się okazało ktoś mnie w tym wyręczył... szkoda tylko, że stało się to kosztem twojego oddziału... Przykro mi z tego powodu.

- Chcesz mi powiedzieć, że... zaplanowałeś to wszystko?

- Tak jak mówiłem. Nie za wiele mi z tego wyszło, ale cel został osiągnięty. Długo czekałem na okazję, żeby oczyścić Onmitsukidō z wpływów tej rodowej sitwy, która otruła mojego ojca. Tej samej, która zniszczyła twoją rodzinę. Żeby tego dokonać potrzebuję twojej pomocy.... Sadaharu.

Usagi wzdrygnął się na dźwięk tego imienia. Spojrzał na Yamarou ze zdziwieniem i zapytał podniesionym głosem.

- Jak mnie nazwałeś?! Skąd ty... skąd o tym wiesz?!

- Spokojnie... wszystko ci wyjaśnie... Kilka miesięcy temu odwiedził mnie nasz wspólny znajomy i podzielił się ze mną swoją wizją oczyszczenia Soul Society z wpływów starego układu. Przy okazji opowiedział mi o tobie... Trochę ciężko było w to uwierzyć ale... nigdy nie sądziłem, że...

- Zamknij się! - Krzyknął Usagi zrywając się z miejsca.

- Spokojnie ja tylko...

- Nie chrzań! Mam tego dosyć, rozumiesz?! Tych wszystkich cholernych gier za moimi plecami. Kotetsuji bawi się mną jakbym był jego pionkiem! Jak w ogóle śmiał przychodzić do ciebie i opowiadać takie rzeczy bez mojej wiedzy? Nikt mi o niczym nie mówi! Gdybym tylko wiedział że tak to będzie wyglądało nigdy nie wstąpiłbym do Onmitsukido Nikt nie jest ze mną szczery! Każdy oszukuje... każdy! Ginrei, tata, Kotetsuji, Ty... może jeszcze Sojun coś przede mną ukrywa? Nie wierzę, że przez te wszystkie lata... nikt mi nic nie powiedział... jestem dla was tylko rzeczą, która czasem jest komuś potrzebna. Gdzie się nie ruszę.. on jest wszędzie zawsze o krok przed mną... zawsze o kilka ruchów do przodu... dlaczego to robi? Dlaczego nie powie mi prawdy?!

- Usagi... uspokój się... Proszę usiądź i...

- Nigdzie nie będę siadał. To koniec. Wypisuje się. Rezygnuję z tego!

Yamada już obrócił sie w stronę wyjścia kiedy Yamarou złapał go za rękę. Shinigami próbował się wyszarpnąć z uścisku po czym uniósł dłoń wysoko nad głowę jednocześnie odstawiając prawą nogę w bok. Shihōin stracił na chwilę równowagę. Zanim się zorientował, Yamada pociągnął go za rękę i rzucił w stronę basenu. Zamiast chlupotu wody rozległ się w powietrzu chichy świst. Mężczyzna ucisnął dwoma placami punkt pod jego obojczykiem. Usagi poczuł jedynie lekkie ukłucie i osunął się bezwładnie w ramiona stojącego za nim Yamarou. Czuł jak kręci mu się w głowie i obraz przed oczami zaczyna sie coraz bardziej rozmywać. Po chwili wszystko przykryła ciemność. Ostatnie co pamiętał po przebudzeniu to właśnie to dziwne uczucie zagubienia. Wszystkie negatywne emocje nagle go opuściły. Nie czuł już złości z jakiegoś dziwnego powodu chociaż wiedział podświadomie, że powinien być w tym momencie zły. Otworzył powoli oczy i rozejrzał się z trudem dookoła. Leżał w ciepłej pościeli na szerokim wygodnym łóżku. Wnętrze było spowite mrokiem, który miejscowo rozpraszał słaby płomień dogasającej świecy. Na pomalowanym na czarno suficie namalowany był wielki jasny księżyc w nowiu. Yamarou siedział na krawędzi łóżka z założonymi na krzyż rękoma.

- Zrobiłeś się bardziej nerwowy odkąd...

- Przepraszam... ostatnio jestem trochę... trochę się pogubiłem. Poza tym zawsze byłeś dla mnie trochę za szybki... znowu dostałem wciry... Ten... księżyc... to chyba nie to co myślę?

- To zależy z czym ci się kojarzy.

- Nie wiedziałem, że podobało ci się w Hueco Mundo... Pamiętasz jacy wszyscy byli przerażeni na początku?

- Pamiętam... pamiętam też jaki byłem zły kiedy dowiedziałem się, że to miała być innowacyjna metoda szkoleniowa mojego ojca. Nigdy mu tego nie wybaczyłem... Ale lubię ten malunek... jest tutaj żeby mi o czymś przypominał.

- To była rzeźnia... Z naszej grupy przeżyliśmy tylko my dwaj... O czym to niby ma ci przypominać?

- Właśnie o tym. - Powiedział z uśmiechem.

- Ehhh... zawsze musisz być taki pokręcony?............ Yamarou? Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym od razu? Dlaczego mnie okłamałeś?! Gdybym wiedział że wszystko jest pod kontrolą nie naraziłbym całego oddziału.

- Przepraszam, że tak wyszło, ale... ja chciałem cię o wszystkim uprzedzić. Po prostu... wszystko potoczyło się z byt szybko. Nigdy bym cię nie oszukał.... Nigdy nie posłużyłbym się tobą. Jak możesz nawet myśleć w ten sposób? Jak mógłbym zrobić to komuś kto... - Shinigami przerwał na chwilę.

- Komuś kto.. co?

- Nic takiego...

- Pff... zawsze to samo... Jak to jest, że taki bezwstydnik jak ty kiedy przyjdzie co do czego zachowuje się jak zawstydzona dziewczynka... No coś tam sobie znowu ubzdurał?

- Nie chcę żebyś myślał, że wezwałem cię dlatego, że mam w tym jakiś interes. Kiedy doniesiono mi o tym co się stało... myślałem że nikt nie przeżył... Ja po prostu martwiłem się, że ty... Zleciłem poszukiwania Fengowi. Nienawidzę tego gnoja, ale jest całkiem dobry w tym co robi. Znalazł najpierw twoich ludzi a potem kiedy nasi szpiedzy zauważyli cię w szpitalu kazał otoczyć teren. Nie byłby sobą gdyby nie próbował wsadzić cię do pudła... w końcu zaszlachtowałeś siedemnastu oficerów no i... poza tym jesteś jedyną osobą która mogła wiedzieć jak zginął Funabashi. Kiedy doniesiono mi, że cię aresztowali natychmiast wysłałem po ciebie Yoruichi...

- Nie no pewnie... nikogo to nie dziwi, że siostra głównodowodzącego osobiście zwalnia z przesłuchania zwykłego komisarza... Yamarou... co ty wyprawiasz?!.. Tyle zamieszania z takiego powodu... Mówiłem ci już kiedyś, że nie możemy zwracać takiej uwagi. Nic dziwnego, że ludzie gadają, że...

- I nich sobie gadają! Jakim cudem ktoś kto wyciągnąłby zeznania od niemowy może być taki niedomyślny? Chyba ludzie przeceniają twoje umiejętności skoro tego nie dostrzegasz... a może po prostu nie chcesz? Usagi... jesteś jedyną osobą, która widziała we mnie coś więcej niż tylko tytuł. Zawsze tak było. Nikt mi nie ufał, nikt nie traktował mnie jak równego sobie. Własny oddział widział we mnie zagrożenie, ojciec następcę a siostra konkurencję...Tylko ty nie dbałeś o tytuły, stopnie i nazwiska... Nawet nie wiesz jak się cieszyłem kiedy wszedłeś i po prostu się ze mną przywitałeś... bez padania na twarz bez fałszywego kadzenia... po imieniu... Bałem się że już nigdy tego nie usłyszę... Warto było cię wezwać nawet tylko dlatego.... Wiesz... jesteś tak niesamowicie bezczelny, że nawet z Królem Dusz mógłbyś być na ty... Właśnie dzięki temu miałeś odwagę się ze mną zaprzyjaźnić... jak równy z równym. Zawsze taki byłeś... i nadal jesteś. Wyobrażasz sobie, że mógłbym cię nie szukać, albo oglądać się na opinię innych? Jak mogłeś nawet pomyśleć o tym, że chciałem cię celowo okłamać? Nadal nie rozumiesz? Mam wszystko mówić dosłownie? Więc proszę bardzo powiem ci. Wtedy w Hueco Mundo uświadomiłem sobie że jesteś moim pierwszym przyjacielem a później kiedy pomogłeś mi z tym pustym i...

- To nie powinno się stać! Dobrze wiesz w jakiej wtedy byliśmy sytuacji... Nikt nie podejrzewał, że dożyje jutra. W takich okolicznościach nie myśli się o konsekwencjach. - Przerwał Usagi.

- Wiem ale... ja.. Może masz rację... Przepraszam, że zająłem ci czas. - Powiedział z żalem w głosie i ruszył w stronę wyjścia.

- Zgłupiałeś? Gdzie leziesz? - Zapytał Yamada po chwili namysłu.

- To był jednak zły pomysł. Zapomniałem, że mam ci się już więcej nie narzucać. Przepraszam.

- To, że zachowałem się jak kretyn nie znaczy, że musisz to po mnie powtarzać. Zamknij te drzwi i wracaj tutaj, albo ci pomogę! Powiedziałem, że to nie powinno się zdarzyć, ale nigdy nie mówiłem, że tego żałuję. Za szybko wyciągasz wnioski...

Yamarou zmarszczył gniewnie brwi i szybko podbiegł do Usagiego chwytając go za kołnierz.

- Masz odwagę powtórzyć to patrząc mi w oczy? Znowu mówisz coś, żeby nie robić innym przykrości, ale wcale tak nie myślisz. Dobrze o tym wiem! Nigdy nie byłeś ze mną szczery zawsze zamykasz się w sobie, ukrywasz to co czujesz i udajesz, że nic się nie wydarzyło!

- Gówno wiesz! Dla ciebie wszystko jest takie proste! Ale jak tak bardzo chcesz to powiem ci co czuję. Przez to, że rozgrywacie wszystko za moimi plecami straciłem prawie cały oddział. Cały czas mam przed oczyma ich twarze! I wiem, że nigdy nie uda mi się o nich zapomnieć. Tak samo jak o tych, których zostawiliśmy wtedy na tym cholernym pustkowiu! Każdego z nich znałem... patrzyłem jak awansują, jak odnoszą sukcesy i porażki... Nie wiem czy dam radę wrócić z powrotem do pracy... Będzie tam tak pusto... tak cicho... Wiesz, że będę musiał wyrzucić ich rzeczy? Posprzątać to co zostawili na biurkach, zawiadomić rodziny o śmierci... Odpowiadać na pytania i znosić oskarżenia... z resztą pewnie słuszne. Dlatego nie chcę sobie jeszcze dokładać kolejnych zmartwień i zbliżać się do kogokolwiek. Wiem, że na zewnątrz wygląda to inaczej... mówię czasem, że mam w tym wprawę... że się przyzwyczaiłem , że najgorszy jest pierwszy raz a potem już jakoś leci... ale to kłamstwo. Tak, kłamię! Przyznaje się. Zadowolony jesteś?! Ale po co mam mówić prawdę? Po co chcesz tego słuchać?! Oboje poczujemy się od tego tylko gorzej. Prawda jest taka, że boję się.... boję się, że znowu ktoś zostawi mnie samego... z tym wszystkim... że zostawi mi te wszystkie wspomnienia a sam gdzieś odejdzie. No co ja mam z tym zrobić? Co mam zrobić kiedy więcej rzeczy ciągnie mnie za nimi w pustkę niż trzyma tutaj?!.... A ty? Czemu zawsze chcesz dzielić ze mną tą beznadzieję? Nie rozumiesz, że chcę zostać sam?!


Usagi z trudem wypowiadał ostatnie zdania. Łzy napłynęły mu do oczu i nie mógł złapać tchu.

- Nie chcesz zostać sam i dobrze o tym wiesz. Możesz próbować w brew swojej woli ale ja nigdy ci na to nie pozwolę.

- Skoro tak... to zrób coś z tym, proszę! To tak bardzo boli... Zabierz to ode mnie chociaż na chwilę, jeśli potrafisz!

- Usagi... ja...

- Yamarou... nigdy... nigdy nie waż się umierać przede mną, rozumiesz?! Obiecaj mi to! - Krzyknął zaciskając dłonie na jego kimonie.

- Obiecuję.

Shihōin milczał przez dłuższą chwilę wsłuchując się w ciszę przerywaną cichym łkaniem. Odwrócił się w stronę niewielkiego stolika obok łóżka i zdmuchnął świecę.



9. Uśmiech z zaświatówEdytuj

Yamarou siedział przy biurku opierając się łokciami o blat. Z lekkim zniecierpliwieniem przypatrywał się siedzącemu na przeciwko Usagiemu. Czarnowłosy Shinigami wodził spojrzeniem po ścianach gabinetu dosyć nieudolnie unikając wzroku swojego przełożonego.

- No nie wytrzymam! Powiedz coś wreszcie! Zgadzasz się czy nie? - Krzyknął Yamarou unosząc się na oparciu krzesła.

- Poczekaj chwilę. Muszę się zastanowić... Wiesz, że to będzie cholernie ryzykowne? Możesz stracić za to głowę, albo nawet pozbawić władzy własny ród. Co do tego drugiego były już pewne plany w przeszłości. Jesteś tego pewien?

- Jestem pewien. - Odpowiedział z całkowitą powagą.

- Dobrze... zajmę się tym. Ale najpierw muszę pozamykać pewne sprawy. Daj mi tydzień i wrócimy do tej rozmowy. Aha i mam jeden warunek... To zadanie wymaga ode mnie całkowitego poświęcenia więc ktoś będzie musiał zając się oddziałem. - Powiedział Usagi z lekką niechęcią w głosie.

- Masz na myśli tę dwójkę? Słuchaj myślałem o tym i sądzę, że możemy ich rzucić na głęboką wodę. Poza tym po tych zadymach mamy spore braki w kadrze oficerskiej więc...

Usagi spojrzał na swojego dowódcę z lekkim niedowierzaniem i rozciągnął usta w szczerym uśmiechu.

- Skoro tak stawiasz sprawę... Właściwie to miałem zamiar do nich iść. Trzeba ich wyciągnąć z aresztu... Może pójdziesz ze mną?

- Ja? - Skrzywił się Yamarou. - No wiesz... niby mogę iść ale...

- Tylko nie mów, że jesteś zajęty. Mogę to zrobić sam, ale szybciej pójdzie jak dowódca jednostki poświadczy moje słowa a poza tym... Ruszyłbyś się gdzieś.

- Niech będzie. - Rzucił od niechcenia Shihōin wstając z krzesła.

Usagi już miał już opuścić pomieszczenie kiedy poczuł strumień energii pędzący w jego stronę z dużą prędkością. Zatrzymał się i przez chwilę stał w milczeniu nieruchomo wpatrując się w przestrzeń. Yamarou również wyczuł przepływ Reiatsu. Kiedy energia wygasła zapytał cicho.

- Tenteikūra? Od kogo?

- Kotetsuji chce porozmawiać... Rzadko się to zdarza... zwykle zamiata wszystko pod dywan. Chyba muszę zmienić palny. Idź sam i wydostań ich z aresztu. Komu jak komu, ale tobie nie powinni robić problemów.

- Jasne. Idź. Może po rozmowie przestaniesz podejrzewać wszystkich o zdradę.

Usagi uśmiechnął się lekko i rzucił na odchodne.

- Aha... Echiko i Sozaburo są chyba ze sobą... dosyć blisko związani od niedawna.... Także jeśli możesz nie podwalaj się zbytnio ani do jednego ani drugiego.

- Miłość kwitnie wokół nas~ - Powiedział Shihōin z błyskiem w oku i lekko przygryzł wargi.

- Ehh.. po co ja to mówiłem... Po prostu zachowuj się normlanie w miarę możliwości. Postaram się wrócić do wieczora. Jak masz czas możemy wpaść później do Sojuna. Chyba ci nie mówiłem przez to wszystko... Doczekał się syna.

- Na prawdę?! Koniecznie się do niego wybierzemy. Ciekawe jak czuje się Shioko mam nadzieję, że nie dostała rozstępów po porodzie to byłaby wielka szkoda. Taka figura... rzadko się zdarza a te...

- Yamarou! - Przerwał Usagi. - Po prostu.... po prostu idź i wyciągnij ich z tego pierdla.




Usagi Szedł szeroką drogą w stronę ledwie widocznego i niezbyt wyróżniającego się gmachu Centrali. Nigdy nie rozumiał dlaczego wybudowali swoją siedzibę pod ziemią. Ostatnio kiedy tędy szedł towarzyszył mu ojciec. Odkąd przyśniło mu się jego seppuku coraz częściej o nim myślał. Niewiele pamiętał z tamtych czasów, a to co kołatało mu się gdzieś w głowie starał się wyprzeć ze względu na bolesną przeszłość. Jednak nigdy nie mógł zapomnieć jego uśmiechu, który zawsze dawał mu nadzieję i sprawiał, że czuł się bezpiecznie. Był tak szczery ciepły i serdeczny, że nawet po tylu latach na samo jego wspomnienie robiło mu się lżej na sercu. Przed wejściem do budynku czekał na niego Kotetsuji Kazuya. Stał oparty o filar mostu z zawadiackim uśmiechem wpatrując się w przechodzącego przez fosę Usagiego.

- Szybko się zjawiłeś. - Rzucił na powitanie lekko drwiącym tonem.

- Musimy poważnie porozmawiać, Kozauya. Tylko nie wiem dlaczego akurat tutaj.

- Jak to dlaczego? Chciałem ci pokazać efekty naszej pracy. Poszło łatwiej niż myślałem. Centrala jest pod naszą kontrolą.

- Kiedy zgadzałem się na udział w tej waszej grze myślałem, że kierują tobą jakieś wyższe pobudki niż zemsta.

- Zemsta? Ja nie mam za co się mścić, ale dziwie się tobie. W tym budynku siedzą ludzie odpowiedzialni za śmierć twojej rodziny. Nie pamiętasz jak prowadzili was tutaj jak więźniów w kajdanach? Jak pospolitych przestępców. Takie potraktowanie królewskich Hatamoto to zniewaga która nie ulega przedawnieniu.

- Skończ z tymi patetycznymi tekstami. Nie cierpię arystokratycznych pajaców przypisujących sobie boskie pochodzenie u zarania dziejów. Najgorsze jest to, że próbujecie mi wmówić, że jestem jednym z nich. Ile z tego co powiedział Ginrei to prawda? Tak szczerze.

- Szczerze? Może jedna trzecia... Kuchiki zawsze był dosyć religijny i łatwo było na nim zrobić wrażenie... Poznałem go kiedyś na uroczystości pogrzebowej jego ojca. Jakoś tak wyszło, że nawet się zaprzyjaźniliśmy. Byłem jego starszym kolegą jednak to na nim czas odcisnął swe piętno. Fascynowała go nasza długowieczność i nieustająca młodość. Zaczął interesować się dawną historią Soul Society... W pewnym sensie wykształciło to w nim poczucie winy i niższości. Traktuje nas jak godne czci boskie istoty. Przygarnął cię pod swój dach i uważał to za wielki zaszczyt. Nawet podarował kenseikan. Kuchiki uważają się za najszlachetniejszy z Wielkich Rodów. Uwierz mi, że nikomu innemu nigdy nie okazałby tyle szacunku. Kiedyś uważałem, że popełniłem błąd ujawniając przed nim prawdę, ale teraz widzę wyraźnie... że gdyby nie on nie udałoby nam się odzyskać należnego nam miejsca. Rodzina Kuchiki pod jego panowaniem z ukrycia wspierała naszą sprawę. Jednak nie wszystko jest tak proste jak widzi to Ginrei. Wątpię w to, że jesteśmy kimś tak wyjątkowym jak opisują nas legendy. To Shinkyou jest niezwykłe a nie my. To jemu zawdzięczamy nasze dawne przywileje, zdolności i młodość. Bez niego jesteśmy tak samo zwyczajni jak wszyscy inni.

Usagi zamilkł na chwilę po czym zapytał ściszonym głosem.

- A czy ja...?

- Ty to inna sprawa. Jesteś nierozerwalnie połączony z Shinkyou. Twój ociec poświecił całe swoje życie na próbę połączenia wszystkich dziesięciu mieczy. Ich rozdzielenie było błędem naszych przodków. Jednak żeby to zrobić trzeba było... nie chcę żebyś źle mnie zrozumiał a jednocześnie wolałbym uniknąć patetycznych przemów wygłaszanych przez Ginreia. Chodzi o to że... przy rozdzieleniu Shinkyou przestało istnieć jako podmiot i stało się tylko przedmiotem... Podania głoszą, że miecz miał własną duszę. Był odbiciem Kamimusubiego które pozostawił zanim opuścił ten świat. W momencie podzielenia ta dusza została w pewien sposób zabita a miecz stał się tylko narzędziem. Potężnym ale martwym. Twój ojciec i wszyscy pozostali Hatamoto dążyli do odtworzenia dawnego Shinkyou. W tym celu trzeba było tchnąć w serce miecza nową, czystą niczym nieskalaną duszę a później połączyć wszystkie elementy. Ty Usagi jesteś żywym Shinkyou. Choć jeszcze niekompletnym i właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać.

Usagi spojrzał Kotetsujiego z niedowierzaniem i powoli osunął się na ziemie opierając się o filar mostu. Beznamiętnie patrzył w przestrzeń aż w końcu powiedział cicho.

- Nie wiem co mam o tym wszystkim sądzić. To jest dla mnie trochę za dużo. Ostatnio wszystko dzieje się ta szybko, że nie wiem nawet czym mam się zająć. Niedawno śnił mi się ojciec. Zanim... było już po wszystkim powiedział mi, że będę wiedział co mam robić. Ale ja nie wiem. Nie mam bladego pojęcia. Zawsze wszystko bagatelizował. Wszystko zbywał tym swoim wkurzającym uśmiechem. To najbardziej utkwiło mi w pamięci... Nie wiem jak mam zareagować na to co mi przed chwilą powiedziałeś. Wtedy przy tym chramie ja... chyba spanikowałem. Zacząłem sobie wmawiać, że chcecie mnie oszukać, ale wiem, że Ginrei nie kłamał. Czuję również, że ty też mówisz prawdę. I właśnie z tym mam problem.

- Usagi... Przepraszam. Zbyt długo ukrywałem to przed tobą razem z Ginreiem. Rozumiem że to musi być ciężkie... dowiedzieć się tego wszystkiego na raz, ale... Musisz zaakceptować to kim jesteś. Masz do wypełnienia ważne zadanie.

- Czasami chciałbym zapytać ojca o radę. On wiedziałby co powinienem zrobić. Chociaż znając życie nie powiedziałby mi tego tylko uśmiechnął się i zostawił mnie samego z problemem. Zawsze tak było, ale nawet to byłoby dobre. Czasami łudzę się, że jeszcze kiedyś zobaczę ten uśmiech, że kiedyś jeszcze będziemy mogli porozmawiać.

- Chcesz czy nie chcesz i tak będziesz musiał spotkać się z ojcem. Oficjalnie nie jesteś Hatamoto. Tylko on może przekazać ci swój tytuł.

- O czym ty mówisz? Przecież to niemożliwe.

Kazuya uśmiechnął się z politowaniem i wyciągnął miecz wbijając go w przestrzeń. Jasny rozbłysk światła otworzył niewielki portal.

- Chodź za mną pokażę ci coś o czym już dawno powinieneś wiedzieć.

Usagi zerwał się gwałtownie na równe nogi i zdezorientowany zapytał.

- Co to ma znaczyć? Czy to jest...?

- Zabiorę cię na małą wycieczkę do świata ludzi. To nie zajmie nam wiele czasu.



10. Droga BogówEdytuj

Nad polnym traktem na przedmieściach Edo przetaczały się wielkie ponure cienie gęstych chmur. Porywisty zimny wiatr smagał twarze zmarzniętych kupców i idących z naprzeciwka żałobników. Kotetsuji szedł pewnym krokiem po wąskiej drodze nieopodal gościńca. Usagi podążał za nim nieco wolniej przyglądając się grupie ludzi wracających z uroczystości pogrzebowej.

- Na co się tak gapisz? Nie ładnie tak obcesowo przypatrywać się nieznajomym. - Powiedział z rozbawieniem Kazuya.

- Przecież oni nas nie widzą. Dałbyś spokój... Ostatnio dziwnie się zachowujesz. Żarty się ciebie trzymają... Wyciągasz mnie na jakieś przechadzki...

- To, że nas nie widzą w ogóle cię nie usprawiedliwia...

- O co ci chodzi?! Tylko spojrzałem. Czy ty w ogóle wiesz...?

- Ale widziałem jak spojrzałeś. - Przerwał Kotetsuji. - Wzrokiem pełnym politowania, poczucia wyższości. Lekceważysz sobie ich żal, bo wiesz o życiu i śmierci tylko trochę więcej niż oni. Wszyscy shinigami patrzą na ludzką śmierć z podobnym nastawieniem, jednak sami nie są wiele lepsi. Zupełnie jak ludzie nie wiedzą co dzieje się z ich bliskimi kiedy odejdą. Jesteśmy od nich o wile silniejsi, ale jeśli chodzi o świadomość otaczającego nas świata... nie ma miedzy nami żadnej różnicy. Znałem ludzi mądrzejszych i dojrzalszych duchowo od większości poprzebieranych w czerń cwaniaków.

- Nic takiego nie miałem na myśli... Ale skoro już się tak rozgadałeś to może powiesz mi po co w ogóle tu jesteśmy.

- Po to żebyś przestał być głupi, Usagi. Mamy ważne rzeczy do zrobienia a ty jesteś w rozsypce. Opłakiwanie zmarłych nie przystoi komuś takiemu jak ty. Zabrałem cię tutaj, żeby pokazać ci miejsce twojej przyszłej próby. - Powiedział wskazując palcem na uschłe drzewo obwiązane grubym sznurem.

Usagi podszedł trochę bliżej drzewa i spojrzał ze zdziwieniem na Kazuyę. Miejsce samo w sobie wydawało mu się nieco dziwne. Roślina tak samo jak trawa naokoło pnia była kompletnie wysuszona i martwa pomimo tego, że przed chhwilą padał deszcz.

- Tutaj? Przy Drodze? Co to ma być? - Zapytał ze znudzeniem w głosie opierając się ręką o pień.

W jednej chwili poczuł w całym ciele przeszywający chłód i niewyobrażalny strach. Natychmiast odsunął się do drzewa.

- To było dosyć nierozważne... - Powiedział Kazuya podchodząc do pnia.

- O czym ty mówisz?! - Krzyknął Usagi bezskutecznie próbując uspokoić oddech.

Kotetsuji wskazał palcem na przelatującego obok gawrona. Ptak zawrócił gwałtownie z kursu i powoli opadając na skrzydłach usiadł na gałęzi drzewa. Kiedy tylko wylądował zachwiał się lekko i spadł bezwładnie na trawę.

- Ludzie nie widzą tego miejsca. Podobnie jak zwierzęta... ale wyczuwają jego wpływ i omijają je szerokim łukiem. Wszystko co żyje bez względu na to czy w fizycznej czy duchowej formie nie przeżyje kontaktu z drzewem. To jest miejsce w którym zaczął się cykl. Właśnie tutaj miała miejsce pierwsza śmierć, która utorowała drogę poza granice świata. Dusze wędrują rożnymi ścieżkami do różnych miejsc, ale ostatecznie wszystkie kiedyś trafiają tutaj na Drogę Bogów. To droga powrotna. Droga do Domu. - Powiedział Kazuya siadając pod drzewem.

Blondyn rozsiadł się wygodnie na trawie i oparł się nonszalancko o pień drzewa.

- Więc dlaczego my jeszcze żyjemy? - Zapytał Yamada.

- Shinkyou daje nam ten przywilej. Ząb czasu nie jest w stanie zgryźć naszych ciał. Tak samo żadna moc nie zdoła wydrzeć z nich naszych dusz. Mamy wybór by żyć, lub umrzeć. Aby przejść próbę trzeba dokonać ich obu.

- O jakiej próbie mówisz?

- To proste... przynajmniej w teorii... Mogąc żyć wiecznie trzeba wybrać śmierć. Drzewo jest bramą a za nim rozciąga się Dgora Bogów. Jednak pierwszy krok spowija ciemność gdzie czai się strach. Przed chwilą tego doświadczyłeś i uciekłeś. Żeby przejść próbę trzeba iść aż do końca... aż do Domu. Tam jest nasza ojczyzna, dom nas wszystkich... bez wyjątku. Będąc tam poczujesz, że to właśnie jest to miejsce. Wtedy nadejdzie czas na drugi wybór. Dla mnie był on o wile trudniejszy niż pierwszy. Będąc martwym trzeba wybrać życie... ale z tamtej perspektywy to kolejna śmierć... Nawet bardziej dotkliwa niż pierwsza. Trzeba wrócić tu spowrotem . Pożegnać się ze wszystkimi jeszcze raz. Nawet najważniejsze sprawy z tamtej perspektywy nie są warte tego, żeby znowu tutaj wracać. Ale jeśli wrócisz nie będziesz już taki sam. Droga jest wymagająca. Wkraczając na nią trzeba porzucić strach a wracając wyzbyć się żalu i tęsknoty. W twoim sercu żyje wiele osób, których już tutaj nie ma. Widzę, że ciągną cię za sobą na drugą stronę, ale to mimo wszystko jeszcze za mało. Może za kilkaset lat kiedy odpowiednio się przygotujesz... nie spiesz się. Możemy tu posiedzieć przez chwilę... Bardzo lubię to miejsce... Czasem tu przychodzę. Nigdzie indziej na świecie nie ma miejsca tak bliskiego... tej drugiej strony jak to. Posłuchaj tej ciszy. Czy to nie wspaniałe?

Usagi siedział w milczeniu wpatrując się w rozpromienioną twarz Kotetsujuiego. Kiedy opowiadał wydawał się być na prawdę szczęśliwy. Usagi nigdy nie widział go w takim stanie. Jego oblicze niemalże promieniało własnym światłem. Nie mógł zrozumieć jak może być tak spokojny dotykając tego drzewa. Osobiście wolałby odciąć sobie rękę niż znowu dotknąć tego upiornego pnia.

- Chyba... chyba przestanę się z tobą zadawać. Ostatnio za każdym razem kiedy rozmawiamy robisz mi taki mętlik w głowie, że nie wiem co powiedzieć... Nie chce mi się w to wszystko wierzyć... Wiem, że powinienem cię słuchać, ale... jakoś nie potrafię się przekonać do tych twoich nadprzyrodzonych opowieści... Chyba potrzebuję jakiegoś dowodu żeby zacząć brać to na poważnie... to jest... ja... Nie wiem co.. Ej czy ty mnie słuchasz?! - Zapytał poirytowany.

Kotetsuji od kilu dobrych chwil siedział wygodnie oparty o drzewo z zamkniętymi oczami. Wyglądał jakby pogrążył się w głębokim śnie. Yamada potrząsnął nim kilka razy i kiedy już miał dać upust swojej złości kiedy jego uwagę przykuł jasny błysk pomarańczowego świtała na wschodnim niebie. Wyglądało to tak jakby słońce wyszło zza horyzontu w jednej chwili. Fala światła przemknęła po nieboskłonie rozświetlając zasnute chmurami niebo i niespodziewanie zniknęła. Usagi poczuł na skórze ciepły podmuch i zapach kwiatów. Zdezorientowany podniósł wzrok i ku swojemu zaskoczeniu zobaczył setki różowych płatków spadających powoli z gałęzi jeszcze przed chwilą martwego drzewa. Chciał jeszcze raz potrząsnąć Kotetsujim, ale ten ocknął się w ostatniej chwili. Powoli otworzył oczy i spojrzał na Usagiego. Uśmiechnął się lekko i powiedział.

- Usagi.... Wiem, że będziesz wiedział jak postępować. Nadal twierdzę, że nie potrzebujesz już moich rad. Wierzę w ciebie i ty też powinieneś zacząć.

Kazuya Wyciągnął rękę w stronę Usagiego i położył dłoń na jego policzku. Rozciągnął jeszcze raz usta w szerokim uśmiechu i znowu zamknął oczy. Otworzył je zaraz potem i pośpiesznie wstał z miejsca jakby gwałtownie wybudził się ze snu. Ciepły wiatr zerwał się nagle i zdmuchnął z drzewa wszystkie płatki. Wielka chmura różowych kwiatów niesiona podmuchem zatańczyła wokół drzewa po czym uformowała się w niewyraźną ludzką sylwetkę. Postać zatrzymała się na chwilę odwracając się w stronę Shinigamih po czym wir powietrza wzbił kwiaty w górę. Tysiące małych płatków swobodnie opadały na ziemię niczym śnieg powoli pokrywając wyschniętą trawę. Kazuya przypatrywał się temu w osłupieniu i wyszeptał cicho.

- Yonosuke.... nie sądziłem, że przyjdziesz...


11. ObietnicaEdytuj

Yamarou szedł powoli wąskim ciemnym korytarzem mijając ciężkie stalowe drzwi więziennych cel. Czuł na sobie spojrzenia pełniących wartę strażników. Właśnie w takich chwilach przypominał sobie dlaczego od lat nie pokazuje się w miejscach publicznych. Podszedł do oficera dyżurnego, który płaszczył się przed nim na podłodze bijąc czołem o ziemię. Westchnął głęboko i położył na biurku kartkę z rozkazami.

- Uwolnijcie tych ludzi i przyślijcie ich do mnie jeszcze dzisiaj. Szczególnie interesuje mnie ten chłopak z rodu Kataoka. Upewnij się ze nie będzie się kontaktował z rodziną.

- Rozkaz. Shihouin-sama. - Powiedział przejęty czcią oficer.

- Gdzie jest naczelnik? - Zapytał znudzonym tonem Yamarou.

- W swoim gabinecie Shihouin-sama. Zaraz pana zaprowa...

- Nie trzeba. - Przerwał mężczyzna wstrzymując go gestem dłoni. - Chyba sam trafię.

Wszedł po schodach na górę mijając rzędy kłaniających mu się w pas shinigamich. Minął ich z lekkim poirytowaniem i stanął pod drzwiami gabinetu naczelnika. Ze środka dobiegały odgłosy dosyć głośnej jednostronnej rozmowy.

- To już drugi pożar w tym miesiącu. Nie możemy tego tolerować! Te twoje eksperymenty są zagrożeniem dla bezpieczeństwa całego więzienia.. Nie mówiąc już o tym, że w kwaterze prywatnej powinien być utrzymany nienaganny porządek zgodnie z regulaminem służby. Udzielam ci drugiego upomnienia.

Shihouin uśmiechnął się pod nosem i bez pukania wszedł do środka. Za biurkiem siedział gruby, brodaty mężczyzna i młody shinigami o bladej cerze i jasnych włosach utrzymywanych w artystycznym nieładzie.

- S.. Shihouin-sama... - Zająknął się naczelnik wstając pośpiesznie z krzesła.

- Tak, tak wiem, że jesteście zaszczyceni jak cholera i na pewno się nie spodziewaliście... Oszczędźcie mi tego. Jest sprawa. Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem? - Powiedział badawczo spoglądając na blondyna.

- A.. Ależ skąd proszę usiąść. Kisuke porozmawiamy później. - Rzucił stanowczo dosyć niegrzecznym gestem wypraszając shinigamiego za drzwi.

- Niech zostanie. Wolałbym, żeby ta rozmowa odbyła się przy jakimś świadku... w razie czego... Zaraz.. skądś cię kojarzę... A tak! Jesteś chłopakiem mojej siosty.

- Ja... nie.. To znaczy... My jesteśmy... - Tłumaczył się shinigami.

- Spokojnie... Nie jestem typem zaborczego brata... Właściwie to w ogóle jest mi to obojętne... Mam tutaj pismo z Centrali. Czterdziestu sześciu uniewinniło Megumiego Sunadę. Mamy rozkaz bezzwłocznie zwolnić go z więzienia. - Powiedział rzucając ciężką kopertę na biurko.

Naczelnik spojrzał na niego z przerażeniem w oczach i drżącymi rękoma wyciągnął starannie zapieczętowany dokument. Jego paciorkowate oczy skakały szybko między pieczołowicie wykaligrafowanymi znakami. Na koniec rzucił kartkę na blat i uderzył pięścią w stół.

- To jakiś absurd! Czy oni w ogóle zdają sobie sprawę jakich szkód dokonał ten zbrodniarz!? To najniebezpieczniejszy wiezień przetrzymywany w konwencjonalny sposób i tak jak na mój gust powinien zostać zapieczętowany. Jaką mam pewność, że nie pozabija nas wszystkich kiedy tylko otworzę celę?!

- Rozumiem, że ta decyzja budzi emocję... Ale rozkaz to rozkaz... Nadkomisarz Sunada Megumi został zwolniony z zarzutów. Wiem, że to godzi w wasz system wartości ale...

- Nie zgadzam się na to! - Krzyknął naczelnik. - Zbyt wielu ludzi zginęło, żeby pojmać tego diabła. Możecie go wypuścić, ale na pewno nie za mojej kadencji. W takim wypadku nie mam wyjścia jak tylko podać się do dymisji. Proszę się spodziewać pisma jeszcze dzisiaj, Shihouin-dono.

Naczelnik raptownie ściągnął z siebie białe haori jakby zajęło się przed chwilą ogniem i cisnął je demonstracyjnie w kąt po czym opuścił gabinet z hukiem zatrzaskując drzwi.

- Ja pierdole... rzucił pod nosem Yamarou i poszedł do biurka szukając czegoś w szufladzie. - Stary osioł... stroi fochy jakby to była moja wina... Co za utrapienie... Muszę się napić bo nie wytrzymam... - Mamrotał pod nosem przekupując niedbale zawartość szafek.

Kisuke stał pod ścianą przyglądając się swojemu dowódcy z lekkim zakłopotaniem. Powoli przesuwał się w stronę drzwi i kiedy już chciał się ulotnić w angielskim stylu usłyszał:

- Czekaj! Będziesz mi potrzebny. Musimy znaleźć klucze dostępu z dolnego poziomu... Gdzieś tutaj były... sprawdź na tamtych półkach. - Powiedział Shihouin nie odrywając wzroku od przepastnego wnętrza głębokiej szuflady.

Jasnowłosy shinigami niechętnie wykonał polecenie i rozpoczął poszukiwania. Czuł, że właśnie jest uczestnikiem sytuacji, która w ogóle nie powinna go dotyczyć. Chociaż cieszył się z dymisji naczelnika to bardzo niepokoiła go obecność głównodowodzącego i to, że wszedł z nim w jakąkolwiek interakcję. Właściwie to po 30 latach służby widzi go po raz pierwszy. Nawet pomimo tego, że dobrze zna Yoruichi i wychował się na dworze rodziny Shihouin nigdy nie spotkał się z nim twarzą w twarz. Yamarou prawie nigdy nie pokazuje się publicznie przez co dla regularnych członków Onmitsukidō, którzy znają jego wizerunek jedynie portretów wiszących w każdym gabinecie, jest postacią na wpół mityczną. Wokół jego osoby narosły niestworzone historie, które przez lata urosły do rangi legend. Kisuke czuł się trochę tak jakby właśnie spotkał się z bohaterem książki albo rzadkim stworzeniem z ludowych opowieści.

- No w końcu. Znalazłem. - Powiedział z zadowoleniem Shihouin wyciągając z szuflady butelkę sake. - Teraz trzeba znaleźć klucze... jak ci idzie Kisuke? - Zapytał szykując się do opróżnienia butelki.

- Emm... zaraz znajdę... - Odpowiedział z zażenowaniem w głosie.

- O tutaj są... Jak mogłem ich nie zauważyć... Przepraszam, że zająłem twój czas... Gdzie ja miałem oczy?! - Powiedział Yamarou podnosząc z blatu pęk ciężkich kluczy z czarnej stali.

- Nic nie szkodzi... To ja już nie będę przeszkadzał... Do... widzenia. - Pożegnał się przepraszjącym tonem i wyszedł na zewnątrz.

Na korytarzu zebrał się spory tłum gapiów chicho szepczących miedzy sobą. Kiedy tylko zobaczyli Kisuke, kilku mężczyzn podbiegło do niego zasypując go wypowiadanymi półszeptem pytaniami.

- Widziałeś go? Podobno jest w gabinecie naczelnika.

- Rozmawiałeś z nim?

- To na prawdę on?

- Podobno zwolnił naczelnika. Byłeś przy tym, Urahara-san?

Shinigami próbował się bronić przed falą pytań i stwierdzeń rzucanych w jego stronę przez podekscytowanych gapiów, ale nagle drzwi od gabinetu otworzyły się z cichym skrzypem. Wszyscy zwrócili swoją uwagę w tamtą stronę. Każdy ukłonił się głęboko jednocześnie podnosząc oczy możliwie jaknajwyżej żeby chociaż przez chwilę popatrzeć na głownodowodzącego. Jednak najszybsi z ich zdążyli zobaczyć jedynie niewyraźny powidok a reszta z rozczarowaniem wpatrywała się w pustą framugę.




Usagi klęczał na trawie ściskając w dłoni garść różowych płatków. Pustym wzrokiem wpatrywał się w porozrzucane wszędzie kwiaty nie mogąc uwierzyć w to co przed chwilą się wydarzyło. Wewnątrz targały nim skrajne emocje. Dziwna mieszanina podekscytowania, niedowierzania i radości powodowały, że nie był w stanie się poruszyć. Nawet nie chciał tego robić. Z zupełnie nieznanego sobie powodu chciał po prostu kontemplować tą chwilę. Nagle poczuł w sobie dziwne pragnienie żeby spróbować jeszcze raz. Nie zastanowił się nad tym dostatecznie długo i wiedział o tym, ale jego ciało zareagowało samo. Shinigami zerwał się z ziemi i szybko podbiegł do drzewa z wyciągniętą ręką. Natychmiast poczuł bijący od niego nieprzyjemny chłód. Cała jego racjonalnie myśląca część biła na alarm i gdyby tylko miało coś do powiedzenia wiałaby jak najdalej, ale emocje wzięły górę. Już miał dotknąć ciemnej zrogowaciałej kory, jednak w ostatniej chwili poczuł silny ucisk w nadgarstku. Dłoń która trzymała jego rękę w wydała mu się niemal gorąca w porównaniu z lodowata aurą otaczającą to miejsce.

- Nie jesteś jeszcze gotowy. - Powiedział Kotetsuji zwalniając uścisk.

Usagi cofnął się powoli lekko słaniając się na nogach. Kazuya spojrzał na niego z politowaniem jednak po chwili wyczuł, że coś się zmieniło. Kiedy Usagi zwrócił wzrok ku górze w jego oczach nie było widać już niepewności ani strachu. Zagubiony i niezdecydowany chłopak, którego tu ze sobą przyprowadził gdzieś zniknął. Kotetsuji ze zdumieniem obserwował jak jątrzące się w sercu Yamady złe emocje i bolesne wspomnienia tracą na sile a w ich miejsce pojawia się coś nowego. Usagi uśmiechnął się szeroko i powiedział rozentuzjazmowanym tonem.

- Widziałeś to? On żyje! On nadal istnieje. Przyszedł do mnie i przemówił twoimi ustami! Nie wiem skąd i nie wiem jak, ale wrócił tutaj. Uśmiechnął się do mnie i jak zwykle powiedział to co zawsze, kiedy prosiłem go o pomoc. Kiedyś miałem mu to za złe, że nigdy mi nie pomagał, ale teraz już rozumiem. Podjąłem decyzję. Nie będę już uciekał od tego kim jestem. Powinienem zgodzić się na to już kilkanaście lat temu, ale teraz chcę naprawić ten błąd. Chcę się spotkać z resztą Hatomoto.




Yamarou stał przed ciężkimi stalowymi drzwiami. Dwóch oficerów korpusu Kido Zdjęli pieczęć, która obłożono celę i pośpiesznie opuścili podziemny hol. Shihouin wyciągnął rękę w stronę ciężkiej zasuwy i odczytał cicho słowa zapisane na kluczu. Drzwi otworzyły się z ciężkim chrobotem. W małej ciemnej celi siedział wysoki mężczyzna o długich włosach mysiego koloru. Miał na sobie biały szlafrok i był skrajnie wychudzony. Spojrzał na Yamarou z pod cienkich oprawek okrągłych okularów i uśmiechnął się serdecznie.

- Obiecałem, że pewnego dnia zwrócę ci wolność.

- Nigdy w to nie wątpiłem, Yamarou-kun. - Powiedział mężczyzna lekko ochrypłym, ale mimo wszystko dźwięcznym głosem po czym wstał z pryczy i lekko słaniając się na nogach wyszedł z celi.

- Dobrze cię znowu widzieć... Sunada Sensei.


12. Złote Piaski Hueco MundoEdytuj

Sozaburo siedział na wąskiej pryczy oparty plecami o ścianę. Czuł jej przenikliwy chłód, ale był on niczym w porównaniu do lodowatego spojrzenia, którym od czasu do czasu obrzucała go Echiko. Chłopak smutnym wzrokiem błądził po pustym pomieszczeniu unikając kontaktu z dziewczyną.

- Nadal nie mieści mi się w głowie, że to zrobiłeś. - Rzuciła gorzko kobieta przerywając brutalnie długą ciszę.

- Przecież wiesz, że tego nie chciałem... i tak by się dowiedzieli...

- Przestań się tłumaczyć! Jesteś żałosny. Zdradziłeś go i to po raz drugi. Wystarczy, że na ciebie pokrzyczeli. Twoje tchórzostwo może kosztować go głowę.

Sozaburo spuścił głowę i zakrył twarz dłońmi. Prawdopodobnie była to najgorsza chwila w jego życiu. Nigdy nie był przesłuchiwany. Wstydził się tego, że dał się szybko złamać i szczerze się za to nienawidził. Zza ciężkich drzwi dochodziły odgłosy cichych kroków. Serce chłopaka zabiło szybciej. Nie wiedział czego może się spodziewać. Skrzypienie nienaoliwionych drzwi poprzedził głośny szczęk zamka. W progu stanął wysoki mężczyzna i nie wchodząc do środka powiedział ledwie słyszalnym, ochrypłym głosem.

- Proszę za mną.

Shinigami szli w ciszy za strażnikiem spodziewając się, że zaraz wprowadzi ich w jeden z bocznych korytarzy lub do kolejnego pomieszczenia, jednak ku ich zaskoczeniu opuścili budynek aresztu i kierowali się w stronę miejskich zabudowań. Po kilkunastu minutach doszli do dużego podmurowanego budynku obwieszonego czerwonymi lampionami. Strażnik ukłonił się nisko stojącemu przy wejściu mężczyźnie i oddalił się szybko. Echiko stanęła jak wmurowana kiedy zobaczyła stojącego przy wejściu shinigamiego. Sozaburo był mocno zdezorientowany całą sytuacją. Nie rozumiał dlaczego sam głównodowodzący chce się z nimi spotkać i to w dodatku w tak niecodziennym miejscu. Po chwili pomyślał, że mógłby wykorzystać nadarzającą się okazję i poprosić głównodowodzącego o łaskę.

- Shihōin-dono. - Powiedziała kobieta pochylając głowę w ukłonie.

- Mam nadzieję, że nie czekaliście długo... Kazałem was wypuścić już wczoraj, ale chyba jak zwykle komuś się nie śpieszyło... - Powiedział Yamarou podchodząc bliżej do dwójki shinigami.

- Proszę sobie tym nie zawracać głowy. - Odpowiedziała onieśmielona dziewczyna.

- Yamarou-san... czy mogę zadać pytanie? - Odezwał się Sozaburo.

- Nie mówisz do byle kogo! Okazałbyś trochę szacunku! - Krzyknęła Echiko.

Shihōin zatrzymał się na chwilę z lekkim zaskoczeniem obserwując pulsującą ze złości twarz kobiety. Nastała chwila niezręcznej ciszy, którą przerwał beztroski śmiech Yamarou.

- Spokojnie... jeśli nie przystopujecie wszyscy z tym szacunkiem to niedługo zacznę się świecić i unosić nad ziemią.

- Proszę wybaczyć. Po prostu przypomniałem sobie to co kiedyś mówił nam komisarz. Podobno nie lubi pan formalnych sytuacji... Chciałem poprosić pana żeby wstawił się pan za Komisarzem Yamadą. Moje zeznania sprowadziły na niego kłopoty, a sam nie potrafię tego naprawić. - Powiedział Sozaburo oficjalnym tonem ledwo powstrzymując się przed odruchowym ukłonem.

Yamarou obrzucił chłopaka protekcjonalnym spojrzeniem i wskazał palcem w stronę drogi. Sozaburo natychmiast rozpoznał znajomą sylwetkę. W jednej chwili kamień spadł mu z serca. Echiko też poczuła ulgę kiedy zobaczyła swojego dowódcę całego zdrowego.

- No nareszcie... myślałem, że przyjdziesz przed nimi. Co tak długo? - Zapytał Shihōin z fałszywą pretensją w głosie.

- Byłem na chwilę w świecie ludzi... Długo by opowiadać... Przepraszam, że tyle to zajęło... trochę się nasiedzieliście, co?

Sozaburo już miał zacząć przepraszać, kiedy poczuł na ramieniu uścisk dłoni. Głównodowodzący nachylił się w jego stronę i cicho szepnął mu do ucha.

- Nie pogrążaj się. Po prostu potraktuj tę sprawę jako niebyłą.- Wyprostował się z powrotem i odwracając się w stronę fasady budynku zapytał podniesionym głosem - Jak wam się podoba mój przybytek? Długo się wahałem, ale w końcu podjąłem decyzję. To mój pierwszy interes. Kupiłem go tydzień temu!

- Ten burdel jest twój?! - Prychnął śmiechem Yamada.

- Dokładnie od sześciu dni. - Odpowiedział z dumą. - A jak podoba wam się nazwa?

Usagi uniósł wzrok i lekko mrużąc oczy odczytał nazwę z szyldu. Na jego twarz wpłynął czerwony rumieniec. Reszcie trudno było stwierdzić czy jest to bardziej oznaka złości, zażenowania, wstydu czy wszystkiego na raz. Echiko jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Jego lewa brew drgała w niekontrolowany sposób a usta wykrzywiły się w gniewnym grymasie, który w pewien sposób zakrawał o śmieszność. Usagi spuścił wzrok i cicho wycedził przez zaciśnięte zęby.

- Złote Piaski... Hueco... Mundo... Sam to wymyśliłeś, jełopie?!

Dwoje oficerów aż odskoczyło od tyłu na dźwięk tych słów. Nie rozumieli zachowania swojego dowódcy, ale tak daleko posunięta nieuprzejmość nie mieściła im się w głowie.

- Masz jakieś zastrzeżenia? Wiem, że były bardziej... szare i w dodatku zimne, ale sam zrozumiesz zasady marketingu...

- Był pan kiedyś w Hueco Mundo, Shihōin-dono? - Zapytała szczerze zainteresowana, Echiko.

- Właściwie to tak... Z perspektywy czasu to dosyć zabawna historią bo...

- No... Lepiej wejdźmy do środka po co stać na mrozie. - Przerwał Usagi. - Yamarou. Powiedz lepiej po co nas tutaj sprowadziłeś.

Yamada wepchnął wszystkich do pomieszczenia cały czas wchodząc w słowo głównodowodzącemu, który usiłował dokończyć historię. Młoda gejsza ukłoniła się nisko i posadziła nowoprzybyłych przy niskim stoliku. Czekając na ciepłą sake i przystawki, dziewczyna z wypiekami na twarzy słuchała szepczącego jej do ucha Yamarou, który musiał dać upust swoim oratorskim zdolnościom. Usagi z przerażeniem w oczach patrzył na Echiko i jej powoli zachodzącą rumieńcem twarz. Ona również dokładnie mu się przyglądała i z każdym usłyszanym słowem coraz szerzej otwierała oczy ze zdumienia. Usagi miał ochotę zapaść się pod ziemie. Nieudolnie unikał wzroku rozentuzjazmowanej Echiko i pytającego spojrzenia Sozaburo. Kiedy Yamarou skończył opowiadać dziewczyna powiedziała ściszonym głosem.

- Nie wieżę, ze mógł pan to zrobić...

- Ale... ja nie... To znaczy.... to nie prawda... ja.. eeeemm... wcale...

- Podobno niewielu może się tym pochwalić a pan widział go na własne oczy! Pewnie był wielki. - Powiedziała z nieskrywanym podziwem.

- E...Echiko... o czym ty.. mówisz... Yamarou nie powinieneś zmyślać takich...

Sozaburo nie rozumiał kompletnie nic z tego co się dzieje. Zachowanie komisarza było co najmniej dziwne. Jąkał się i pocił próbując wypowiedzieć nieudolnie chociaż jedno zdanie. Chłopak spojrzał pytająco na Echiko zapominając kompletnie o tym, że jest na niego obrażona. Dziewczyna chyba też już o tym nie pamiętała bo nie trzeba było nic więcej, żeby udzieliła mu wyjaśnień.

- Sozaburo! Nasz komisarz rozmawiał z Królem Hueco Mundo. Po tym jak zostali razem z głównodowodzącym uwiezieni w świecie pustych. Dobrowolnie poszedł do niego i poprosił go o pomoc.

- Poważnie?! - Zapytał zaszokowany chłopak.

- Yamarou... wtajemnicz ich w co trzeba a ja... zapytam się... gdzie mają tu łazienkę... - Powiedział drżącym głosem wycierając czoło rękawem kimona.

Usagi z grobową miną wstał od stołu i chwiejnym krokiem wyszedł z pokoju.

- Jasna cholera... On tak zawsze? Kiedyś był trochę bardziej zrównoważony... - Powiedział Yamarou napełniając każdemu czarkę sake.

- Nie.. chyba nie... - Niepewnie odpowiedział Sozaburo.

- No nie ważne... Na dobry początek skończmy z tym dworowaniem. Nazywam się Yamarou i tak macie się do mnie zwracać. Jeśli jesteście cholernymi służbistami to potraktujcie to jako rozkaz. Nie będę owijał w bawełnę. Jesteśmy tutaj bo to jedyne miejsce, w którym mam pewność, że nikt inny nas nie słucha. Po to je kupiłem... to... znaczy miedzy innymi. Wiem, że nie powinienem was wciągać w te sprawy, ale potrzebuję pewnych ludzi. Pomimo tego, że jestem dowódcą, żadna z rodzin mnie nie popiera. Wiele jest w tym mojej winy, nie będę tego ukrywał... ale trzeba z tym skończyć. Soul Society zmieniło się bardzo w przeciągu ostatnich dni, ale mało kto o tym wie. To właśnie będzie nasza przewaga.

Nastała długa i krępująca cisza. Oficerowie ukradkiem wymieniali ze sobą spojrzenia nie za bardzo wiedząc co powiedzieć. W końcu Echiko zdobyła się na odwagę i lekką wątpliwością w głosie zadała pytanie.

- Może pan na nas liczyć, ale... Jaką mamy pełnić w tym rolę?

- Każdy inną. Ty zostaniesz w miejsce Usagiego Komisarzem Korpusu Śledczego a Sozaburo obejmie posadę naczelnika która niedawno się zwolniła. W brew pozorom to strategiczne stanowiska. Musimy wypuścić z więzienia parę osób... a parę do niego wsadzić. Korpus śledczy dostarczy nam niezbędnych do tego dowodów a naczelnik więzienia nie będzie utrudniał nam pracy.


13. Urażona DumaEdytuj

W powietrzu unosiła się gryząca woń kadzidła. Dwie świece ustawione na wysokich stojakach rzucały słabe światło na niewielkie pomieszczenie przedzielone parawanem. Na niskim podwyższeniu siedziała stara kobieta o białych jak mleko długich włosach fantazyjnie upiętych w wysoką wielopiętrową kompozycję. Spod opadających mimowolnie powiek przeciskało się srogie spojrzenie utkwione w młodym mężczyźnie zgiętym w głębokim ukłonie.

- Mów! - Powiedziała ochrypłym głosem.

- Suì-Fēng-sama... Proszę o wybaczenie... Nie udało mi się ustalić przyczyn śmierci Nadkomisarza... co więcej...

Kobieta poruszyła nerwowo żuchwą jakby chciała zazgrzytać zębami, których od dawna już nie miała. Mężczyzna speszył się trochę, ale tylko kiedy jego rozbiegane z nerwów spojrzenie przez przypadek zetknęło się z łypiącymi na niego nieprzychylnie ślipiami natychmiast się zreflektował i kontynuował drżącym głosem.

- Sprawca przyznał się, ale... pozostaje bezkarny... Skierowałem pismo do centrali, ale śledztwo zostało umorzone! Na prawdę dołożyłem wszelkich starań, ale...

- Kto? - Syknęła stara Fēng.

- Yamada Usagi. Komisarz Korpusu Śledczego. Kompletny bumelant i szuja bez honoru. Wielokrotnie oczerniał naszą rodzinę. Proszę pozwolić mi wyzwać go na pojedynek a zmażę tą hańbę z sobie i naszego rodu!

Kobieta wykrzywiła usta w dziwnym grymasie, który przy odrobinie dobrej lub złej woli można by uznać za uśmiech. Ze świstem nabrała powietrza i powiedziała zachrypłym, niemal męskim głosem.

- Gdybym chciała, żebyś zginął zabiłabym cię osobiście. Przynajmniej nie byłoby wstydu. Nawet się do niego nie zbliżaj. Sama się tym zajmę. A teraz wyjdź i zapomnij o tym. - Powiedziała Surowym tonem.

Starucha wstała z trudem i podeszła do okna. Lekki podmuch zakołysał jej misternie ułożonymi włosami, kiedy wychyliła się za okno omiatając wzrokiem panoramę Seireitei.

- Jaki mistrz, tacy uczniowie... Powinnam była cię zabić, Megumi... - Powiedziała do siebie zasuwając z trzaskiem okiennice.



Usagi ukłonił się nisko stojącej przy drzwiach gejszy i wyszedł na zewnątrz. Od razu spoliczkował go siarczysty mróz. Miasto wyglądało jakby zamarło. Zwykle o tej porze roiło się tutaj od przechodniów. Nawet przy takiej pogodzie. Yamada wytarł nos i starając się nie patrzeć na drażniący go szyld powoli oddalił się od Złotych Piasków Hueco Mundo. Szedł w stronę baraków 2. Oddziału mrużąc łzawiące od wiatru oczy. Cały czas miał dziwne wrażenie, że o czymś zapomniał. Tyle stało się w ciągu ostatniego tygodnia, że nie mógł sobie uporządkować nawet najprostrzych spraw. Już dwa razy przyłapał się na myśli powrotu do swojego gabinetu, ale przecież teraz podobnie jak cały Korpus Śledczy należy do Echiko. Ściągało to z jego barków kolka przykrych obowiązków, ale jednocześnie budziło w nim pewnego rodzaju niepokój. Nagle poczuł czyjąś obecność. Zatrzymał się w bezruchu i nasłuchiwał. W powietrzu rozległ się cichy świst i w jednej chwili coś przysłoniło mu światło księżyca, które do tej pory padało mu na twarz.

- Chciałeś zmyć się beze mnie? - Zapytał nonszalancko stojący w stanowczo zbyt małej odległości od niego mężczyzna.

- Co ty wyprawiasz, Yamarou!? Jutro muszę rano wstać nie mam czasu na siedzenie z...

Usagi przerwał w pół słowa. Wszystko trwało zbyt szybko. Nie zdążył zareagować. Blade światło ześlizgnęło się po krótkiej klindze, która zaraz potem bez większych przeszkód zatopiła się w jego brzuchu. Z jego ust mimowolnie wydobył się głośny jęk. Poczuł jak lodowate ostrze bez problemu przecina skórę i mięśnie. Odskoczył kilka metrów do tyłu przytrzymując ręką szeroką ranę. Yamarou strząsając krew z ostrza płynnym ruchem natarł po raz kolejny. Usagi instynktownie chwycił za miecz jednak jego dłoń trafiła w próżnię. Yamada zaklął w duchu i uchylił się od ostrza jednocześnie posuwając się do przodu. Napastnik ciął jeszcze raz przechodząc płynnie z pozycji do pozycji. Tym razem przeciągnął ostrze od dołu jednak zbyt wolno. Yamada skrócił dystans i delikatnie przyłożył dłoń do jego klatki piersiowej. Powietrze przeszył głuchy, niski odgłos. Rozbłysk błękitnej energii cisnął Yamarou w stronę ulicznych zabudowań. Bezwładne ciało mężczyzny z łoskotem uderzyło w bielony mur na drugim końcu drogi.

- Wyglądasz dokładnie jak on... Masz nawet identyczne Reiatsu... Nie wiem kim jesteś, ale wiele jeszcze wody upłynie zanim zbliżysz się od umiejętności domu Shihōin. Ale jedno trzeba ci przyznać. Zaskoczyłeś mnie. To się już więcej nie powtórzy.





14. Popiół i diamentEdytuj

Strumień gęstej, ciemnoczerwonej krwi nieprzerwanie wypływał z paskudnej rany na brzuchu, tworząc na ziemi powiększającą się w zastraszającym tempie kałużę. Jednak Yamada nie zwracał na to uwagi. Spojrzenie jego niebieskich oczu było utkwione w wygrzebującym się z gruzów mężczyźnie. Wyglądał zupełnie jak Yamarou, jednak na pewno nim nie był. Usagi wiedział doskonale, że gdyby napastnik oprócz wyglądu dowódcy Onmitsukidō posiadał jego umiejętności, wszystko zakończyłoby się w tamtej chwili. Po raz kolejny odruchowo sięgnął po miecz i zaklął siarczyście w myślach. Nie pierwszy raz zdarzało mu się zapomnieć miecza... ba, kilka dni temu zgubił Asauchi, który dostał od Ginreia. Przydałoby mu się teraz cokolwiek. Zdawał sobie sprawę z tego, że może przepłacić swoje zapominalstwo życiem. Brak broni stawiał go na przegranej pozycji. Poza tym nie znał możliwości swojego przeciwnika, który zbliżał się powolnym krokiem celując sztychem miecza w jego stronę. Usagi wyciągnął przed siebie prawą dłoń i zaintonował głośno.

- Bakudo no 63. Faza 2. Kusari-fundo.

W powietrzu zaroiło się od małych ogników, które szybko zaczęły przekształcać się w podłużne ogniwa i łączyć ze sobą w długi, jaśniejący białym światłem łańcuch z ciężkim odważnikiem przytwierdzonym do jego końca. Zaklęcie niczym gigantyczny wąż kilka razy okrążyło Usagiego wijąc się we wszystkich kierunkach żeby w końcu spocząć posłusznie w jego dłoni. Kiedy na rozżarzonych jasną energią ogniwach zacisnął się uścisk shinigamiego cały łańcuch zaczął powoli wygasać aż w końcu przybrał postać fizycznego obiektu. Zabójca zatrzymał się obserwując nieznane mu zaklęcie po czym znowu zaczął krążyć wokół Yamady szukając dogodnego miejsca do ataku. Usagi zakręcił nad głową długim łańcuchem, który bez żadnego problemu roztrzaskał stojący zbyt blisko drewniany słup, gruby jak udo dorosłego mężczyzny. Napastnik bacznie śledził ruchy solidnego obciążnika ze świstem mielącego powietrze. Wyczekał jeszcze chwilę i zerwał się do ataku. Był szybszy niż poprzednio. Zręcznie prześlizgnął się miedzy pląsającym we wszystkich kierunkach łańcuchem. Krótkie ostrze mignęło Usagiemu przed oczami obcinając niewielki kosmyk czarnych włosów. Yamada wycofał się szybko wodząc za sobą długi ciąg stalowych ogniw. Jego przeciwnik uznał to za oznakę słabości. Nadal parł nierozważnie odsłaniając się na atak. Zabójca płynnym ruchem przeciągnął ostrze od biodra do górnej pozycji i ciął pewnie z nad głowy. Nagle poczuł na twarzy silny podmuch. Szerokie rękawy czarnego haori i zbroczone krwią nogawki hakamy załopotały na wietrze zagłuszając tępy świst wielkiego łańcucha. Agresor nie miał wiele czasu na reakcję. Nieudolnie zasłonił się płazem ostrza przed ciężarkiem pędzącym prosto w jego stronę. Rozległ się głośny nieprzyjemny dźwięk. Krótka klinga zawyła z bólu rozsypując się na drobne kawałki a stalowe ogniwa zadzwoniły wściekle oplatając napastnika z wielką siłą. Usagi puścił łańcuch i składając dłonie z niosącym się głębokim echem klaśnięciem, inkantował z powagą kolejne zaklęcie.

- Bakudo no 63. Faza 3. Jousei.

Ogniwa zapłonęły żywym ogniem i rozgrzane do białości topiły się na skórze pochwyconego nieszczęśnika. Jego ubranie natychmiast zajęło się ogniem a shinigami wrzeszczał histerycznie próbując się oswobodzić. Roztopiony metal rozgrzewał się coraz bardziej upodabniając się do ciekłego szkła. W jednej chwili substancja zabulgotała i gwałtownie zwiększyła swoją objętość wystrzeliwując wysoko w powietrze po czym zawróciła i szczelnie oblepiła napastnika. Krzyki natychmiast ustały. W miejscu, w którym jeszcze przed chwilą gotował się wściekły żar stał wielki połyskliwy kryształ. Usagi odetchnął ciężko łapiąc się za niedającą o sobie zapomnieć ranę na brzuchu, kiedy usłyszał za plecami głośny jęk. Odwrócił się szybko i ujrzał makabryczny obraz. Czarnowłosy mężczyzna leżał na ziemi wiją się z bólu. Był prawie nagi i cały popażony. Kawałki ubrania wtopiły się w spaloną skórę tworząc okropną, zwęgloną skorupę.

- Widzę, ze udało ci się uciec... jestem pod wrażeniem... - Wydyszał ciężko Usagi.

- Z...Zniszczyłeś moje... zanpakuto.... Ty... sukinsynu! - Wycedził przez zęby shinigami.

Usagi już miał odpowiedzieć kiedy nagle odebrało mu mowę. Okropny stan w jakim znajdował się jego przeciwnik sprawił, że zupełnie nie zwrócił uwagi na jego twarz. Yamada cofnął się parę kroków z przerażeniem w oczach. Słowa uwięzły mu w gardle, ale w końcu wyrzucił z sobie cichym głosem.

- Feng... to ty?... Dlaczego... Jak mogłeś to zrobić?!

- Gówno cię to obchodzi! Nie mam zamiaru ci się z niczego spowiadać! - Warknął gniewnie, jednocześnie zawodząc potępieńczo.

Usagi z żalem spojrzał na spalone ciało i leżący obok roztrzaskany na kawałki miecz. Podszedł do niego chwiejnym krokiem i starannie wyzbierał fragmenty ostrza, nie zwracając uwagi na przekleństwa kierowane w jego stronę. Wyciągnął rękojeść ze zwęglonej dłoni i powiedział smutnym tonem.

- Wiedziałem, że ktoś w Onmitsukidō posiada zanpakuto pozwalające przybierać dowolny wygląd, a nawet imitować cudze reiatsu, ale nigdy nie sądziłem, że należy do ciebie. Może i lepiej, że tak się to skończyło. Ktoś z twoim charakterem i taką mocą mógłby narobić wielu szkód. Oddam ten miecz twojej żonie i powiem, że dzielnie poległeś w walce.

Feng wpatrywał się w swojego przeciwnika nienawistnym spojrzeniem rzucając się po ziemi z bólu po czym ze łzami w oczach wykrzyczał:

- Nienawidzę cię! Nienawidzę, rozumiesz? Bądź przeklęty parszywy psie! Obyś zginął ty i cała twoja rodzina!

- Nie wiem czemu tak wiele osób chce mojej śmierci. Nie wiem czemu niektórzy są w stanie posunąć się tak daleko, żeby osiągnąć ten cel. Moja rodzina już od dawna nie żyje... w przeciwieństwie do twojej. Było warto? Po co to zrobiłeś? Urażona duma jest dla ciebie ważniejsza niż oni?

Mężczyzna nie odpowiedział. Odwrócił przepełniony nienawiścią wzrok i zaszlochał żałośnie. Usagi spojrzał w jego stronę i uklęknął przy umierającym w męczarniach mężczyźnie. Po czym powiedział łagodnym głosem.

- Chyba nie powinni oglądać twojego ciała w takim stanie. Lepiej będzie jeśli zapamiętają cię takim jakim byłeś.

Feng wrzasnął coś w przypływie gniewu, ale zagłuszył go potężny grzmot. Na sekundę całe niebo wypełniło się oślepiającym blaskiem. Shinigami zamarł w bezruchu z wściekłym grymasem na twarzy i parującą dziurą w czole.

- ...Biakurai. - Powiedział beznamiętnie Usagi cofając dymiący palec z przed twarzy mężczyzny.

Yamada zapakował szczątki miecza do kieszeni w szerokim rękawie i uniósł do ust prawą dłoń wypełnioną ciepłą krwią, ciągle wypływającą z jego rany. Spił z lekkim obrzydzeniem czerwoną posokę i nadymając usta splunął na umęczone ciało. Rozbuchany strumień ognia z dudniącym odgłosem wystrzelił z pomiędzy jego zaciśniętych jak dysza miecha warg. Przez skórę na gardle prześwitywało pulsujące światło ześlizgujących się po jego języku płomieni, zmieszanych z wrzącą juchą. Słup ognia uniósł się na kilaka metrów do góry obracając ciało Fenga w popiół. Usagi otarł ściekającą z kącika ust stróżkę krwi i odszedł pozostawiając za sobą stertę żarzącego się popiołu i tumany gryzącego dymu.


15. PrzysięgaEdytuj

Echiko stanęła przed szerokimi rozsuwanymi drzwiami gabinetu dowódcy Korpusu Śledczego. Odruchowo chciała zapukać zanim wejdzie, ale nagle uświadomiła sobie coś z czym to tej pory nie mogła się pogodzić. W środku nikogo nie ma i długo nie będzie. Co więcej teraz to jej gabinet i jej korpus. Rozsunęła drzwi szybkim ruchem jakby jednocześnie chciała odpędzić od siebie gnębiące ją myśli. W środku panował półmrok. Słabe migoczące światło nielicznych świec w miarę swoich możliwości oświetlało przestronne wnętrze. Gabinet komisarza Yamady zawsze należał to tych większych i lepszych gabinetów... nawet jak na arystokratyczne standardy Onmitsukidō. Złośliwi mówili, że wszystko ufundowała rodzina Kuchiki, jednak nie było to prawdą. Echiko niepewnym krokiem przechadzała się między opuszczonymi biurkami pełnymi dokumentów. Miała przykrą świadomość, że ludzie, którzy jeszcze tydzień temu przy nich siedzieli leżą teraz rozerwani na kawałki na obrzeżach Rukongai. Podeszła do biurka komisarza i opadła na krzesło z wysokim oparciem. Na blacie walały się pozalewane herbatą i sake papiery wyglądające z pozoru na bezwartościowe bohomazy. W rzeczywistości były to ważne dokumenty objęte klauzurą tajności, ale rysunki zwierzątek na marginesach i karykatury wysokich oficerów Onmitsukidō rysowane na odwrocie, odbierały im nieco powagi. Uśmiechnęła się lekko wyobrażając sobie komisarza z nudów bazgrzącego po urzędowych pismach podczas jakiegoś nudnego posiedzenia, kiedy jej uwagę przykuła dziwna czerwona smuga na drugim końcu sali. Podeszła bliżej szybkim krokiem i pochyliła się nad plamami czerwonej substancji ostrożnie maczając w niej palec.

- Krew... - Powiedziała cicho sama do siebie.

Ślad prowadził do części mieszkalnej gabinetu, w której jeszcze nigdy nie była. Jakoś tak się złożyło, że nikt nie odważył się wejść do prywatnych kwater komisarza, chociaż ten jakoś nigdy specjalnie nie strzegł swojej prywatności. Weszła przez lekko uchylone drzwi do kolejnego pomieszczenia sąsiadującego ze sporym ogrodem. Przeszła długim korytarzem do kolejnego pokoju z którego dochodziło słabe światło. Podkradła się powoli do drzwi i wyjrzała zza framugi. Na jasny parawan za, którym znajdowało się źródło owego światła padał wyraźny cień smukłej, nagiej sylwetki. Dziewczynie trudno było stwierdzić po samym odbiciu jakiej płci jest ta osoba. Z jednej strony miała zbyt smukłą figurę jak na mężczyznę a z drugiej zbyt mało krągłości żeby mogła być kobietą. Śledziła bacznie każdy ruch postaci z niezdrową fascynacją przyglądając się jak odgarnia z twarzy długie opadające na ramiona włosy lub schyla się żeby podnieść coś z ziemi. Dziewczyna wiedziała, że ktokolwiek to jest prawdopodobnie może wykryć jej obecność, ale z jakiegoś powodu nie mogła i nie chciała przestać patrzeć. Gdzieś w głębi serca pogardzała sobą za to co teraz robi, ale dziwnego rodzaju niezdrowa ciekawość była silniejsza niż poczucie przyzwoitości. Kiedy postać wyszła zza parawanu wycierając włosy długim ręcznikiem zasłaniającym całą twarz, Echiko nie miała najmniejszych wątpliwości, że obiekt jej obserwacji jest mężczyzną. Serce zabiło szybciej a jej wzrok mimowolnie przesuwał się w dół ześlizgując się po niezbyt szerokiej klatce piersiowej. Kiedy jej spojrzenie znalazło się na układającym się w literę "V" podbrzuszu mimowolnie zakryła oczy rękoma... jednak tylko po to, ażeby nadal przyglądać się mężczyźnie, tym razem już przez palce. Dziewczyna poczuła silne uderzenie fali gorąca, która w jednej chwili rozlała się po całym jej ciele. Nagle coś ściągnęło jej wzrok ku górze. Para przenikliwych niebieskich oczu natychmiast przywołała jej spojrzenie wprawiając ją w kompletne osłupienie. Od razu rozpoznała twarz mężczyzny. Przerażenie jakie malowało jej się na twarzy nie opisywało nawet w dziesiątej części tego co czuła na prawdę. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. Bez względu na wszystko uciec jak najszybciej. Cofnęła się szybko i nieuważne stąpając straciła równowagę. Upadła na drewnianą posadzkę z głośnym trzaskiem. Normlanie w takiej sytuacji natychmiast wstałaby, ale nagle jej uszu dobiegł głos mężczyzny, który dosłownie przyszpilił ją do ziemi.

- Echiko. Musisz dorosnąć. - Powiedział na w pół poważnym tonem Usagi, podchodząc do kobiety i podając jej rękę.

Dziewczyna miała wrażenie że serce zaraz wyrwie jej się z piersi. Próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła złapać odpowiednio długiego oddechu żeby cokolwiek z siebie wyartykułować. Wstała powoli wspomagając się wyciągniętą do niej dłonią.

- Ja... ja... nie chciałem żeby.... ja tylko... Paliło się światło i... - Próbowała tłumaczyć się dziewczyna jednocześnie tocząc ze sobą wewnętrzną batalię o panowanie nad sobą.

- Spokojnie... przecież nic się nie dzieje... Poza tym to ja chyba powinienem ci się wytłumaczyć. W końcu to teraz twój gabinet i twoja łazienka.

Echiko kiwnęła tylko głową z marnym skutkiem, starając się patrzeć swojemu dowódcy w oczy. Czuła, ze powinna teraz coś zrobić. Cokolwiek byle przerwać tą trwającą kilka sekund ciszę, która była dla niej tak niezręczną, że wydawała się być kwadransem. Próbowała coś powiedzieć, ale beztroskie spojrzenie Yamady skutecznie zbiło ją z pantałyku.

- Echiko... Teraz jesteś Komisarzem Korpusu Śledczego. - Powiedział wziąwszy się pod boki. - A to oznacza, że będziesz wzywana na zebrania kadry oficerskiej jak i na prywatne... - Długo szukał słowa błądząc wzrokiem po suficie. - ... rozmowy z głównodowodzącym. Musisz być na to gotowa, bo on będzie przyjmował cię właśnie w takim stroju. - Dokończył wskazując na okolice swoich bioder.

Dziewczyna wyglądała tak jakby miała się zaraz rozpłakać, ale w miarę swoich możliwości starała się to ukryć. Próbując utrzymać spojrzenie na twarzy swojego rozmówcy zapytała lekko łamiącym się głosem.

- Czy Głównodowodzący jest.... ?

- Jest zboczeńcem. - Przerwał jej Usagi wiedząc, że na pewno nie o to chciała zapytać. - Zapamiętaj to sobie. Jeśli będziesz się przy nim zachowywać tak jak teraz bardzo źle się to dla ciebie skończy. Nie możesz się tam ciągle patrzeć, ale też nie wolno uciekać ci wzrokiem. Jeśli dasz mu jakikolwiek pretekst... Jeśli chociaż na chwile zdradzisz zainteresowanie on to wyczuje. Właściwie to tylko na to czeka. Może to dla ciebie trochę niezręczne, ale z czasem przywykniesz. Mówi się że dwór rodziny Shihōin jest jak łaźnia... Zanim się tam wejdzie trzeba się rozebrać. Patrząc na to historycznie jest w tym ziarno prawdy. Trzecia głowa rodu Yūichirō Shihōin przyjmował swoich poddanych wyłącznie nago. Miał obsesję na punkcie prawdomówności... Zwykł mawiać, że ubranie jest maską dla ciała a człowiek prawdziwie uczciwy nie ma nic do ukrycia. Dworzanie z czasem przyjęli ten osobliwy zwyczaj, który po jego śmierci trochę podupadł, ale Yamarou za swojej kadencji przywrócił do łask dawne obyczaje, jednak kierowały nim trochę inne pobudki.

- Rozumiem... nie spodziewałam się... to znaczy... nie wiedziałam... to znaczy.... Nie wierzyłam w takie historie...

Usagi machnął lekceważąco ręką i już miał coś powiedzieć kiedy jego uszu doszedł głośny trzask z paleniska ustawionego pod dużą drewnianą balią wypełnioną po brzegi parującą wodą.

- Byłbym zapomniał. - Powiedział podchodząc do pieca i schylił się nisko zaglądając w dogasający powoli ogień.

Usagi przesuwał rozżarzone polana długim pogrzebaczem i dorzucił kilka nowych próbując się przy tym możliwie jak najmniej ubrudzić. Echiko czuła się jak w dziwnym śnie, z którego z jednej strony chciałaby się szybko obudzić, ale z drugiej pragnęła żeby trwał nadal. Z wypiekami na twarzy przyglądała się ukradkiem swojemu dowódcy, który ku jej zaskoczeniu, pomimo swojego wieku miał raczej ciało chłopca niż mężczyzny. Przez chwilę zastanawiała się nad tym. Wszyscy mężczyźni z jakimi się spotykała byli raczej młodsi od niej, lub na takich wyglądali. Nagle w jej głowie powstał pomysł tak zdrożny i nieobyczajny w jej mniemaniu, że nie ośmieliłaby się go wyartykułować po raz kolejny choćby nawet w myślach. Cała ta sytuacja zdawała się jej tak nierealna, że miała nadzieję obudzić się nagle w swoim łóżku i odetchnąć z ulgą. Usagi wytarł ubrudzone sadzą ręce w leżący obok pieca ręcznik i ocierając pot z czoła podszedł do wyraźnie skrępowanej Echiko. Dopiero teraz zauważyła szeroką bliznę na jego brzuchu, której nie widziała jeszcze kilka dni temu kiedy znaleźli go nieprzytomnego w Rukongai. Wyglądała na świeżo zagojoną ranę. Dziewczyna szybko uniosła wzrok i starała się nie tracić kontaktu z parą niebieskich oczu, ale nie było to ani łatwe ani przyjemne. Spojrzenie komisarza Yamady złamało już wielu kłamców na setkach spektakularnie krótkich przesłuchań, które zawsze kończyły się obszernymi i dokładnymi zeznaniami, bardziej wykradzionymi przesłuchiwanemu podstępem niż wydartymi siłą. Usagi podszedł bliżej i widać było, że już miał się odezwać kiedy do głowy Echiko znów wdarła się owa nieobyczajna myśl. Dziewczyna aż wzdrygnęła się próbując ją od siebie odpędzić, kiedy nagle zorientowała się, że Usagi zamilkł właśnie w tej chwili bez wyraźnego powodu. Uśmiechnął się jedynie i popatrzył na nią z dziwnym błyskiem w oku. Kobieta przez ułamek sekundy miała wrażenie, że wypowiedziała to na głos. Przerażona taką możliwością instynktownie zakryła usta rękoma jakby chciała powstrzymać wychodzące z nich słowa, które w rzeczywistości nigdy nie padły. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z głupoty tego co przed chwilą zrobiła. Nieświadomie przyznała się do tego co jakimś dziwnym pozawerbalnym sposobem uciekło z jej głowy i w mgnieniu oka zostało odczytane przez jej dowódcę. Usagi w milczeniu wyciągnął do niej otwartą dłoń. Nie musiał długo czekać. Echiko jak zahipnotyzowana podała mu rękę i bez żadnego oporu dała się prowadzić w stronę bali z wodą. Yamada zwolnił uścisk i szybkim ruchem rozwiązał biały pas podtrzymujący jej hakamę, nie tracąc przy tym kontaktu wzrokowego z dziewczyną ani na chwilę. Kobieta utonęła w błękicie jego oczu zupełnie tracąc władzę nad ciałem. Jakaś jej cześć jeszcze toczyła nierówną walkę z pożądaniem do, którego nie chciała się przyznać sama przed sobą. Coraz bardziej słabnąca racjonalna Echiko, która na co dzień patrzyła na wszystko zimnym oceniającym spojrzeniem nietolerującym słabości u innych, a tym bardziej u siebie, chwytała się wszystkiego, żeby jakoś wyjaśnić i usprawiedliwić swoje zachowanie. Przez chwilę pomyślała o jakiegoś rodzaju zaklęciu hipnotycznym, ale nie wyczuwała żadnego przepływu Reiatsu. Usagi rozchylił poły jej komina i lekko zsunął je po ramionach kobiety. Ubranie z cichym szelestem upadło na ziemię, podobnie jak hakama i kilka chwil później pozostałe części garderoby. Jej umysł protestował z całych sił rzucając się bezradnie na wszystkie strony, ale żadna z jego komend nie dotarła do głuchego na głos rozsądku ciała. Yamada zrobił krok do tyłu i zmierzył dziewczynę od stóp do głów nie zatrzymując się wzrokiem ani na chwilę w żadnym konkretnym miejscu, po czym znów spojrzał jej głęboko w oczy. Echiko stała odwrócona do Usagiego w dziwnie pokrzywionym profilu starając się ukryć wszystko to czego jej zdaniem nie powinno się eksponować publicznie. Shinigami pokręcił lekko głową i spojrzał na dziewczynę z politowaniem.

- Bardzo ciężki z ciebie przypadek, wiesz? Nigdy nie posądziłbym cię o taką nieśmiałość. Chyba najpierw powinniśmy porozmawiać. - Powiedział wchodząc do balii z wodą.

Echiko weszła zaraz po nim starając się zasłonić niewielkie piersi rękoma, jednocześnie zastanawiając się w przypływie wewnętrznej histerii nad sensem wypowiedzianych przed chwilą słów. Co to znaczy "najpierw"? To ma być jakieś później? Przez chwilę gdzieś przemknęła jej myśl o tym, że powinna jak najszybciej uciec, ale po raz kolejny niespodziewane pytanie przyszpiliło ją do ziemi.

- Napijesz się? - Zapytał Usagi sięgając ręką w dół za wysokie ściany balii.

Echiko przeniosła wzrok na sporą butelkę sake opakowaną w ładą etykietę i nieśmiało kiwnęła głową. Shinigami napełnił dwie głębokie czarki i podał dziewczynie jedną z nich.

- No teraz możemy porozmawiać jak prawdziwi dworzanie rodu Shihōin. Nie mając przed sobą nic do ukrycia. - Powiedział wznosząc toast. - Co tam u ciebie słychać Echiko? - Zapytał kiedy tylko wychylił czarkę.

- No chyba... o wszystkich ważnych rzeczach pan wie... - Powiedziała wbijając wzrok w falującą taflę wody.

- A co słychać u Sozaburo?

Echiko powoli zaczynała się przyzwyczajać do nietypowej sytuacji w jakiej się znalazła. Nie była pewna czy to kwestia obycia, którego właśnie nabierała czy raczej tego, że zmętniała od soli kąpielowych i mydła woda przykrywała rzeczy, których widok odbierał jej panowanie nad sobą. Poczuła się na tyle pewnie żeby opuścić ręce w wzdłuż ciała i odpowiedzieć prawie pełnym głosem.

- Nawet nie chce o nim rozmawiać. Za to co zrobił powinien być wydalony z oddziału.

- Bez przesady... Każdego można złamać... Poza tym jest jeszcze młody. Nauczy się wszystkiego z czasem.

- To... pan o tym wiedział?

- Feng powiedział mi podczas przesłuchania, że ktoś sypnął, ale to bez znaczenia. Przyznałem się do wszystkiego. - Powiedział biorąc kolejny łyk.

- Przecież postawią panu zarzuty. Komisarz Feng jest nieustępliwy na pewno nie puści tego płazem.

Usagi obrzucił Echiko protekcjonalnym spojrzeniem, pod wpływem którego dziewczyna znowu zaczęła się rumienić. Odłożył butelkę i wskazał palcem na leżące na półce szczątki miecza.

- Miałem dzisiaj zanieść to jego rodzinie, ale musiałem się najpierw poskładać do kupy. - Powiedział łapiąc się za ledwo widoczną bliznę na brzuchu.

- Czy to... jego miecz? Co się stało?

- Chyba poszło o honor. Feng zaatakował mnie dzisiaj wieczorem kiedy wychodziłem z tego burdelu o idiotycznej nazwie. No ale mniejsza o to... Yamarō wprowadził was odpowiednio?

- Cóż... myślę, że tak...

- Byłem przeciwny temu żeby was w to wciągać, ale już stało się... Masz świadomość tego, że jeśli tylko powinie nam się noga wszyscy skończymy za kratami? W najlepszym wypadku. Obie strony postępują niezgodnie z prawem, ale tylko jedna z nich będzie za to sądzona... o to toczy się walka.

- Jestem tego świadoma.

- To dobrze... A jak z twoją przysięgą? Yamarō wspominał coś o tym?

- Przysięgą? - Zapytała wyraźnie zaniepokojona. - Powiedział tylko żebym przyszła jutro na.... rozmowę.

Usagi jedynie spojrzał na nią wymownie unosząc do góry lewą brew po czym nabrał powietrza przed dłuższą wypowiedzią.

- Tak myślałem, że was nie uprzedził. Przysięga to... kolejny specyficzny dla rodu Shihōin zwyczaj... to taka symboliczna... ale jednocześnie bardzo... namacalna ceremonia... Wywodzi się jeszcze z czasów plemiennych. W członkach rodu Shihōin pływnie krew wymarłego ludu o odrębnej kulturze i obyczajach. Widać to po ich lekko południowej aparycji. Przysięga to jedna z niewielu pozostałości po dawnym dziedzictwie. W przeszłości miała dowodzić lojalności wojownika względem jego pana. Kończyło to pewien etap i rozpoczynało następny. Przysięga pieczętowała nową więź między poddanym a fełdałem. Teraz podobno ma służyć temu samemu, ale... osobiście dopatruję się w tym mniej górnolotnych powodów. Nie dziw się, że wcześniej o tym nie słyszałaś. Utrzymujemy ten zwyczaj w tajemnicy. Gdyby coś takiego wyszło na jaw... w najlepszym wypadku wzbudziłoby ogromny skandal a rodzina Shihōin zostałaby usunięta z grona Wielkich Rodów. Jednak wszyscy którzy brali udział w tej ceremonii jakoś nie kwapili się do tego, żeby dzielić się swoimi wrażeniami z kimkolwiek... Ale nie martw się. Nie pozwolę żeby ktokolwiek bałamucił moich ludzi... nawet jeśli miałbym narazić się głównodowodzącemu.

- Cóż... to miłe... ale... jak zamierza pan to zrobić?

Usagi uśmiechnął się enigmatycznie podnosząc z dna balii kostkę zapachowego mydła i powiedział z dumą:

- Już to zrobiłem.

Echiko z narastającym niepokojem przysłuchiwała się tej opowieści. Nie wiedziała na czym polega owa przysięga i bała się nawet domyślać, chociaż miała swoje podejrzenia. Zastanawiała się czy chcę się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat i kiedy już stwierdziła, że lepiej będzie żyć w nieświadomości aż do jutra pytanie samo wyrwało jej się z ust.

- Na czym dokładnie polega ta... przysięga?

Usagi lekko zmrużył oczy jakby się nad czymś zastanawiał. Widać było, że wahał się przez krótką chwilę po czym zapytał poważnym tonem.

- Na pewno chcesz wiedzieć?

- Cóż... wolałabym być przygotowana na wypadek jakiś... Jakby to powiedzieć... nie przepadam za niespodziankami...

Dziewczyna ostatnie słowa wypowiadała już prawie szeptem. Dziwna mieszanina ekscytacji i niepokoju po raz kolejny uderzyła jej do głowy, kiedy Usagi przysunął się do niej na tyle że ich uda zetknęły się ze sobą. Echiko poczuła jak serce podchodzi jej do gardła. Shinigami powoli ściągnął kenseikan upinający jego włosy i położył go na krawędzi balii, po czym nachylił się w jej stronę i powiedział ściszonym głosem.

- Więc pozwól, że cię przygotuję. Jutro oficjalnie przestaję być twoim przełożonym. Potraktuj to jako koniec naszych dotychczasowych relacji. To jednocześnie pożegnanie i zawarcie nowej znajomości. Koniec pewnego etapu i początek kolejnego. Właśnie na tym polega przysięga.




16. Zakazany owocEdytuj

Echiko powoli budziła się ze snu otulona ciepłą pościelą. Zwykle zrywała się gwałtownie z łóżka zaczynając dzień od ćwiczeń fizycznych, jednak dzisiaj było inaczej. Po długiej nocy świadomość wracała do niej łagodnie i stopniowo, małymi krokami wyprowadzając ją z krainy snów. Przez zamknięte powieki, których nie miała na razie zamiaru otwierać, przebijało się jasne światło. Z lekkim rozczarowaniem odnotowała ten fakt i odwracając głowę w przeciwnym kierunku wtuliła twarz w burzę gęstych, kruczoczarnych włosów, pachnących migdałami, po czym szerokim ruchem objęła ich właściciela. Czuła na sobie ciepło jego gładkiej skóry i miarowe bicie serca o wiele spokojniejszego niż jej własne, nadal rozkołatane wczorajszymi wydarzeniami. Pomimo tego, że wyspała się jak nigdy, cały czas towarzyszyło jej dziwne uczucie zmęczenia, którego wcześniej nie znała. Bolesny ucisk w klace piersiowej spowodowany ciągłym podekscytowaniem coraz bardziej dawał jej się we znaki. Kobieta doskonale znała jego źródło, ale mimo to nadal lgnęła do niego jak ćma do ognia. Cały czas doświadczała dziwnego rodzaju pragnienia, z którego nie sposób zrezygnować. Każda próba jego zaspokojenia jedynie je wzmagała i czyniła coraz bardziej nieznośnym. Miała przed sobą zakazany owoc, z którego pozwolono jej czerpać do woli, a pomimo tego nie przestawał kusić. Wręcz przeciwnie, zwodził i niewolił jeszcze silniej niż wtedy, gdy był odległy i niedostępny. Jej umysł kompletnie owładnięty szaleństwem najchętniej już na zawsze pozostałby w tej niekończącej się ekstazie, zasilanej samonapędzającym się zachwytem, ale coraz dotkliwsze bóle serca przy każdym oddechu, przypominały jej o ograniczeniach ciała. Nagle jej uszu dobiegł dziwny szmer, który brutalnie wyrwał ją z tego stanu uniesienia. Echiko gwałtownie otworzyła oczy, łapczywie nabierając powietrza, jakby przed chwilą obudziła się z koszmaru. Pierwszą rzeczą jaką poczuła po powrocie do rzeczywistości było głębokie rozczarowanie i zwątpienie w prawdziwość swoich przeżyć. Ze zdziwieniem zorientowała się, że jedyną rzeczą jaka znajdowała się w jej ramionach była zwinięta w rulon kołdra. Podniosła się powoli do pozycji siedzącej, opierając się o ścianę i pobieżnie ogarnęła pomieszczenie wzrokiem. Przez chwilę wszystko to wydało jej się snem, ale kiedy na drugim końcu sali zobaczyła swojego byłego dowódcę w nocnym stroju, uświadomiła sobie, że stan z, którego przed chwilą się wybudziła bynajmniej nie był snem, a wspomnieniem, tak silnym i świeżym, że jeszcze nie zdążyło zatrzeć się dla jej zmysłów. Usagi podniósł ze stołu spory plik kopert i podszedł do Echiko siadając na krawędzi łóżka.

- Napisałem listy, do rodzin poległych. Widnieje na nich mój podpis i prywatny adres. Jeśli, ktoś będzie miał... pretensje skontaktuje się ze mną. Do ciebie należy tylko zaniesienie tego na pocztę. - Powiedział kładąc papiery na białej kołdrze.

- Dziękuję... Kompletnie o tym zapomniałam...

- Nie musiałaś pamiętać. Zginęli za mojej kadencji... No chyba czas na mnie. Muszę złożyć wizytę Fengom... No... ty chyba też powinnaś się szykować. Nie wiadomo kiedy Yamarou kogoś po ciebie przyśle.

Usagi wstał po tych słowach i skierował się w stronę drzwi. Kiedy już przekraczał próg zatrzymał się na chwilę na dźwięk własnego imienia.

- Usagi... Czy... My... powinniśmy?... Chodzi mi o to czy... Czy to było...?

- Nic sobie z tego nie rób. - Powiedział beztroskim tonem.

- Ale...

- Ale, ale... Spójrz na dobre strony zamiast szukać problemów. Wczoraj pierwszy raz nazwałaś mnie po imieniu. Nie sądziłem, że trzeba posunąć się aż tak daleko, żeby oduczyć cię tego formalizmu... Na prawdę ciężki z ciebie przypadek.

Echiko uśmiechnęła się lekko patrząc jak Usagi znika w drzwiach. Wzięła do ręki plik listów przeglądając nazwiska adresatów. Nadal nie mogła sobie uświadomić ogromu zmian jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dni. Jeszcze dwa tygodnie temu była częścią dwudziestoosobowego oddziału, w którym była tylko szarą myszką. Jedną z wielu przeciętnych funkcjonariuszy ze średnią wysługą lat... Teraz sama dowodzi tym oddziałem... albo raczej tym samym tylko z nazwy.



Usagi szedł długą, wąską ułożoną z płaskich kamieni drogą przecinającą duży zadbany ogród zen. Rezydencja rodziny Feng zawsze słynęła ze swojej surowości, w każdym tego słowa znaczeniu. Nieliczni wartownicy bacznie śledzili go wzrokiem nie ruszając się ze swoich miejsc. Z oddali wyglądali jak czarne kruki z nastroszonymi z zimna piórami, ale w rzeczywistości, była to jedna z najlepszych gwardii w Soul Society. Każdy punkt ochranianego przez ich terenu był pod czyjąś kontrolą. Na pozór chaotyczna formacja rozstawiona bez sensu w losowych miejscach, tworzyła idealny system szybkiego reagowania pozbawiony martwych punktów. Yamada niósł szczątki miecza w drewnianym pojemniku po herbacie. Zdawał sobie sprawę z tego, ze może być to lekki afront, ale nie miał niczego lepszego pod ręką. Kiedy patrzył w zimne oczy strażników zdawało mu się, że wiedzą z czym i po co przychodzi. Kiedy zobaczył kto czeka na niego przed wejściem do głównego budynku zrozumiał, że nie tylko straż przeczuwała cel jego wizyty. Stara, obrzydliwie pomarszczona kobieta tonąca w fałdach obszernych szat zawiesiła na nim swój dziki wzrok kiedy tylko zbliżył się na tyle aby mogła go rozpoznać. Usagi ukłonił się płytko kładąc na ziemi pudełko. Starucha nie odwzajemniła ukłonu. Jej zmętniałe gadzie ślepia obróciły się tylko nerwowo w orbitach a kobieta nawet nie spojrzała na drewnianą szkatułkę. Usagi czasem miał wrażenie, że jej oczy poruszają się niezależnie od siebie. Na różnego rodzaju posiedzeniach często przypatrywał się jej dla zabicia czasu. Dzika, nieludzka mimika jej twarzy nigdy nie przestawała go zadziwiać. Sui Feng syknęła przeciągle jak wąż, chociaż jej bezzębne usta nie otworzyły się ani na milimetr.

- Człowiek z gminu powinien umieć pokłonić się należycie. - Rzuciła surowo w stronę Usagiego.

- Wiem o tym, ale z racji twojego wieku zwalniam cię z tej konieczności. Gdybym wymagał żebyś ukłoniła mi się należycie nisko pewnie już do końca życia pełzałabyś na brzuchu. Niektóre rzeczy tracą z wiekiem swoją elastyczność.

- Adopcja przez jeden z wielkich rodów jeszcze nie czyni cię szlachcicem. Tak samo jak przynależność do skarlałego rodu, do którego nawet sam się nie przyznajesz. Nosisz plebejskie nazwisko Yamada więc będziesz tak taktowany. - Powiedziała z pogardą.

- Niewiarygodne.... chcesz się ze mną prześcigać na tytuły? Odjęło ci rozum?

- Co za buta... - Syknęła złowieszczo. - Puste zadufanie... typowe dla przegranych, zapomnianych przez historię rodów, które przypisują sobie nie wiadomo jakie pochodzenie. Nie nauczyli cię, że dzieci powinny zwracać się z szacunkiem do starszych?

- Dla mnie wszyscy Fengowie są jak dzieci. Dlatego wybaczam wam brak szacunku dla mojego rodu. Widać osiem pokoleń to za mało, żeby nabrać odpowiedniej ogłady.

Słysząc te słowa jeden z strażników rzucił się na Usagiego w mgnieniu oka dobywając miecza i skracając dystans. Krew siknęła w górę zwartym strumieniem wijąc się w powietrzu jak zerwana struna, aż pod samo niebo a napastnik upadł na ziemię znacząc wszystko dookoła ciepła juchą. Starucha wytarła w rękaw białej szaty długie ociekające krwią szpony i powiedziała lekko podniesionym głosem.

- Durnie! Kiedy się w końcu nauczycie? Banda kretynów. Dostajecie erekcji na samą myśl o honorze i giniecie jak kretyni w jego obronie.

- D... dlaczego...? - Zapytał słabnącym głosem strażnik leżący na ziemi.

Sui Feng spojrzała na krztuszącego się własną krwią mężczyznę i odpowiedziała z pogardą mlaszcząc długim jęzorem.

- Wyszłoby na to samo. Gdybym nie zareagowała Yamada zabiłby już drugiego Fenga w tym tygodniu. Poza tym... Co by nie mówić to jednak szlachcic, marny i bezczelny ale zawsze... i oficer... Trzeba było mu jakoś zadośćuczynić zniewagę jakiej doznał z naszej strony. Co jest w tej skrzynce? Przyniosłeś mi prochy mojego durnego wnuka? - Warknęła zwracając głowę dziwnym zwierzęcym ruchem stronę Usagiego.

- Jego miecz. - Powiedział ocierając twarz z krwi.

- A co ze ścierwem? - Zaskrzeczała podchodząc nieporadnie do szkatułki.

- Spaliłem.

- I dobrze. Jeżeli jeszcze raz jakiś idiota zaatakuje Komisarza Yamadę wypędzę z dworu jego rodzinę. Gdybym miała takie lekkomyślne podejście do życia jak wy nie przeżyłabym nawet jednego roku.

Usagi ukłonił się kobiecie i odszedł w stronę bramy. Sui Feng podniosła skrzynkę zgrabiałymi rękoma i zajrzała do środka jednym okiem jak kura grzebiąca w ziemi. Charknęła coś niezrozumiałego i cisnęła szczątkami miecza o ziemię, pokracznym krokiem wracając do dworskich pomieszczeń.



Amarantowe ściany ze złotymi zdobieniami absorbowały światło świec i dwóch dużych palenisk ustawionych przy wielkim basenie z gorącą wodą. W jakiś dziwny sposób w pomieszczeniu było o wiele ciemniej niż wskazywałaby na to ilość oświetlenia. Yamarou stał boso na podłodze wpatrując się nieobecnym wzrokiem w zamknięte wrota na drugim końcu sali. Jego ciało pokrywały skomplikowane wzory nakreślone białą kredopodobną substancją.

- Możemy już zaczynać? - Zapytał zniecierpliwiony zwracając się do stojącej przy nim kobiety.

- Oczywiście Shihōin-sama.

Kobieta skłoniła się nisko i prędko podreptała w stronę ciężkich oprawionych złotem drzwi. Zawiasy zaskrzypiały ciężko i do środka weszła Echiko w asyście odzianych w czerń kapłanek z zasłoniętymi twarzami. Ich ciężkie, sięgające do samej ziemi szaty wyraźnie odróżniały je od nagiej dziewczyny kroczącej za nimi. Kapłanki ustawiły się w kręgu a kiedy każda była już na swoim miejscu, wszystkie odwróciły się do siebie plecami. Yamarou powoli zbliżył się do dziewczyny kładąc jej rękę na ramieniu. Echiko ku jego zdziwieniu nie zareagowała na to prawie w żaden sposób. Jedynie lekko spuściła wzrok. Zwykle nie uprzedza się nikogo o tym co będzie działo się na przysiędze więc skrępowanie przyprowadzanych na nią ludzi jest ogromne. Rodząca się z niezrozumienia tego co dzieje się na około obawa była nieodłącznym elementem tej ceremonii.

- Hayami Echiko... czy jesteś gotowa złożyć mi przysięgę? - Zapytał z lubieżnym uśmiechem na ustach.

- Tak. - Odpowiedziała bez większego skrępowania dziewczyna.

Yamarou uśmiechnął się szeroko i nachylił się w stronę dziewczyny. Echiko usiłowała nie dać po sobie poznać żadnej oznaki zainteresowania zgodnie z radą swojego dowódcy. Serce znowu zaczęło jej bić jak oszalałe kiedy tylko poczuła na szyi oddech shinigamiego. Czuła że zaraz coś w niej pęknie, a wtedy cała starannie przygotowana przez nią maska opadnie i ujawni jej emocje. Nagle Yamarou zatrzymał się przy jej uchu i pociągnął nosem kilka razy. Echiko poczuła jak przeciągnął palcami po jej lekko odstającym kosmyku i wyciągnął z niego długi, gruby, czarny jak noc włos, który wyraźnie różnił się od reszty. Nerwowo zaczął oglądać ciało Echiko jakby czegoś na nim szukał aż w końcu zatrzymał wzrok na niewielkim znamieniu w kształcie ust po wewnętrznej stornie uda. Miało regularny kształt i bardziej przypominało tatuaż niż prawdziwy ślad po pocałunku. Yamarou był w stanie wyczuć jak znamię zmienia pracę reiatsu w ciele kobiety. Zachowywało się zupełnie jak pieczęć, chociaż nie do końca nią była. Shinigami doskonale wiedział z czym ma do czynienia.

- Niemożliwe... - Powiedział z niedowierzaniem w głosie. - Usagi... jak mogłeś to zrobić... To jest... no... no... no niezgodnie z tradycją!

Dziewczyna aż wzdrygnęła się na dźwięk tego imienia. Z przerażeniem spojrzała w złote oczy głównodowodzącego, który wyglądał na niemniej zmieszanego całą tą sytuacją. Shihōin błądził wzrokiem po sali zastanawiając się nad czymś po czym rozkazał ściszonym głosem.

- Wyjść wszyscy.... Oprócz ciebie. - Dodał wskazując palcem na dziewczynę.

Kapłanki posłusznie opuściły pomieszczenie i kiedy ciężkie drzwi ponowie się zamknęły Yamarou chwycił duży biały ręcznik i okrył nim dziewczynę. Echiko była lekko zdezorientowana tym co się stało. Zaprzeczało to wszelkiemu jej wyobrażeniu o tym człowieku i jego metodach postępowania. Shihōin usiadł na dużej fioletowej poduszce i odetchnął ciężko.

- Na prawdę... jeszcze nikt nigdy... chyba w całej historii nie wywinął takiego numeru... Do takiej bezczelności jest zdolna tylko jedna osoba...

- Ale... o co..? - Nieśmiało zapytała kobieta.

- Nawet nie próbuj zaprzeczać. Zostałaś naznaczona! Poza tym wszędzie rozpoznam ten zapach. Mydło migdałowe... Niewiele osób go używa bo jest cholernie drogie...a już na pewno nikt nie używa go w takich ilościach jak Yamada. A ten włos? Skąd niby się tam wziął? Przejrzyj się w lustrze! Masz tyle włosów Usagiego wplątanych w swoje, że wyglądasz jakbyś zrobiła sobie pasemka. Hmm... Nie no... będę musiał wyciągnąć z tego jakieś konsekwencje... no na pewno tak tego nie zostawię!

Kiedy się tak złościł dosyć komicznie to wyglądało, ale Echiko nie pozwoliła sobie nawet na cień uśmiechu. Nie chciała na prawdę rozgniewać głównodowodzącego, który na jej oko jedynie udawał zdenerwowanie. W jego oczach dziewczyna dostrzegała dziwną ekscytację. Nerwowo poruszał palcami nie mogąc się skupić po czym wstał nagle i powiedział łapiąc dziewczynę w ramionach.

- No dobrze... musimy wyjść z tego dyplomatycznie... Ehh... co by tu... Nie no! No nie wierzę! Zwędził mi z przed nosa...! No...no co za... to... tak się nie godzi! - Krzyczał tupiąc nogami jak dziecko. - Ja z tego wyciągnę konsekwencję... poważnie sobie z nim porozmawiam... - Kontynuował już spokojniejszym tonem. - A co do ciebie... jakoś to będzie... Złożyłaś przysięgę przed Usagim a on składał ją przede... przed rodziną Shihōin.... więc... właściwie jest w porządku, jeżeli chodzi o ciebie ale... Coś takiego w dawnych czasach doprowadziłoby do wojny... Niektórym się wydaje, że to tylko takie sobie... dla zabawy... ignoranci nie wiedzą jaka głębia się za tym kryje! Przysięga jest tylko jedna w życiu i na całe życie. Ona pieczętuje więź szczególną. Inną niż przyjaźń i inną niż miłość, ale posiadającą wybrane cechy ich obu. Skoro Usagi zdecydował się wystąpić tak bezczelnie przeciw tradycji może miał jakiś powód ku temu... W dawnych czasach przysięgę składało się władcy jako hołd, ale pierwotnie symbolizowało to gotowość oddania życia w jego obronie... Może należy to odczytać w inny sposób. Możliwe, że to nie ty składałaś przysięgę przed nim ale on przed tobą... Znam go dobrze i wiele rzeczy każe sądzić mi że ta właśnie było... Tak... nie powinienem się na niego gniewać... to był wspaniały dar serca... Chciał chronić ostatnich członków swojego oddziału. Na pewno tak było. - Powiedział z egzaltacją.

Dziewczyna w osłupieniu wysłuchała tego wywodu i kiedy miała coś już powiedzieć Shihōin znowu wszedł jej w słowo potrząsając jej ramionami.

- Echiko! Musisz przekazać ten piękny gest na pozostałych członków oddziału. Gdzie jest Sozaburo? Sprowadźcie mi go tutaj! - Powiedział z obłędem w oczach.


Dziewczyna poczuła jak nogi nagle się pod nią ugięły. To co stało się w ciągu tych dwóch dni było ponad jej siły. Wąska stróżka krwi popłynęła jej z nosa a zaraz potem osunęła się bezwładnie na ziemię uderzając głową o twardą posadzkę.



17. Karty na stółEdytuj

Usagi szedł szybkim krokiem przez pałacowe korytarze posiadłości rodu Shihōin. Ociekające przepychem ściany, udekorowane złotem i szkarłatem trochę kłóciły się z jego poczuciem estetyki, które wyniósł z rodzinnego domu, gdzie panował raczej klasyczny wystrój, o wiele łagodniejszy dla oczu. Próbując nie zwracać uwagi na kicz lejący się po ścianach minął kłaniających mu się strażników i wszedł do wielkiej kolumnowej sali wypełnionej gryzącą wonią zmieszanych ze sobą kadzideł. Poza smrodem salę wypełniały melancholijne dźwięki lutni. Yamada prawie od razu zauważył w siedzącego pod jedną z kolumn wysokiego blondyna, który z typową dla siebie egzaltacją szarpał za struny.

- Zobacz Rōjūrō, kto nas odwiedził. - Powiedział z przekąsem Yamarō wychodząc zza jednej z kolumn.

Muzyk przerwał na chwilę i odrywając wzrok od instrumentu obrzucił mężczyzn znudzonym spojrzeniem i przywitał się z Usagim gestem dłoni. Shihōin zmarszczył gniewnie brwi i zaczął krążyć w okół Shinigamiego skanując go z każdej strony groteskowo podejrzliwym spojrzeniem.

- Szukasz czegoś? - Zapytał z lekkim poirytowaniem.

- Zamknij się! Jak mogłeś?! - Krzyknął rozkładając ręce w żałosnym geście rozczarowania. - Jak mogłeś zrobić mi coś takiego? Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi a ty odstawiłeś takie świństwo... - Zawiodłem się na tobie.

- Centrala cię wzywa. Przestań się mazać i chodź. - Rzucił krótko, przewracając oczami.

- Nie zmieniaj tematu! Zawsze jesteś taki zgorzkniały... Mógłbyś być taki jak Rōjūrō. Zobacz tylko na niego. Ma duszę artysty. Taką wrażliwą i głęboką... a jak pięknie gra...

- No ślicznie. Chodźmy już bo zaraz się wzruszę... - Powiedział wychodząc na korytarz.

- Trudno... nie zrobimy z ciebie romantyka. Nauczyłbyś się chociaż grać na jakimś instrumencie...

- Gram na flecie. Chodź już, mówię.

- Co?! Czemu nigdy nie mówiłeś?!

- A po co? Żebym całymi dniami siedział tu z tobą, zamiast niego i grał ci jakieś smęty? Chodź już, do cholery!

Rose z lekkim zażenowaniem obserwował jak rozemocjonowany głównodowodzący opuszcza salę. Nigdy wcześniej nie widział, żeby ktoś zwracał się w ten sposób do głowy jednego z Wielkich Rodów. Kiedy obaj mężczyźni znaleźli się za drzwiami na Usagi chwycił Yamarou za rękę. W powietrzu rozległ się głośny świst. Silny podmuch przeleciał z łoskotem przez cały korytarz, a w miejscu gdzie stali mężczyźni migotał już tylko szybko gasnący powidok. Powietrze w okół wejścia do Centrali zawirowało gwałtownie wzbijając zalegający na dziedzińcu pył, którego postrzępione obłoki samoistnie okręcały się w okół dwóch nowo przybyłych shinigamich.

- Nawet nieźle, ale niepotrzebnie stawiasz takie małe kroki. Dreptasz jak jakiś królik zamiast po prostu się ślizgać długimi susami. Poza tym chyba nadłożyliśmy trochę drogi... No, ale poza tym... jestem pod wrażeniem... - Powiedział Shihōin, protekcjonalnym tonem eksperta.

Usagi obrzucił swojego przełożonego nienawistnym spojrzeniem i przez zaciśnięte zęby wycedził.

- Pozostawię to bez odpowiedzi. Musimy porozmawiać. Nie przywykłem do tego, że jestem niedoinformowany... i zaczyna mnie trochę irytować... Jedyne co powstrzymywało mnie od zdobywania informacji na własną rękę było jakieś poczucie przyzwoitości, ale chyba popełniłem błąd skoro nadal nie wiem nic o stanie wiedzy moich najbliższych współpracowników... Od jak dawna w tym siedzisz Yamarou? Gadaj teraz wszystko co o tym wiesz.

- Spokojnie... rany... Na pewno nie dłużej niż ty... Hmm... jakieś trzy czy cztery miesiące. Wtedy pierwszy raz spotkałem Kotetsujiego. Wiedział wszystko o kryzysie w jednostce i o okolicznościach utraty faktycznej władzy przez moją rodzinę. Zaproponował mi wtedy współpracę... Tylko tyle wiem...

- Mówił coś o mnie?

- Nie... tylko... coś tam napomknął, że... po prostu dał mi do zrozumienia, że cię zna... No i w sumie to... powiedział coś... Wyjawił mi twoje prawdziwe imię... tylko tyle...

- A sam Powiedział kim jest?

- Tak... cóż zdziwiło mnie to trochę, ale zgadzałoby się z tym co kiedyś powiedział mi ojciec. To było kilka dni przed tym jak Fengowie go otruli. Dziwnie się zachowywał. Sam go znałeś... był gadatliwy jak niemowa, ale wtedy coś go wzięło na rozmowy... Bełkotał coś o skradzionej władzy i dziesięciu Książętach. Mamrotał pod nosem i wyzywał kogoś od głupców. Powiedział, że straszna kara czeka zdrajców za przelanie nieśmiertelnej krwi. Nic z tego nie zrozumiałem, a on mówił praktycznie do siebie... Ale teraz chyba zaczynam to pojmować... Myślę że on wiedział. Oni zwrócili się do niego tak samo jak teraz do mnie... z jakiegoś powodu ojciec ich wspierał. Tak myślę.

- Rozumiem... Czyli to zwykła ostrożność...

- Co?

- Są ostrożni. Werbują swoich popleczników pojedynczo żeby uniknąć zdrady. Jeden nie zna tożsamości drugiego... w ten sposób się zabezpieczają.

- Skąd takie wniosek? Kiedy to...?

- Zastanów się. - Przerwał mu Usagi. - Kto kazał ci wysłać kwiat naszej szlachty do Rukongai? Kto podpowiedział ci, żeby upiec dwie, albo i trzy pieczenie na jednym ogniu? Nie dość, że wysoko urodzeni stracili szacunek do Centrali, co bardzo osłabiło jej pozycję, to jeszcze wykorzystując zamieszanie mogłeś się pozbyć Funabashiego, który chodził na smyczy Czterdziestu sześciu. Nie wyszło tak jak miało wyjść, ale się udało. Miałem wtedy do ciebie pretensje, że nie uprzedziłeś mnie o tym, ale nie mogłeś, prawda? Po prostu taki był plan. Jeden nie wie co robi drugi. Ja też dostałem swoje rozkazy. Nie wiedząc, że misja na która mnie wysyłasz jest przez nich zaaranżowana potraktowałem to jako zwykłe zadanie. Powiedzieli mi tylko, żebym dał im znak kiedy po raz pierwszy dojdzie do konfliktu między oddziałami. Dlaczego oddziały miałby ze sobą walczyć skoro mają wspólny cel? Wtedy tego nie rozumiałem. Zbuntowana szlachta urażona takim traktowaniem miała zjednoczyć się przeciwko Funabashiemu. Wtedy ty wysłałbyś posiłki, które ostatecznie rozwiązałyby problem nadgorliwego nadkomisarza. Do konfliktu między oddziałami doszło, ale wcześniej niż zakładali. Funabashi zbyt pewnie sobie poczynał wykonując rozkazy Centrali i zapuścił się na podległy nam teren. Wtedy musiałem zareagować i doszło do pierwszego konfliktu. Zgodnie z instrukcjami dałem im znak. Wtedy przejęli kontrolę w Centrali.

Yamarou milczał przez dłuższą chwilę błądząc wzrokiem po ubitym dziedzińcu aż po dłuższym namyśle podjął temat za Usagim.

- Więc dlatego ciągnąłeś mnie tutaj tak pośpiesznie nie tłumacząc o co chodzi? Nie widziałeś jak masz mnie tu sprowadzić, jednocześnie nie zdradzając mi tego co wydawało ci się tajemnicą, o której nie powinienem wiedzieć?

- Dokładnie tak. Kotetsuji skontaktował się ze mną dzisiaj i powiedział, że wszystkiego się dowiem na zebraniu w Centrali. Kazał mi cię ze sobą przyprowadzić, ale nic ci nie mówić. Niby wiedziałem, że masz z nim coś wspólnego, ale nie znając stanu twojej wiedzy nie mogłem tego inaczej rozwiązać.

- Ale głupota... Te wszystkie zadania, które chciałem ci zlecić po twoim powrocie z Rukongai... To spotkanie w Złotych Piaskach... Wymyśliłem to dlatego, że nie miałem pojęcia, że ściśle z nimi współpracujesz. Kotetsuji obiecał mi przywrócenie pełni władzy mojej rodzinie, ale zastrzegał się, żebym otwarcie nikomu nie mówił o naszych powiązaniach. Próbowałem cię w ten sposób wciągnąć w plan Kotetsujiego, nie wiedząc, że ty też go realizujesz. Zastanawia mnie tylko twoja rola w tym wszystkim... Kotetsuji mówił, że jesteś jednym z nich... Więc dlaczego tak mało o tym wiesz? Jak to się zaczęło u ciebie?

- Ehh... U mnie? Chyba od samego początku... Pamiętam Kotetsujiego z czasów kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Często rozmawiał z ojcem o rzeczach, których wtedy zupełnie nie rozumiałem. Większości z nich już nie pamiętam, ale to co kołacze mi się jeszcze w pamięci zaczyna nabierać sensu... Ojciec zawsze mówił mi, że muszę być gotowy do swojego przyszłego zadania. Uczył mnie prawa Soul Society, sprawowania obrzędów w świątyni... Mówił, że zostanę sędzią, władcą i kapłanem jak wszyscy nasi przodkowie. Nie wiem dlaczego, ale służba z początku trochę się mnie bała, ale z czasem zaczęli zapraszać mnie do siebie do domu, żebym odczynił urok czy kogoś pobłogosławił... raz nawet udzieliłem ślubu... miałem wtedy 13 lat... Ludzie z jakiegoś powodu traktowali mnie jak kogoś wyjątkowego. Wszystko zmieniło się po śmierci ojca. Trafiłem pod opiekę Rodu Kuchiki i moje życie zrobiło się prawie normalne. Każdy traktował mnie jak zwykłą osobę... no może poza Ginreiem. Czasami otaczał mnie większą opieką niż swojego rodzonego syna a już na pewno większym szacunkiem. Umożliwił mi dalszą edukację i karierę w Onmitsukidō... Wtedy zaczęły się problemy. Z jakiegoś powodu nie mogłem wykształcić własnego zanpakuto. Całe życie miałem przy sobie Asauchi, które dostałem od Kuchiki. Przez te wszystkie lata nie rozwinęło się ani trochę. Jakieś pół roku temu po latach spotkałem Kotetsujiego. Przypadkowo weszliśmy sobie w drogę... przynajmniej tak mi się wydawało. Zaproponował mi układ. Ja będę pomagał mu w realizacji jego celów i nie będę zadawał zbyt dużo pytań a on w zamian rozwiąże mój problem z zanpakuto. Ufałem mu z jakiegoś powodu... może to dlatego, że był bliskim przyjacielem ojca.

- No.. i co było dalej? - Dopytywał się Yamarō.

- Dalej było już tylko dziwniej. Podobno... nie wiem czemu ale... po tym wszystkim co widziałem nadal głupio mi o tym mówić... Ehhh... W posiadaniu każdego z tych dziesięciu rodów znajduje się część boskiego miecza. Mój ojciec z obawy przed utratą naszego fragmentu połowicznie go we mnie zapieczętował. Połowa mojej duszy znajduje się w mieczu a połowa duszy miecza we mnie. Wygląda na to, że... to jest w pewnym sensie moje zanpakuto...

- Przepraszam, panów czy mogę wtrącić się do rozmowy? - Rozległ się cichy męski głos.

Shinigami aż podskoczyli ze strachu natychmiast obracając się za siebie. Z niedowierzaniem wpatrywali się w rozpromienione oblicze młodego mężczyzny w szerokim kamishimo. Nie było w Soul Society nikogo kto byłoby w stanie podejść w ten sposób do dowódcy Onmitsukidō i to w dodatku w towarzystwie jednego z najlepiej wyszkolonych oficerów operacyjnych.

- Przepraszam... powinienem uprzedzić... Emm... Nazywam się Etsuya Amagiri. Ty musisz być Shihōin Yamarō, prawda? - Powiedział kłaniając się nisko.

- Tak.. to ja... miło mi poznać.... - Wydukał Shihōin, nadal nie mogąc uwierzyć w to ci się stało.

Amagiri obrócił się w stronę Usagiego i ukłonił się w jego stronę.

- Cieszę się, że mogłem cię poznać jako pierwszy z naszej dziesiątki... to znaczy dziewiątki bo Kotetsuji już cię zna... No cóż.. bycie drugim tez nie jest złe. - Powiedział z uśmiechem.

- Jesteś jednym z...? - Zapytał z niedowierzaniem Usagi.

- Tak, ale już niedługo... już niedługo... Kończy się nasz czas. Dlatego nie zwlekajmy. Proszę wejdźcie. Wszystko wam wyjaśnimy. - Powiedział z błogim uśmiechem na ustach prowadząc shinigamich do wejścia.

W środku było niespodziewanie jasno i czysto. Usagi zapamiętał budynek Centrali jako ciemną, zakurzoną, podziemną norę, tymczasem jego oczom ukazała się wysoka wsparta kolumnami, wypełniona jasnym światłem sala. Wielkie żółte lampiony podwieszone pod sufitem oświetlały olbrzymią kwadratową matę rozstawioną na środku pomieszczenia. Sześciu mędrców i czterdziestu sędziów siedziało w równych rzędach na przeciwko trochę mniejszej grupy ludzi. Na samym końcu maty znajdowało się podwyższenie, na którym zasiadało ośmiu Hatamoto z Kotetsujim na czele. Prostopadle do nich po obu stronach siedzieli przywódcy Wielkich Rodów. Amagiri wprowadził mężczyzn na podest po czym wskazał Shihōinowi miejsce koło Ginreia Kuchiki a Usagiego posadził obok siebie w głównym rzędzie.

- Dziękuję wszystkim za przybycie. - Zabrał głos Kotetsuji. - Cieszę się, że w końcu nastał dzień, w którym Soul Society wraca do czasów swojej świetności. Kończą się rządy terroru czterdziestu sześciu i wojskowej junty Genryūsaia. Po tysiącu lat bezprawia powraca światła władza Króla, której egzekwowanie spoczywa na barkach jego Hatamoto. Cieszy mnie również fakt, że udało nam się odnaleźć przyjaciół pośród przodków naszych dawnych wrogów. Wielkie Rody Szlacheckie Soul Society są po naszej stronie. Już od trzystu lat wspierają naszą sprawę. Przywrócenie starego ładu byłoby niemożliwe bez ich wsparcia. Chciałem z tego miejsca podziękować mojemu przyjacielowi Ginreiowi Kuchiki, który jako pierwszy wyciągnął do nas rękę dając tym samym przykład pozostałym rodom, które kiedyś były nam wrogie. Podziękowania nalezą się również nieżyjącemu już Yoshiho Shihōinowi, który był autorem naszej konspiracji. To on nadał jej ostateczny kształt i opracował metodę dobierania agentów. Odzyskaliśmy władzę podstępem... to prawda, ale odebrano nam ją w o wiele bardziej niehonorowy sposób. Chcę powiedzieć, że...

Yamarou nie słuchał już dalszej części przemowy. Kiedy usłyszał imię ojca coś nim wstrząsnęło. Potwierdziły się jego podejrzenia odnośnie jego współpracy z Hatamoto. Zastanawiał się ile posunięć jego ojca było motywowane właśnie tą kolaboracją. Obecność wszystkich głów wielkich rodów na tym spotkaniu, była dla niego szokiem. Nigdy nie pomyślałby, że spisek w którym lekkomyślnie zgodził się wziąć udział jest zakrojony na tak szeroką skalę. Jednak najbardziej zastanawiali go członkowie Centrali siedzący naprzeciw nich jak widownia na przedstawieniu. Kiedy Kotetsuji wygłaszał płomienne przemowy o bezprawiu panującym za czasów ich rządów oni po prostu siedzieli w ciszy z zadowoleniem przysłuchując się temu.

- Pssst... Kuchiki-san? - Zapytał cicho lekko pociągając Ginreia za rękaw. - Dlaczego oni tu są?! Myślałem, że są martwi albo... uwięzieni...

Ginrei nachylił się w stronę młodego szlachcica i lekko zachrypniętym głosem odpowiedział:

- W pewnym sensie są uwięzieni. Ich wolę więzi moc Kotetsujiego-sama. Są w pełni świadomi tego co się tutaj dzieje, ale ich zachowanie jest w pełni kontrolowane. Można powiedzieć, że to pewien rodzaj hipnozy, albo snu na jawie kiedy nie posiada się kontroli nad ciałem, ale jest się w pełni świadomym.

Shihōin pokiwał głową ze zrozumieniem chociaż nie rozumiał z tego ani trochę. Zdezorientowany całą tą sytuacją spojrzał na Usagiego, który również wydawał się być lekko zmieszany. Siedział na podeście pomiędzy Amagirim a Kotetsujim, który dawał właśnie upust swoim oratorskim zapędom, i nie za bardzo wiedział jak ma się zachować w tej sytuacji.

- ... Dlatego dziękuję wszystkim, którzy nas wspierali. Obiecuję wam, że zwyciężymy ostatecznie już niedługo. Prawo jest po naszej stronie. Ani na chwile nie myślcie, że postępujecie niesłusznie. Wola króla jest prawem nadrzędnym a każde inne, które się z nim kłóci powinno być odrzucone jako buntownicze i szkodliwe. - Skończył Kotetsuji.

Kiedy tylko przestał mówić został obsypany gromkimi brawami przez czterdziestu sześciu mężczyzn w białych haori, którzy z zadowoleniem wysłuchali przemówienia. Kiedy owacje ustały Ginrei zwrócił się do śniadego shinigamiego.

- Shihōin Yamarō, wybacz, że pytam o to teraz, ale struktura naszej organizacji uniemożliwia poziomy przepływ informacji między członkami, dlatego nie mogłem z tobą wcześniej porozmawiać na ten temat. Przykro mi, że musimy działać w ten sposób, ale to jedyne bezpieczne wyjście. Czy chcesz złożyć w imieniu rodu Shihōin hołd prawowitym rządcą Soul Society i tym samym odnowić przymierze z Królem?

Yamarō lekko zaskoczony pytaniem po krótkiej chwili namysłu kiwnął twierdząco głową. Stary Kuchiki pochylił lekko głowę wyrażając aprobatę dla jego decyzji i zwrócił się w stronę dziesięciu Hatamoto siedzących przed nimi. Pokłonił się nisko i powiedział z namaszczeniem.

- Świadomi przewin naszych przodków, stajemy przed wami prosząc o wybaczenie. Jako zadośćuczynienie za zdradę naszych ojców prosimy pokornie, przyjmijcie nas na swoją służbę, abyśmy mogli wam odpłacić za krzywdy i uratować swój honor.

Kotetsuji zaśmiał się cicho słysząc tak pompatyczne wyznanie wygłoszone archaiczną japońszczyzną. Po krótkiej chwili opanował się i odpowiedział w podobnym tonie nie kryjąc zbytnio swojego rozbawienia.

- Przysięgę waszą przyjmujemy. Radzi jesteśmy widzieć, że z serca prawicie i skruchę wyrażając wierność przysięgacie, jako i my drzewiej Królowi byli przysięgali. - Powiedział, groteskowo nabożnym tonem po czym wstał z miejsca i dodał.

- Dziękuję, za przybycie za chwile omówimy bieżące sprawy.

Przedstawiciele wielkich rodów podnieśli się z kolan i przeszli za Kotetsujim do kolejnej tym razem mniejszej sali. Liczba miejsc do siedzenia była dokładnie wyliczona. Każdy usiadł przy dużym, okrągłym stoliku suto zastawionym jedzeniem w oczekiwaniu na dalszy przebieg spotkania. Kazuya spojrzał porozumiewawczo na młodego, rudowłosego chłopaka po swojej prawicy, który od razu odczytał sygnał i zabrał głos.

- Witam wszystkich. Dla tych, który mnie nie znają... nazywam się Nishio Tadayoshi. Z uwagi na bezpieczeństwo naszej sprawy musieliśmy utrzymywać nasz plan w tajemnicy przed wami - jego wykonawcami. Przed każdym z was odsłoniliśmy tylko ten fragment planu nad którym mieliście pracować. Takie wytyczne odnośnie działania zostawił nam Shihōin Yoshiho. Proszę nie miejcie nam tego za złe, ani nie myślcie, że zrobiliśmy to bo czujemy się od was lepsi. Nawet Sadaharu ...czy jak wolicie Usagi, który jest jednym z nas nie miał dostępu do pełni informacji. Teraz jednak jesteśmy już na takim etapie, że możemy zdradzić wam w pełni nasze zamiary, aby już nigdy nie dochodziło do przykrych nieporozumień z tego powodu. Człowiekiem który dał początek naszym dążeniem do odzyskania władzy był mój ojciec. Kłótnie między naszymi rodami o wpływy i władze zdarzały się jeszcze na długo przed upadkiem. Dochodziło nawet do prób zagarnięcia fragmentu Shinkyo innego rodu. Widząc pogrążającą się w niezgodzie radę, ojciec przedstawił pomysł połączenia wszystkich fragmentów w jedno, aby raz na zawsze zapobiec kłótniom. Owładnięci żądzą władzy i wzajemną nienawiścią Hatamoto odrzucili propozycję. Kilkaset lat później kiedy los pokarał nas za naszą krótkowzroczność kolejne pokolenie powróciło do tej koncepcji. Okazało się jednak, że nie da się od tak połączyć dawno temu rozdzielonych fragmentów. Ojciec obecnego tutaj z nami Usagiego Yamaday, Yonosuke Kudara, spędził wiele lat nad badaniem tego problemu. Okazało się, że przy rozdzieleniu miecza na części została zabita w nim jego oryginalna dusza, której nie da się w żaden sposób odtworzyć. Zapieczętował połowę swojej części w nieuformowanej jeszcze duszy swojego syna i w ten sposób zespolił ją nie tylko ze swoim, ale również ze wszystkimi pozostałymi fragmentami Shinkyou. Tylko syn Yonosuke ma możliwość ponownego złączenia w sobie dziesięciu fragmentów miecza. Jednak to nie wszystko. Shinkyou jest tylko jednym z trzech świętych mieczy. Do jego rozdzielenia posłużył znany wszystkim z legend shinken hakkyokuken. Do niedawna myśleliśmy, że znajduje się w posiadaniu Centrali 46 po tym jak odebrała go rodzinie Ise. Jednak po przejęciu Centrali znaleźliśmy dokumenty świadczące o tym, że miecz zaginął. Dla Centrali był to taki cios, że nie ogłosili tego publicznie. Zamiast tego skazali na śmierć powierniczkę miecza, która go utraciła a sami wszczęli śledztwo w tej sprawie. Mówiąc sami mam na myśli... na prawdę sami... nie powiadomili o tym żadnych służb. Nie muszę chyba mówić, że dochodzenie nie było zbyt owocne. Jedyne co udało im się ustalić to kilka tropów. Wykluczyliśmy większość z nich i zostały nam dwie najbardziej prawdopodobne możliwości. Miecz znajduje się w świecie ludzi lub... może posiadać go któryś z członków rodziny Kyoraku, spowinowaconej z Ise w ostatnim pokoleniu. To teraz nasz priorytet. Musimy odszukać hakkyokuken i zwrócić go do królewskiego pałacu kiedy nie będzie już nam potrzebny. To... chyba tyle. Dziękuję za uwagę... - Powiedział Nishio ciężko opadając na miejsce.

- Mam nadzieję, że wszystko jest jasne. Gdyby ktoś miał jakieś pytania służymy pomocą... ale może po kolacji? - Powiedział Kotetsuji ujmując w dłonie miskę zupy.

Pomimo dziwnego początku i jeszcze dziwniejszego przebiegu spotkania z czasem wszyscy zaproszeni poczuli się swobodnie. Na stoły weszła sake i wszystkie nieprzyjemności związane z zakłopotaniem i dezorientacją spowodowaną nagromadzeniem nowych faktów, zniknęły całkowicie. Yamarou od razu znalazł wspólny język z młodą dziedziczką rodu Shiba, której najwyraźniej przypadł do gustu a Usagi wdał się z Amagirim w pijacką dyskusję na temat wyższości zanjutsu nad kido, w której obaj zażarcie bronili swoich racji. Natomiast sześcu mędrców i czterdziestu sędziów nadal z uśmiechem wpatrywało się w podwyższenie na którym od dawna już nikogo nie było, czego chyba nie byli w stanie odnotować. Mogłoby się wydawać, że z takim zapleczem walka ze starym porządkiem będzie jak pojedynek Dawida z Goliatem.



18. Trzecie Wyjście Edytuj

Płomień świecy strzelał cicho, raz po raz wypuszczając w górę małą iskrę. Słabe światło dosyć skąpo, ale równomiernie oświetlało wnętrze chramu. Gryząca woń kadzideł unosiła się pod sam sufit, po drodze okadzając miecz wyeksponowany na stojaku z poroża. Katana miała stosunkowo niecodzienne proporcję - rękojeść była nieco dłuższa niż w przypadku standardowego miecza, nie zaburzało to jednak estetycznego wrażenia. Wręcz przeciwnie, dłuższa rękojeść z czarnym oplotem kontynuowała delikatną krzywiznę ostrza, uwydatniając jeszcze bardziej dziwnie, hipnotyzujące piękno broni. Usagi podszedł bliżej i ostrożnie chwycił miecz do ręki. Trącił tsubę ręką i lekko wysunął ostrze z pochwy. Klinga przypominała bardziej taflę szkła niż stal. Idealnie gładka powierzchnia odbijała ześlizgujące się po niej światło niczym najczystsze zwierciadło. Yamada mógł się dokładnie przejrzeć w małym fragmencie ostrza.

- Jak wrażenia? - Rozległ się znajomy głos za jego plecami.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko i podszedł z wolna do Shinigamiego. Nieco mętne spojrzenie jego błękitnych oczu ogarnęło pobieżnie główną ścianę chramu.

- Miałem zamiar ci go sprezentować, ale skoro sam się o niego upomniałeś... - Powiedział Kotetsuji obojętnym tonem. Usagi włożył miecz za pas i jednym ruchem wyciągnął ostrze z pochwy, odciągając ją w przeciwnym kierunku. Szeroka, łagodnie zakrzywiona klinga błysnęła jasno. Ostrze w dziwny sposób ściągało wpadające do chramu światło i odbijało je od siebie, jednak jakaś jego część sprawiała wrażenie uwięzionej w przepastnej głębi niemalże lustrzanej powierzchni.

- Myślałem, że... - zaczął z wolna Usagi. - ... że... Hmm... Inaczej to sobie wyobrażałem.

- Chciałbyś dostać gotowe Zanpakutō z dołączoną listą technik? To tak nie działa. Moc Shinkyō jest nieoczywista. Nie ma żadnych konkretnych zdolności... Nie ma nawet imienia ani komendy. I właśnie to czyni je wyjątkowym. Shinkyō jest wiecznym Asauchi... Na czas swojego życia, powiernik może nadpisać je swoim charakterem, wpłynąć na nie swoją duszą, ale nigdy nie zdoła odcisnąć się w nim na tyle, żeby doprowadzić miecz do stałej formy; nie wypracuje schematu działania, zasad, technik. Przez to właśnie ten miecz ma nieograniczony potencjał. Jedyną stała właściwością jaką posiada jest dziwna zdolność do łączenia się z innymi duszami. W zależności od tego, jaki charakter posiadasz, Shinkyō pozwoli ci wpływać na inne dusze w sposób zdeterminowany przez twoją osobowość. Ja, na przykład, od dziecka posiadałem zdolność do naginania cudzej woli. Kiedy ojciec przekazał mi miecz, moja umiejętność została spotęgowana. Każdy z nas posiada jakąś unikalną zdolność... W twoim przypadku dociekliwość i intuicja są cechami, które Shinkyō pomogło ci rozwinąć.

- Rozumiem... Mimo wszystko spodziewałem sie raczej... hm... Myślałem, że poczuję cokolwiek. Podczas gdy mam wrażenie, że trzymam w ręku zwyczajny miecz, który w ogóle nie przystaje do twojego opisu. Nie wyczuwam od niego żadnej energii.

- Kiedy odziedziczyłem tytuł i miecz miałem 700 lat. To sporo czasu żeby przygotować się do pełnienia przyszłych obowiązków. Mimo wszystko, nie za wiele to dało. Setki lat zajęło mi zrozumienie natury Shinkyō i nadal uważam, że nie rozumiem jej za dobrze. Zawsze zazdrościłem tego twojemu ojcu. Pomimo tego, że był najmłodszy z nas wszystkich, miał największe zrozumienie dla spraw duchowych. Mówię ci to, żebyś pojął jak wielki dar od niego otrzymałeś. Shinkyō dziedziczy się zwykle w momencie śmierci poprzedniego posiadacza. Twój ojciec zginął 30 lat po twoim narodzeniu, co każe nam sądzić, że właśnie wtedy stałeś się prawowitym właścicielem miecza... ale tak jak już ci mówiłem, Yonosuke zapieczętował Shinkyō w twojej duszy zanim się jeszcze ukształtowała. Oznacza to, że przez 30 lat byłeś połączony z mieczem swojego ojca, tym samym miałeś dostęp do wszystkich umiejętności jakie rozwinął w sobie przez te wszystkie lata. Tak na prawdę nie musiałeś się niczego uczyć, a tylko przypomnieć sobie to, co setki lat wcześniej ciężką pracą osiągnął twój ojciec. Jednak Shinkyō znajdujące się w twojej duszy nie mogło oprzeć się jej wpływom, pomimo tego, że nie byłeś jego panem, więc jednocześnie rozwijało twoje unikalne cechy. To olbrzymi dar. Normalna osoba musiałaby poświęcić wielokrotność twojego życia na sam trening, aby móc osiągnąć takie rezultaty. Musisz zdawać sobie sprawę z tego, że różnisz się od pozostałych Hatamoto. Shinkyō jest z tobą od samego początku i rozumiesz je trochę inaczej niż my. Wierzę, że o wiele lepiej i głębiej. Może jest to tak naturalne, że nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.

- Skoro całe to cholerstwo jest we mnie, to nic dziwnego, że ten miecz jest pusty... Nie pomyślałeś o tym? - Zapytał Usagi z lekkim rozczarowaniem w głosie.

- Właśnie dlatego Yonosuke ukrył go tutaj za pozwoleniem Ginreia. Miecz to tylko skorupa. Zwykłe narzędzie... nawet tak niezwykły jak ten. Niektórzy całe życie dążą do przesunięcia duszy miecza z przedmiotu do własnego ciała, a ty urodziłeś się w takim stanie i jeszcze narzekasz? Jeśli oczekiwałeś, że posiadanie tej broni coś ci doda, to byłeś w błędzie... ale weź go. To świetne ostrze. Niewiadomo, jaki kowal je wykonał. Prawdopodobnie w ogóle nie pochodzi stąd.

- Żartujesz sobie? Skoro ten miecz nie jest ważny od chwili moich narodzin, to dlaczego go ukryliście? Centrala przez to się o niego upomniała. Gdyby nie to...

- Nie łódź się. Yonosuke musiał umrzeć i sam najlepiej o tym wiedział. Nikt wcześniej nie oddzielił od siebie własnej części Shinkyō. Taka amputacja jest śmiertelna. Twój ojciec nie pożyłby dłużej niż 40.. może 50 lat po tym co zrobił.

- Nawet tyle by było dobre... Nie rozumiem czemu akurat...

- Usagi. - Przerwał mu stanowczo. - Znowu rozpamiętujesz stare dzieje. Musisz w końcu zacząć zachowywać się jak przystało. Kiedy w końcu odnajdziesz Shinken, wszystko ci wytłumaczę. Przestań już użalać się nad przeszłością.

- Jasne... Dobra. Dobra już. Znajdę wam ten Shinken. Właściwie, to już się tym zajmuję. Yamarō sprawdza wasze tropy w Świecie Ludzi, a ja zajmę się tym Kyōraku. Podobno awansują go niedługo na kapitana. Załatw mi jakieś pełnomocnictwa czy coś... Może być list gratulacyjny od Centrali. Muszę mieć jakiś pretekst żeby się z nim spotkać i wybadać sytuację.

- Cieszę się, że przeszedłeś już do działania. Za chwilę dostaniesz swoje dokumenty. - Powiedział uradowany blondyn wychodząc pośpiesznie z chramu.





Duża kropla potu ściekała powoli po twarzy młodego mężczyzny lekko łaskocząc go po policzku. Brunet uniósł zaciśniętą w pięść dłoń i otarł czoło wewnętrzną częścią przedramienia.

- Gratuluję, Kapitanie Kyoraku. - Powiedział Sasakibe, kładąc przy tym akcent na słowo "kapitanie", po czym wręczył mu ostrożnie białe haori.

Shunsui odebrał z jego rąk symbol kapitańskiej godności i lekko ukłonił się w jego stronę. - To był na prawdę udany egzamin. Proszę mi wierzyć... wiele z nich widziałem, ale czegoś takiego.. jestem pod wrażeniem.

- Emm.. cóż... dziękuję... - Powiedział lekko zakłopotany, wkładając na siebie jasne okrycie. - Czy Yama-ji jest jeszcze w budynku? Widziałem, że wszystkim trochę się spieszyło.. czy coś się stało? - Proszę się tym nie przejmować. Wszechkapitan miał coś ważnego do załatwienia, dlatego wyszedł od razu po zakończeniu. Ale zapraszamy na herbatę dzisiaj wieczorem. - Odpowiedział ciepłym tonem starszy mężczyzna. – Ah, jeszcze jedno... - Dodał po chwili namysłu. - Jakiś oficer czeka na pana w holu. Przedstawiał się jako komisarz Onmitsukidō.

Kyoraku milczał przez chwilę, próbując przyswoić sobie tą informację. Nie miał pojęcia czego mogłyby chcieć od niego służby. Podrapał się po podbródku i zamyślił moment.

- Wszystko w porządku, kapitanie? - Zapytał wiekowy porucznik.

- Eee.. tak, tak... Oczywiście. Lepiej, żeby ten oficer nie czekał na mnie zbyt długo... Ostatnio wszędzie się spóźniam... Dziękuję za zaproszenie, Sasakbe-san. Na pewno skorzystam. - Rzucił uprzejmie na odchodne i zarzucając na siebie różowe, damskie haori wyszedł z sali. W holu nie było prawie nikogo. Mała grupa szeregowych Shinigami rozmawiała o czymś przy wejściu do baraków. Kyoraku rozejrzał się po pomieszczeniu, mrużąc oczy.

- Gratuluję awansu, kapitanie ~ - Odezwał się z nutą ekscentryzmu głos za plecami młodego mężczyzny.

Kyoraku obrócił się szybko za siebie, lekko zdezorientowany. Oficer opierający się o framugę przejścia, które właśnie minął Shunsui wyglądał bardzo młodo... aż za młodo. Nietknięta trudami życia cera, szczeniacki uśmiech, młodzieńcze rysy twarzy i kenseikan upinający burzę gęstych, niesfornych włosów mocno kontrastowały z obszernym, czarnym haroi z białymi rękawami i emblematem Onmitsukidō. Raczej nie takiego wyglądu spodziewa się po wysokim funkcjonariuszu Służb Specjalnych.

- Dziękuję... Panie...?

- Yamada, Usagi Yamada. Przepraszam, że przeszkadzam w tak ważnym dniu, ale to wyjątkowo niecierpiąca zwłoki sprawa. - Powiedział Shinigami podchodząc do nowo mianowanego kapitana.

- Sprawa? Do mnie? - Zapytał z lekkim zaciekawianiem Kyoraku, starając się nie okazywać zaniepokojenia całym zajściem. Gorączkowo próbował sobie przypomnieć, czego mogą chcieć od niego organy ścigania.

- Da się pan może zaprosić na małe sake? - Zaproponował Yamada.

- Chętnie... o ile... nie jesteś za młody, Panie Oficerze. - Zażartował Kyoraku drapiąc się po głowie.

Yamada zaśmiał się cicho i wyciągnął zza poły kimona grubą teczkę owiniętą czarną banderolą. Na okładce widniał odręcznie wykaligrafowany napis : " Kyōraku no Jirō Sōzōsuke Shunsui"

- Tutaj jest napisane, że jesteśmy prawie w takim samym wieku, kapitanie. - Powiedział z uśmiechem na twarzy i schował ją z powrotem za pazuchę. Shunsui poczuł nagle dziwny niepokój. Nagle w całym holu zrobiło się dziwnie cicho i pusto. Shinigami, którzy jeszcze przed chwilą stali przy wejściu zniknęli gdzieś bez śladu. Kyoraku cofnął się krok do tyłu i zapytał poważnym tonem.

- Co to jest?

- Pańska teczka. Każdy kto ukończył akademię Shin’o lub należy do szlacheckiego rodu, albo w ogóle cokolwiek znaczy w Soul Society, ma własną kartotekę. Pan spełnia wszystkie te warunki, dlatego sporo się tego nazbierało. Jeśli pójdzie Pan ze mną, dam ją Panu do przeczytania. To niezła zabawa. Można wiele się o siebie dowiedzieć.

Kyoraku coraz mniej podobała się ta rozmowa. Błądził myślami, poszukując w pamięci wydarzeń, które mogłoby być powodem tej coraz mniej przyjemnej konwersacji, kiedy jak grom z jasnego nieba spadło na niego wypowiedziane zimnym tonem zdanie:

- Ostatnio, na przykład, pozwoliłem sobie powiększyć Pańskie akta o bardzo ciekawą korespondencję. Pani Ise ma bardzo ładny charakter pisma... Sama treść jest również fascynująca. Może opowie mi pan o tym coś więcej?

Nowo mianowany kapitan obrzucił Usagiego krótkim, chłodnym spojrzeniem, po czym przełknął głośno ślinę i powiedział, siląc się na zdecydowany ton:

- Doprawdy? Nie przypominam sobie, abyśmy spotkali się wcześniej... Wychodzi na to, że Służby Specjalne pozwoliły sobie na krótką wizytę w moim domu... Czyżbym był o coś podejrzany? Nie sądzę, aby wymiana pocztówek była karalna...

- Nie śmiałbym wtargnąć do cudzego domu. Operuję tylko materiałami, które zostały mi dostarczone przez naszych informatorów. Sposób w jaki zostały pozyskane jest dla mnie nie istotny. Interesuje mnie treść. Treść, która ożywiła umorzone kilka lat temu śledztwo. Pani Ise została stracona za utratę rodowego miecza... Shinken Hakkyoken... Ta nazwa pojawia się często u obu adresatów... w mniej lub bardziej zakamuflowany sposób. Ja nic nie sugeruję ani nikogo o nic nie oskarżam. To zadanie dla Centrali. Do mnie należy tylko zadawanie pytań. Co może mi Pan o tym powiedzieć?

- To wciąż cokolwiek niegrzeczne, zaglądać tak do cudzej korespondencji, nie sądzi Pan, Panie Yamada? - Shunsui powiedział to głosem zupełnie chłodnym i służbowym, bardziej, jak gdyby lekarz informował o zgodnie czyjeś matki niż zadawał tego typu infantylne pytanie. - Jest Pan pewien, że nie mówimy tu o solidnej nadinterpretacji? Hakkyoken zniknął dobre kilkaset lat temu... - Spojrzenie niebieskich oczu oficera nieco zbiło go z tropu. Lekko uniesiona brew nad lewym okiem i szyderczy uśmiech sprawiał, że poważnie zaczynał wątpić w skuteczność swoich tłumaczeń.

- Czyżby pojawiły się jakieś poszlaki? – Odezwał się ponownie, jeszcze bardziej grobowym tonem, delikatnie wysuwając kawałek miecza z pochwy. - Jestem pewien, że mój drogi brat chciałby, aby śledztwo zostało doprowadzone do końca...

Yamada spojrzał na przygotowane do natychmiastowego dobycia Zanpakuto z lekką pogardą i politowaniem, jednak uśmiech nie zniknął z jego twarzy ani na chwilę.

- Miecz się panu obruszył. Proszę uważać, ostrza chodzące luźno w pochwie mogą się wyślizgnąć w nieodpowiednim momencie i zrobić komuś krzywdę. Cieszę się, że potwierdza Pan, że listy należą do Pana. Bałem się, że to falsyfikaty. Ludzie czasami fabrykują dowody, chcąc rozwiązać jakąś znaną sprawę. Wracając jednak do poszlak... Pani Ise w ostatnim liście wyraziła wdzięczność za przechowanie Shinkena. Mówiąc z skrócie, oczywiście... wszystko jest ubrane w piękne, poetyckie zwroty... Pan natomiast w odpowiedzi na list Pani Ise zobowiązał się do ochrony artefaktu. Napisał Pan... - Usagi wyjął odpowiedni list z teczki i odczytał jego treść lekko prześmiewczym tonem. - "Będę go chronił i zawsze nosił w głębi duszy, tak jak wspomnienie o Tobie" Zastanawia mnie, czy dotrzymał Pan tej obietnicy...

Shunsui przeniósł na chwilę spojrzenie gdzieś indziej, jednak szybko powróciło ono na trzymany w dłoniach Usagiego list, a następnie na jego twarz. Mężczyzna mlasnął, a następnie westchnął, dokładnie przyglądając się rozmówcy.

- Proszę mi powiedzieć, oficerze Yamada, jaki cel ma Pan w informowaniu mnie o tym wszystkim? Z tak solidnymi dowodami, mógłby Pan z łatwością po prostu zakłóć mnie w kajdanki i wyprowadzić. Co uzyska Pan mówiąc mi to wszystko?

Shinigami uśmiechnął się szeroko jakby wygrał właśnie fortunę w zakładzie z kolegami lub pobił jakiś rekord. Schował list z powrotem do teczki i wzdychając jakby od niechcenia, nabrał powietrza przed dłuższą wypowiedzią.

- Z łatwością? Przecenia pan moje możliwości. Poza tym... Stoimy w holu 1. Oddziału. Taki skandal przy aresztowaniu jest zupełnie nie do przyjęcia. Spełniłem swoje zdanie. Dowiedziałem się, kto przechowuje Shinken. Sam się pan do tego przyznał. Jak mówiłem, nie oceniam tego i nie zamierzam. Zajmie się tym Centrala... - Powiedział starając się grać rzetelnego funkcjonariusza, po czym dokończył nieco mniej zdecydowanym tonem. - Jeśli tylko dostarczę jej te dowody i doprowadzę Pana przed jej oblicze.

- "Jeśli"? Wydaje się Pan stosunkowo niezdecydowany jak na kogoś, kto wyraźnie posiada takiej rangi dowody. W dodatku wydaje się Pan żywić przekonanie, iż mam pojęcie, gdzie w tym momencie znajduje się miecz...Listy są dość stare...Obawiam się, że Centrala może nie usłyszeć ode mnie żadnych ciekawych ploteczek...

Usagi uśmiechnął się i pokiwał porozumiewawczo głową, jakby usłyszał dobry, ale zbyt często powtarzany dowcip. Zmrużył lekko oczy i powiedział z przesadnym pietyzmem.

- Nasi umiłowani przywódcy z królewskiej łaski stoją na straży sprawiedliwości w Soul Society. Ich wyroki są ostateczne i nieomylne... Nie wolno nam w to wątpić. Niestety, są jednocześnie ślepi, głusi i pozbawiani mocy sprawczej, dlatego że całe życie spędzają w podziemnym odosobnieniu... a to sprawia, że potrzebni są tacy jak ja. Jesteśmy ich wzrokiem, słuchem, a kiecy trzeba, pięścią. Zastępujemy im zmysły, ale zmysły, w odróżnieniu od Sędziów, są zawodne.. czasem się mylą. Szczególnie myli się ten zmysł, którego ja jestem... można by powiedzieć, reprezentantem... Niektórzy odmawiają mu nawet miana zmysłu, inni zupełnie wątpią w istnienie rzeczy takiej jak intuicja. Mnie jeszcze nigdy nie zawiodła, ale... zawsze musi być ten pierwszy raz... Proszę powiedzieć... bo aż jestem ciekaw. Pomyliłem się co do Pana czy nie? Naprawdę nie wie Pan, gdzie znajduje się Shinken?

- Jeśli odpowiem na to pytanie, co zamierza Pan z tym zrobić...? - Zapytał wyraźnie zdradzając coraz głębszą konsternację - ...Yamada Usagi... Kim Pan właściwie jest?

- To dopiero egzystencjonalne pytanie. Jakkolwiek bym na nie nie odpowiedział, byłby Pan nieusatysfakcjonowany tym, co usłyszy... Natomiast swoje zamiary ujawniłem już na początku naszej rozmowy. Zamierzam napić się sake, no i trochę porozmawiać... Rozumiem, że nie wie Pan nic co mogłoby zainteresować Centralę, ale może znajdzie się coś tylko dla mnie?

- Jeśli sugeruje Pan, że mam postawić Panu sake, nie widzę problemu... - Wydusił z siebie Kyoraku po dłuższej chwili pauzy, z lekko nerwowym uśmiechem.

- O nie, nie... płaci zawsze ten, który zaprasza... Proszę nie odmawiać mi chociaż tego, po tym wszystkim do czego musiałem się uciekać, żeby w końcu zgodził się Pan wychylić ze mną czarkę dobrej wódki. Kobiety mają łatwiej.. Akurat w tym zawodzie... Gdybym był piękną panią funkcjonariusz, wystarczyłoby by tylko się pokazać... A tak... Musiałem posunąć się do szantażu. Staje się Pan niesłychanie nieśmiały, kiedy wspólne wyjście proponuje mężczyzna. - Powiedział z przekąsem Usagi, prowadząc Kyoraku do wyjścia z budynku.

- Hehe... Ależ proszę nie przesadzać. Z pewnością nie jestem wyjątkowo bardziej pobłażliwy dla kobiet, które machają mi przed oczyma moją kartoteką. - Zaśmiał się sztucznie kapitan.

- Być może ma Pan rację… Obserwowaliśmy Pana od wczoraj. Sporo się działo... ale w końcu nominacja na kapitana zdarza się raz w życiu... Prawie wszystkie kobiety, z którymi się Pan spotkał, były naszymi informatorami... chociaż... Nie… Nie powiem tego...

- Czego pan nie powie? - Zapytał lekko zaniepokojony Shunsui...

Usagi nadął lekko policzki, po czym parsknął niekontrolowanym śmiechem.

- Przekażę chłopakom wyrazy uznania. Nawet taki wyjadacz się nie zorientował...

- Sugeruje mi pan, że... Ja nigdy nie... Nie interesują mnie takie konfiguracje. - Wypierał się szczerze oburzony.

- Tylko jedna gejsza była kobietą. Ja dostałem siedem raportów~ - Coraz większy obraz zdegustowania i wstydu malujący się na twarzy Kyoraku był dla Yamady niczym najlepszy żart, jaki w życiu słyszał.

- W Onmitsukidō wszystkie rozkazy są imienne, a płeć nie predestynuje nikogo do określonego typu zadań. Jest jak strój lub historia, której trzeba się nauczyć dla potrzeb misji. Poza tym... zawsze mieliśmy niedobór kobiet. Nawet gdyby wszystkie zaciągnąć do tej roboty, nie zaspokoiło by to zapotrzebowania na informatorki... – Wyprzedziwszy do granic możliwości skonsternowanego kompana o kilka kroków, Usagi starając się za wszelką cenę powstrzymać wyrzynający mu się na twarzy sadystyczny uśmiech, westchnął głęboko rozkładając ramiona. – Poza tym, przykra prawda jest taka, że moje nieocenione, pochodzące z rodu Fengów koleżanki mają w sobie równie dużo wdzięku i urody, co niedawno awansowana Wicekapitan Sarugaki ogłady.

- Niemożliwe... Poznałbym po głosie... – Powiedział ostatecznie lekceważącym tonem Kyoraku, definitywnie odcinając się od wszelkich wątpliwości. Kapitan szedł przez chwilę w milczeniu, zerkając od czasu do czasu na idącego obok Yamadę, który wyraźnie zwolnił. Chwilę po tym, oficer zatrzymał się i pochylił, żeby zawiązać sandał. Shunsui lekko go wyprzedził, jednak nie minęła chwila, nim zaczął zwalniać kroku, w nadziei, iż towarzysz za chwilę go dogoni. Słyszał, jak oficer głośno kaszlnął kilka razy, jakby próbował odchrząknąć coś z gardła. Nagle za jego plecami rozległ się czysty, ponętny damski głos.

- Arara... nie docenia nas pan, Kyoraku taicho ~

Kapitan natychmiast obrócił się za siebie. W nieobyczajnie rozchylonych szatach oficera Yamady stała piękna, wysoka, czarnowłosa kobieta o skórze białej jak śnieg. Jej duże, błękitne oczy ściągały na siebie wzrok kapitana równie skutecznie, co odkryte aż po uda, długie zgrabne nogi i bezpruderyjnie wyeksponowany biust. Kiedy kobieta zrobiła krok do przodu, skąpo okrywające ją ubrania ześlizgnęły się jej gładkiej skórze, odsłaniając smukłe nagie ciało. Kyoraku cofnął się nerwowo, próbując w kłębowisku myśli i sprzecznych sygnałów znaleźć jakieś wyjaśnienie tej sytuacji, jednak z każdym krokiem kobiety jego zdolności dedukcji drastycznie malały.

- Ja.. Czy ty.. To znaczy... Widziałaś może gdzieś...? - Motał się kapitan, próbując wydać z siebie cokolwiek, co można byłoby uznać za spójną i poprawną gramatycznie wypowiedź. Kobieta uśmiechnęła się kokieteryjnie i zapytała.

- Coś nie tak... Taicho... chan~? - Powiedziała kobieta uwodzicielskim tonem, posyłając z stronę kapitana niewinne spojrzenie.

Kyoraku ze wszystkich sił próbował zebrać myśli, aby jak najszybciej zareagować w jakikolwiek sposób na to kuriozum. Wolał nie myśleć, co mogłoby się stać, gdyby przyłapano go na dziesięć minut po objęciu stanowiska kapitana z roznegliżowaną kobietą nieopodal baraków 1. Oddziału… Jednak wtem na twarzy kobiety pojawił się nienaturalnie szeroki, nieludzki uśmiech, w którym odsłoniła rząd długich, ostrych, groteskowo powykrzywianych zębów. Jej ciało momentalnie ściemniało do barwy brudnego brązu. W powietrzu począł unosić się nieprzyjemny, ciężki zapach, a spomiędzy piersi niewiasty wyłoniła się chmara wijących się czerwi, które rozpełzły się wzdłuż jej ciała, od twarzy, aż po nogi. Shunsui wydał z siebie cichy jęk obrzydzenia, stłumiony prawdopodobnie jedynie przez ręce, które mechanicznie uniósł w ostatniej chwili do twarzy, po czym cofnął się nerwowo kilka kroków do tyłu. Gdy tylko zwalczył odruch wymiotny, dobył miecza, którego ostrzem wskazał w kierunku wciąż deformującego się ciała. Kapitan już miał przejść do ataku, gdy stwór począł połyskiwać dziwnym, jasnym światłem. Oblicze kobiety zaczęło falować niby rozgrzane powietrze w upalny dzień. Kyoraku zmrużył oczy, kiedy niespodziewanie makabryczny upiór rozpłynął się w powietrzu jak obłok dymu przegoniony porywistym podmuchem wiatru. Kilka kroków przed nim, w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stała szkaradna mara, znajdował się młody, czarnowłosy oficer z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

- Mniej więcej tak urodziwe są moje koleżanki, o których wspominałem… - Rzucił głosem młodzika, który właśnie miał okazję pochwalić się czymś przed kolegami z podwórka, strzepując jednocześnie coś z barku, po czym wskazał palcem na twarz Shunsuia.

– Oj, chyba się Panu ulało z nosa… Proszę się nie przemęczać. To oznaka osłabienia… - Powiedział, próbując powstrzymać się od śmiechu.

- Co to miało być?! - Krzyknął kompletnie zdezorientowany kapitan.

- Jedna z prostszych do wykonania iluzji. Przyjemne widoki bardzo łatwo zaaplikować komukolwiek. Nikt się temu nie opiera, a wręcz przeciwnie... Iluzja żywi się sama wolą tego, na którego została rzucona. Gorzej z rzeczami, których nie chcemy oglądać... Wtedy delikwent zaczyna zwalczać fałszywy obraz zamiast go nieświadomie podtrzymywać jak w pierwszym przypadku. Poważnie sie zastanawiałem, czy nie wziąć pana tą metodą, znając pańskie zamiłowanie do kobiet, ale... raczej nie przepadam za tego typu akcjami... Pan pewnie też nie byłby zadowolony... kiedy prawda wyszłaby na jaw.

Kyoraku czuł się tak jakby ktoś grzmotnął go sztachetą w potylice. Cała masa bolesnych i niewygodnych faktów, o których w ogóle wolałby nie wiedzieć, wdarła się bez pardonu do jego świadomości. Wziął kilka głębszych oddechów, próbując wymazać obrzydliwy obraz z przed chwili i powiedział lekko podłamanym głosem, jednocześnie próbując zachować twarz przed młodszym oficerem, który ciągle się z niego naigrywał.

- Jest pan przerażającym człowiekiem... - Wyrzucił z siebie cicho z nieskrywanym respektem. - Eh... Na prawdę tak łatwo manipulować ludźmi? Po raz kolejny zbił mnie pan z pantałyku... Może to i lepiej... Ukiatke mówi, że woda sodowa uderzyła mi do głowy od tej nominacji...

- Proszę nie mieć mi tego za złe. Zrobiłem to tylko po to, żeby ostrzec. Lepiej nie spoufalać się zbytnio z nieznajomymi dziewczynami, jeśli nie jest pan pewien co do ich... oryginalnego wyposażenia. Wygląd bywa mylący. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi. Kiedyś używaliśmy po prostu zwykłych dziewczyn zatrudnionych w tych przybytkach. Ich usługi to tylko kwestia ceny.

- Wiec dlaczego... po prostu im nie płacicie jak kiedyś, tylko wysyłacie tam jakichś facetów... ?!

- Mówiłem już że mamy braki kadrowe... Poza tym, jeśli w grę wchodzą tylko pieniądze, nie ma mowy o lojalności. Dyskrecja nie może być kwestią ceny, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto może podbić stawkę. Zrezygnowaliśmy z tego typu współpracy kilkadziesiąt lat temu… Chociaż niektórzy w ten czy inny sposób nadal nawiązują współpracę z kobietami trudniącymi się podobnym fachem.

- A głos? - Zapytał Shinsui głosem zdradzającym jednocześnie niedowierzanie i zaciekawienie.

- Oh... taicho~ Głosu nie da się oszukać~ Wymaga to ciężkiej... bardzo ciężkiej i długiej... pracy. - Powiedział Yamada śpiewnym, kobiecym głosem, wywołując u młodego kapitana niemożliwy do przyjęcia dysonans poznawczy.

- Nie... proszę przestać... to straszne... - Wyrzucił z siebie zbolałym tonem nie mogąc się pogodzić z rażącą rozbieżnością dźwięku i obrazu.

- Nasze metody są dosyć… niekonwencjonalne... - Przyznał Usagi niewieścim głosem, który załamując się nieznacznie w środku wypowiedzi płynnie przeszedł do swojego naturalnego brzmienia. - Jednak takie właśnie mają być. Onmitsukidō jest szkolone do zwalczania zagrożeń wewnętrznych. To trochę bardziej skomplikowane niż.. zabijanie Hollowów... Oczywiście z całym szacunkiem dla waszej pracy...

Dalszą część drogi Kyoraku przeszedł smętnie milcząc. Sam fakt, że wpakował się w nie lada kłopoty nie nastrajał go zbyt optymistycznie do życia. Nie podobało mu się również to, że młody oficer tak bezkarnie sobie z nim pogrywa. Nowomianowany kapitan inaczej wyobrażał sobie pierwsze chwile swojego urzędowania. Przez chwilę błądził myślami w nieodległej przeszłości starając się przeanalizować swoje zachowanie. Zanim zdążył się porządnie zabrać za analizę swojego zachowania, Yamada zatrzymał się przed sporym trójkondygnacyjnym budynkiem i powiedział z kontrastującym do przygnębienia Kyoraku entuzjazmem.

- To chyba tutaj. Podobno zdążyli wyrobić sobie dobrą renomę, chociaż istnieją od niedawna.

- Tutaj też macie swoich ludzi? - Zapytał kapitan z ponurym przekąsem.

- Jeszcze, nie ale ja między innymi w tej sprawie. Zapraszam. - Powiedział oficer kłaniając się kapitanowi.

Budynek rzeczywiście sprawiał wrażenie nowo wybudowanego, zarówno na zewnątrz jak i w środku. Perfekcyjnie wypolerowana podłoga z ciemnego drewna błyszczała się jak tafla szkła. Wystrój zakrawał niemal o przepych, ale przy odrobinie dobrej woli można było dojść do wniosku, że jednak udało się zachować jakieś zasady dobrego smaku. W środku nie było prawie nikogo, oprócz bardzo uprzejmych kelnerek w drogich strojach. Jedna z nich od razu podeszła do mężczyzn i ukłoniła się nisko, teatralnie wypowiadając wyuczone powitanie.

- Yokoso Goshujin-sama~!

Shinigami skłonili się płytko. Kyoraku przez chwilę przyglądał się kelnerce. Jedyną rzeczą, na którą zawsze miał czas i ochotę były właśnie kobiety. Okiem fachowca zmierzył niewysoką dziewczynę o fantazyjnie upiętych włosach, kiedy w kard wszedł mu Usagi. Oficer podszedł do lekko zdziwionej kelnerki i szepnął jej coś o ucha. Shunsui nie słyszał tego co mówią, ale wnioskując po twarzy kobiety wolał się nawet nie domyślać. Yamada wyciągnął z rękawa ciężką srebrną monetę z kwadratową dziurką i wsunął ją pomiędzy piersi kobiety.

- Mam nadzieję, że to wystarczy... - Powiedział trochę głośniej odsuwając się od dziewczyny na przyzwoitą odległość.

- H-Hai! - Wykrzyknęła zawstydzona kobieta i szybko pobiegła na górę.

- No.. wszystko już gotowe. Proszę usiąść gdzie panu będzie wygodnie. - Rzucił nieco protekcjonalnie, Usagi mijając kapitana.

- Co to miało być? - Zapytał kapitan siadając przy rzeźbionym stoliku maksymalnie oddalonym od wejścia.

- Zamówiłem nam przystawkę. - Odpowiedział odkładając miecze na jeden z dwóch przyniesionych przez obsługę stojaków.

- Przystawkę za 10000 Kanów?

- Tyle to było? Proszę mi wybaczyć ja rozróżniam tylko te srebrne i złote... 30 srebrnych to chyba jedna złota czy... 40 srebrnych... Nie jestem zbyt dobry z matematyki...

- Nie wiedziałem, że w Onmitsukidō tak dobrze płacą... Dostajecie wypłaty w monetach rozliczeniowych ze srebra?

- Nie wiem... nigdy nie odebrałem wynagrodzenia... Co jakiś czas księgowa suszy mi o to głowę, ale za dużo z tym zachodu... Nie chce pan sobie odpocząć od tego żelastwa? Zapytał protekcjonalnie spoglądając na Kyoraku, który cały czas trzymał swoje zanpakuto przy boku.

Kapitan wymienił krótkie spojrzenie z oficerem i przełykając ślinę nieufnie odłożył dłuższy miecz pozostawiając wakizashi za pasem. Usagi z zaciekawieniem skierował wzrok na kapitana. Nie było to pytające spojrzenie, ale coś bardziej jak nieme oskarżenie. Twarz Yamady miała raczej przyjazny wyraz ale jego oczy wydawały się płonąć lodowatym błękitem. Shunsui czuł jak czarne niczym noc źrenice wiercą w jego duszy dziurę, bezlitośnie prąc dalej w głąb.

- Życzymy smacznego~ - Powiedziała uprzejmym tonem, kelnerka, którą Kapitan zauważył dopiero kiedy się odezwała. Postawiła na stoliku dwie porcje gomae, dwie duże miski miso z tofu, dwie porcelanowe czarki i sporą butelkę junmai-shu.

- Dziękuję. - Odpowiedział zdawkowo, aczkolwiek serdecznie, Usagi. - Kapitanie... widzę, że nigdy nie rozstaje się pan ze swoim wakizashi...

Kyoraku milczał przez chwilę w napięciu, próbując uniknąć spojrzenia oficera. Mimowolnie przesunął rękę w stronę rękojeści krótszego miecza. Obrócił się nerwowo i powiedział ze sztucznym uśmiechem na twarzy.

- Taki mam już zwyczaj...

- Rozumiem... Proszę się częstować - Powiedział kiwając porozumiewawczo głową. Usagi wziął pałeczki do ręki i powoli wkładał drobno posiekane kawałki warzyw do ust. Nigdy nie był typem osoby, która odznaczała się snobizmem, ale ktoś kto wychował się w domu Kuchiki, chcąc nie chcąc wyróżnia się na tle innych. Chociaż kapitan Kyoraku wcale nie był głody i jadł jedynie z grzeczności, to w kontraście z młodym oficerem wyglądał jakby łapczywie napychał sobie żołądek. Shunsui już dawno zjadł cały swój posiłek, kiedy Usagi dopiero kończył przystawkę. Kapitan wyczekał cierpliwie do momentu aż Yamada ceremonialną dbałością odłożył swoje pałeczki na stół.

- Panie Kyoraku... zaczął z wolna, kładąc na stole teczkę z nazwiskiem swojego rozmówcy. - Mam tutaj trochę... niewygodnych dla pana materiałów. Cóż... czasami zdarza się tak... oczywiście bardzo rzadko ale... czasem coś nam zginie... Nikt nie robi z tego większego problemu jeśli zachowa się przy tym jakiś balans...

- Nie do końca rozumiem co ma pan na myśli... - Powiedział kapitan, mrużąc oczy.

- Chodzi o to, że... nikt nie przejąłby się zniknięciem obciążających pana dowodów, jeśli znalazłoby się na ich miejsce coś innego... na przykład coś czego szukamy.

- Proszę my wybaczyć ale złożyłem obietnicę... - Zaczął Kyoraku.

- Obietnicę? - Podjął wyraźnie pobudzony oficer.

- Tak... - Powiedział niepewnie Kyoraku, zastanawiając się czy nie powiedział czegoś nieodpowiedniego.

- Więc nie mógłby pan złamać danego słowa na moją prośbę? - Zapytał retorycznie. - Ale przecież i tak nie wypełnił pan obietnicy, kapitanie... co panu szkodzi? Powiedział pan, że nie wie gdzie jest Shinken, a w jednym z listów składa pan przyrzeczenie, że zawsze będzie pan go nosił przy sobie. Jedno z tych twierdzeń jest fałszywe... Wakizashi przy pana boku, którego tak skrzętnie pan strzeże każe skłonić mi się ku jednej z wersji. Kapitanie zakończmy to pokojowo. Obie strony na tym skorzystają...

- Obie strony... czyli ja i pan? Chociaż... mam wrażenie, że nie reprezentuje pan interesów Onmitsukidō a swoje własne... nie wiem po co panu Shinken ale ja...

- Kapitanie. - Przerwał mu stanowczo Usagi. - Interesy to elastyczna sprawa... W zależności od tego jak chce pan to rozwiązać mogę reprezentować własne interesy lub interesy Centrali. W pierwszym wypadku nikomu nie spadnie włos z głowy a w tym drugim... no cóż... pomodlę się za pana przed egzekucją... Więc... proszę... oddać mi Shinken a ja zwrócę panu wszystkie listy włącznie z całą kartoteką. - Powiedział ze śmiertelną powagą wyciągając dłoń w stronę Shunsiua.

- A może jest trzecia droga? - Powiedział Kapitan, prawie twierdzącym tonem.

- Chce pan napisać na mnie skargę? Czy może... aaa... rozumiem... Od początku naszej rozmowy nosi się pan z tym zamiarem... Z początku myślałem, że po prostu chce mnie pan nastraszyć swoim świeżutkim haori, ale chyba muszę potraktować to poważnie... Szkoda, że tak musiało się stać.

Usagi wbił swoje lodowate spojrzenie w oczy mężczyzny. Shunsuia przeszedł zimny dreszcz. Miał wrażenie jakby stał oko w oko z gotową do ataku żmiją. Oblicze oficera biło dziwnym przeszywającym chłodem, który ostro kontrastował z wewnętrznym żarem jaki płonął teraz w piersi kapitana. Każde uderzenie jego serca było tym właściwym, gotowym na moment ataku. Oficer uniósł powoli palec wskazujący i skierował go w stronę Kyoraku. Kapitan przesunął się lekko w stronę stojaka z długim mieczem, jednocześnie łapiąc za rękojeść wakizashi. Niebieski błysk wystrzelił głucho od strony Yamady. Shunsui spiął się w ułamku sekundy wysuwając sporą część ostrza z pochwy. Mały rozbłysk energii obruszył korek w butelce, który natychmiast wyskoczył z szyjki z charakterystycznym dźwiękiem. Usagi w milczeniu wychylił się w stronę kapitana zachowującego bezpieczną odległość i sięgnął po sake.

- Kapitanie... sprawia pan, że zaczynam źle myśleć o Gotei 13. Na prawdę sądził pan, że zaatakowałbym pana w tym miejscu. Nie bądźmy barbarzyńcami... Przecież mieliśmy napić się sake... - Powiedział smutnym głosem rozlewając mętny alkohol do czarek.

Kyoraku chciał coś powiedzieć, ale nie przychodziło mu do głowy nic co nie pogorszyłoby jego sytuacji. Mężczyźni w milczeniu wznieśli toast. Shunsui schował obnażone do połowy ostrze i położył dłonie na kolanach.

- Przepraszam. Nie mam wyjścia. - Powiedział kapitan lekko się kłaniając.

- Obaj nie mamy wyboru. Dla nas obu będzie to.. pierwszy raz... jakby to nie zabrzmiało... - Zaśmiał się cicho. - Pan po raz pierwszy zabije kogoś, kto nie kryje twarzy za białą maską a ja... cóż... umiera się tylko raz, jeśli tylko szczęście ci dopisze, kapitanie... Może jeszcze jedną? - Zapytał ze szczerym uśmiechem.

- Chce mnie pan upić? - Zapytał Kyoraku z nutą kpiny w głosie.

- Ależ skąd... chociaż ja chętnie wezmę sobie jedną na sam koniec. Na świeżym powietrzu smakuje lepiej - Przyznał oficer wstając z małą czarką w ręku.

Shinigami wyszli z lokalu niespiesznym krokiem. Okolica wyglądała na opustoszałą. Lekkie podmuchy wiatru od czasu do czasu wzbijały kłęby kurzu z ulicy. Shunsui stanął w sporej odległości od Yamady. Usagi nie podejrzewał, że będzie próbował uciekać. Widział już, że to element jego taktyki. Sprowokował go do wysunięcia miecza, żeby sprawdzić czas jego reakcji. Chce mieć czas na uwolnienie zanpakuto i nadrobić braki w szybkości zwiększając dystans.

- Piękna sceneria... ale trochę sztampowa. Jeszcze brakuje deszczu... Cóż... mogło być gorzej... Jesteś gotowy, kapitanie?

Kyoraku w odpowiedzi tylko lekko kiwnął głową i pochylił się nieznacznie w przód obniżając środek ciężkości. Usagi uśmiechnął się bez przekonania i powoli uniósł czarkę do ust. Kyoraku zgodnie z jego przypuszczeniem odebrał to jako lekceważące zachowanie i natychmiast zaatakował. Powietrze aż zaświszczało od pędu ostrza, które płynnie wiódł za sobą młody kapitan. Yamada nadął policzki i splótł dłonie w pieczęć na wysokości brzucha. Wąski strumień wody pod wielkim ciśnieniem wystrzelił z pomiędzy zaciśniętych ust oficera. Ostrze kapitana z trudem przyjęło skoncentrowany atak nieustępliwego żywiołu. Shunsui wytracił prawie cały impet i rezygnując z frontalnego ataku rozpłynął się w powietrzu zaledwie kilka metrów przed swoim przeciwnikiem. Usagi nadal stał nieruchomo w tym samym miejscu, kiedy kapitan zaledwie chwilę od przerwania swojego ataku wznowił go nacierając zza pleców Yamady. Biały herb rodu Shihōin wymalowany tyle czarnego haori był idealnym celem. Połyskliwe ostrze przeszyło odwrócony półksiężyc w bezlitosnym pchnięciu. Kiedy Kyoraku podparł ostrze całym ciałem, przychylając się w stronę swojego przeciwnika czarna tkanina wzbudzona podmuchem zakryła jego twarz. Nagle usłyszał spokojny, stonowany głos, który jakby bezpośrednio wybrzmiewał do jego ucha.

- Onmitsu Hohō Shihō no San - Utsusemi.

Shunsui z całym impetem wpadł w puste okrycie nie napotykając oporu ciała, którego się spodziewał. Szybko odzyskał równowagę, kiedy usłyszał ten sam jednostajny głos za swoimi plecami.

- Wachissoku Kinu.

Biały szur skrzyżowany między połami haori owinął się w okół szyi kapitana, odciągając go do tyłu, a obszerne rękawy szczelnie otuliły go w obezwładniającym uścisku. Kyoraku próbował złapać oddech, ale za każdym razem kiedy chciał zaczerpnąć powietrza, wychylając głowę z pomiędzy wściekle łopoczącego materiału, sznur zaciskał się szczelniej na jego gardle. Nagły rozbłysk energii rozerwał natrętne haori na strzępy. Rozwścieczony kaptan korzystając z chwili wytchnienia pośpiesznie wypowiedział komendę.

- Hana kaze midarete, kashin nak..! - Uciął w pół słowa, uchylając się przed wymierzonym w gardło ciosem złączonych na podobieństwo grota dwóch palców. Nie zdążył dobyć swojego wakizashi przy próbie uwolnienia. Zamiast tego ujął tachi dwoma rękoma i płynnym ruchem biodra, odstawił tylną nogę uchylając się przed kolejnym atakiem, a jednocześnie ciął z nad głowy zmieniając profil. Po raz kolejny przeciw sile miecza stanęła moc słowa. Usagi nie ruszając się z miejsca, krzyknął najkrócej jak się tylko dało:

- Sekienton! - Gorący obłok czerwonego dymu wystrzelił prosto w twarz kapitana, który na moment stracił rozeznanie. Yamada chwycił za rękojeść jego dłuższego miecza, w miejscu między dłońmi kapitana i rzucił Shunsuia kolistym ruchem na ziemię, przejmując jego miecz. Skrzyżował dłonie, opierając długie ostrze na wysuniętym do przodu ramieniu i wybijając się z lewej nogi przypuścił szybkie pchnięcie na brzuch. Kyoraku błyskawicznie podniósł się z ziemi i zmieniając nogi w powietrzu stanął w lewym profilu. Zmrużył mocno łzawiące oczy i pomimo chwilowej ślepoty z idealną precyzją zebrał wymierzone w jego brzuch ostrze, które zręcznym ruchem naprowadził na dzierżoną w lewej dłoni pochwę. Usagi wpadł w pustą przestrzeń zatapiając sztych zanpakuto młodego kapitana w pochwie zamiast w jego trzewiach. Kyoraku udało się zaskoczyć oficera, który nie zdołał uniknąć bezpośredniego ciosu w splot słoneczny. Yamada krzyknął głośno dławiąc się krwią. Kapitan kontynuował atak dobywając miecza, jednak Usagi odwinął się gwałtownie powstrzymując jego rękojeść podeszwą sandała. Oficer zaparł się nogą i odepchnął od siebie kapitana razem z jego zanppakuto. Kyoraku znowu wpadł w obłok dymu, który nie zdążył jeszcze opaść po wcześniej rzuconym zaklęciu.

- Tenran! - Krzyknął, Shunsui ostatkiem sił tylko po to aby rozwiać obłok gryzącego gazu.

Niewielki wir powietrza rozpędził tumany szkarłatnego pyłu odsłaniając coraz lepiej widoczną sylwetkę komisarza. Usagi stał od Kyoraku w dystansie zaledwie trzech długości ostrza. Obaj shinigami mieli teraz schowane miecze, tak jak na początku starcia. Wciągnięci w wir walki, dziwnym zrządzeniem losu znaleźli się znowu w sytuacji wyjściowej. Jednak teraz stali zbyt blisko siebie by wywiązała się z tego jakaś dłuższa potyczka. Obaj zdążyli się już wzajemnie sprawdzić. Znają swoje słabe i mocne strony. Żaden z nich nie pozwoli drugiemu wykorzystać swoich atutów do osiągnięcia przewagi. Usagi otarł ściekającą po brodzie stróżkę krwi i uśmiechnął się szeroko.

- Myślałem, że jesteś świerzakiem. Zaskoczyłeś mnie... Kto by pomyślał... - Powiedział, Yamada ciężko dysząc.

- Widzę, że przeszliśmy na "ty"...

- Daj spokój! - Skarcił go z nutą ironii w głosie. - Nie cierpię tych durnych konwenansów. Darujmy sobie chociaż na koniec.

- Nigdy nie miałem nic przeciwko. - Odpowiedział, szczerze się uśmiechając.

- Chyba przez przypadek udało mi się przełamać twoją strefę bezpieczeństwa... Wiesz, że nie ma stąd odwrotu? Stoimy za blisko. Obaj musimy atakować... na nic innego nie ma czasu przy takiej odległości. - Oznajmił niemal triumfalnie Yamada.

- Na to wygląda... ale nie wiem czemu cię to cieszy... prawdopodobnie obaj przez to zginiemy. - Skwitował krótko wycieńczony kapitan.

Usagi uśmiechnął się szeroko, nonszalancko splatając ręce przed sobą. Przez chwile przyglądał się jak Kyoraku w napięciu przygotowywał się do ataku. Jego ręka nerwowo drżała na rękojeści a skupione spojrzenie kapitana utkwiło w jednym punkcie. Oficer pokręcił głową z dezaprobatą i powiedział.

- Cieszy mnie to bo wygrałem. Jakimś cudem udało mi się nie dopuścić do uwolnienia twojego zanpakuto, a na dodatek znaleźliśmy się w dystansie, w którym czuję się najlepiej. Właściwie to myślę, że mógłbym podejść jeszcze trochę. - Powiedział bezczelnie robiąc pełny krok w stronę kapitana. Miecz Kyoraku zazgrzytał w pochwie. Shunsui bez wahania obrał cel i już miał przypuścić atak kiedy usłyszał coś co unieruchomiło go lepiej niż niejedno bakudo.

- Lewy bok. - Rzucił Yamada.

Na twarzy Kyoraku malowało się wielkie zdziwienie. Zmarszczył gniewnie czoło i ponownie pochylił się lekko do przodu w gotowości do ataku. Usagi spojrzał na niego z politowaniem i powiedział.

- Przez lewe ramię aż pod biodro. - Oświadczył beznamiętnie robiąc kolejny krok do przodu. Kyoraku przeklął cicho pod nosem i po raz kolejny odciągnął pochwę za siebie obnażając gotowe do ataku ostrze, jednak po raz kolejny uderzył w niewidzialną ścianę kiedy usłyszał głos oficera.

- Prawa skroń! - Krzyknął głośno zatrzymując kapitana w połowie ataku.

Shunsui był na tyle zdezorientowany, że zapomniał o swoim położeniu względem przeciwnika i ekstremalnie krótkim dystansie. Cofnął się o krok do tyłu wbrew rozsądkowi, ale zanim zorientował się jak fatalny popełnił błąd, było już za późno. Yamada zrobił w tym czasie dwa szybkie kroki w przód cały czas trzymając ręce luźno opuszczone wzdłuż ciała. Dzieliła ich teraz odległość tylko nieco większa niż długość jednego ostrza.

- Twoje spojrzenie cię zdradza kapitanie. Ciężko jest walczyć kiedy nasze własne ciało nie stoi po naszej stronie. Zbyt ostentacyjnie obierasz sobie cele do ataku. Widać to jak na dłoni. W małym dystansie liczy się głownie to co dzieje się przed atakiem. Kiedy dotykasz miecza już wszystko skończone. Tym bardziej, nie możesz zmieniać celu w trakcie. Nikt nie jest tak szybki. Sztuka polega na przewidzeniu ataku przeciwnika i udaremnieniu go zanim się nawet rozpocznie. Cała walka toczy się wcześniej. W głowie. - Powiedział podchodząc pół kroku do przodu.

- Stój! - Krzyknął kapitan zaciskając dłoń na rękojeści.

- Pchnięcie w szyję... Może spróbujesz z zamkniętymi oczami... to by była dopiero spektakularna szarża... - Zakpił oficer robiąc kolejne dwa pełne kroki. Teraz dzieliła ich odległość mniejsza niż połowa długości ostrza. Kyoraku rozpaczliwie błądził wzrokiem po ciele Usagiego wypatrując kolejnych celów. Nagle poczuł jak dłoń Yamady wpycha jego lekko wysunięte ostrze z powrotem do pochwy. W dziwny, niezrozumiały dla niego sposób powoli opuszczały go siły a jednocześnie stawał się coraz bardziej spokojny. Stawał się coraz słabszy, aż zaczęły uginać się pod nim nogi.

- Dlaczego... dlaczego... ani razu nie... czemu nie dobyłeś miecza w walce... ze mną? - Zapytał słabnącym głosem.

- Miecz służy do zabijania a ja... też chyba wybrałem trzecie wyjście... Może jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż nam się wydaje...

Kyoraku spojrzał sennym wzrokiem w przepastny błękit oczu oficera i wyszeptał cicho ostatkiem sił.

- Ha...Haku..fu...k...u...

Usagi złapał za rękojeść krótszego miecza i wyciągnął go z za pasa osuwającego się na ziemię kapitana. Wydobył z za pazuchy teczkę personalną Shunsuia Kyoraku i razem z listami włożył ją pomiędzy poły kimona mężczyzny. Zadarł głowę do góry i spojrzał na mknące po niebie chmury wzdychając głęboko, kiedy tuż za nim pojawiała się młoda kelnerka sprawnie używając Shunpo.

- Nawet ładnie ci poszło... chociaż nie da się ukryć, że trochę wyszedłeś z formy. - Powiedziała dziewczyna kucając przy kapitanie.

- Co poradzić... starzeje się.. lepiej nie będzie... Ehhh... zgodnie z umową... Spijcie go tak żeby film urwał mu się trzy dni temu. Jak będzie coś majaczył to powiedzcie, mu że to sen. - Polecił Usagi rzucając kobiecie kolejną srebrną monetę.

- Wedle życzenia. - Powiedziała kelnerka, kłaniając się nisko i zniknęła z pola widzenia razem z nieprzytomnym kapitanem.

Komisarz zebrał starannie krew spływająca mu po twarzy i wzdłuż szyi po czym wymalował nią niedbale uproszone wzory na przedramieniu.

- Tenteikūra..... Mam twój miecz. Ale raczej nie tego się spodziewałeś... To chyba kompresja do innej formy.... Powinniśmy sobie z tym jakoś poradzić sami, ale lepiej będzie jak ściągniesz mi na jutro Tessaia a najlepiej to umów mnie na wizytę w Korpusie. Przy okazji wezmę kilka rzeczy z gabinetu ojca...



19. Wierność i NieustępliwośćEdytuj

Po długim drewnianym moście łączącym odizolowaną od świata siedzibę Centrali 46 szedł młody shinigami w służbowym czarno białym haori. W lewym ręku trzymał podłużny przedmiot zawinięty w jedwabną chustę.

- Kotetsuji-sama pana oczekuje, Kudara Sadaharu-dono. - Powiedział kapitan warty kłaniając się nisko przed przechodzącym przez mostu czarnowłosym mężczyzną.

- ...Dziękuję. - Odpowiedział, Usagi po chwili zastanowienia. Nie przywykł do sytuacji, w której ludzie zwracają się do niego jego prawdziwym imieniem. Szczególnie, kiedy są to ludzie, którzy nie powinni go znać. Yamada przeszedł przez reprezentacyjne wejście i zniknął w ciemnym prowadzącym w głąb budynku, korytarzu. Jego kroki niosły się echem między wysokimi wieżami mieszkalnymi sędziów. Ten niezbyt przyjemny dla niego widok przywoływał mętne wspomnienia z jego ostatniej wizyty w tym miejscu. Wszystko wydawało mu się wtedy dwa razy większe i w pewien sposób złowrogie. Przy końcu wielkiej sali strażnicy bez słowa otworzyli przed nim ciężkie drzwi prowadzące do sali obrad. Wnętrze pomieszczenia wypełniało jasne, ciepłe światło białych lampionów i świec. Między wysokimi blatami zza których jeszcze niedawno padałby wyroki, ktoś kazał poustawiać niskie stoliki i leżanki, miedzy którymi krzątali się sędziowie, służalczo usługując kilku mężczyznom rozmawiającym ściszonym głosem na drugim końcu pomieszczenia. Usagi pamiętał ich z zaprzysiężenia. Siedział obok jednego z nich podczas ceremonii a z drugim zamienił kilka słów podczas kolacji. Shinigami przerwali na chwilę swoją dyskusję, kiedy zauważyli Yamadę i już mieli się z nim witać kiedy do sali wszedł Kotetsuji w asyście kilku mędrców z Centrali. Mężczyźni w milczeniu rozłożyli składany stołek przed jasnowłosym mężczyzną i pokłonili mu się nisko.

- Widzę, że wszystko poszło zgodnie z planem... Przepraszam, że wysługuję się tobą w taki sposób... ale grzechem byłoby nie skorzystać w twoich talentów... poza tym... i tak nie zrezygnowałbyś z pracy... Były jakieś problemy? - Zapytał Kotetsuji odpalając fajkę.

- Nic o czym warto by wspominać. Chociaż było ciężej niż się spodziewałem.... - Przyznał niechętnie, Yamada.

- Co? Przecież to świeży kapitan... Chyba się starzejesz... - Zakpił lekko strzepując poił na wystawione w roli popielniczki dłonie jednego z mędrców.

- Kapitan, kapitanowi nierówny. Mogło być różnie. Za 100 lat nie ryzykowałbym z nim otwartej walki... Jeszcze o nim usłyszmy... Pod warunkiem, że nie zapije się w burdelach... Każdy ma jakieś słabości... Masz. To powinno cię zainteresować. - Powiedział Usagi wręczając Kotetsujiemu wakizashi zawinięty w tkaninę.

- Słyszałem, że już umówiłeś sobie spotkanie w Korpusie Kido... Podziwiam zaangażowanie, ale mam dla ciebie trochę inne zadanie. Powinieneś się w nim dobrze odnaleźć. Yamarou już kiedyś mi o tym wspominał. Chętnie widziałby cię na stanowisku inspektora generalnego, ale zawsze coś stawało temu na przeszkodzie... Poza tym pewnie nie zgodziłbyś się zostawić swojego korpusu... No, ale teraz... kiedy sam ustąpiłeś... Pozostaje tylko sprawa twojego poprzednika... Centrala nie może zmienić inspektora bez obciążania go poważnymi zarzutami... poza tym jego kadencja jest dożywotnia... ale to żadna sugestia... Zdejmiemy go bez rozlewu krwi. Mój człowiek już na tym pracuje. Myślę, że go znasz... jest Dowódcą Korpusu Kontroli Nadużyć Finansowych. Skontaktuj się z nim i przejmij od niego część śledztwa.

- Hizashi, to twój człowiek? A to dobre... muszę go o to zapytać... Jak go do tego przekonałeś? Nigdy nie słyszałem żeby poszedł z kimkolwiek na jakiś układ... pewnie dlatego dowodzi antykorupcją... Mam nadzieję, że go nie ubezwłasnowolniłeś...

- Gdzieżbym śmiał... Zgodził się na wszystko z ochotą. Zaoferowałem mu bardzo dużo pracy... Niedługo więzienia wypełnią się po brzegi. Ty też będziesz miał w tym swój udział. Dostaniesz ode mnie... to znaczy od Centrali 46, upoważnienie do zajmowania się sprawą inspektora Murakamiego. Nikt nie ma prawa cię zatrzymać, ani utrudniać dochodzenia...

- Zaraz! Nie powiedziałem, że się na to zgadzam. Nie chce się pchać na żadne...

- Obawiam się, że nie masz wyboru... Czego się spodziewałeś, że dostaniesz jakieś doradcze stanowisko na uboczu? Potrzebujemy zaufanych ludzi na odpowiednich stanowiskach. Trzeba działać szybko zanim nasi wrogowie zorientują się, co się stało. Stanowisko inspektora to tak naprawdę najpotężniejszy urząd w Soul Society, piastowany przez jedną osobę. W odpowiednich rękach może być bardzo przydatny, a w innych bardzo nam zaszkodzić. Jeśli teraz nie usuniemy Murakamiego wszystko może się posypać. Trzeba to mądrze rozegrać. Pamiętaj, że jedziemy na jednym wózku i...

- Dobra już dobra... Zgadzam się. Ale tylko tak długo jak będzie to konieczne. Słyszałem, że Murakami jest umoczony po uszy... z resztą jak pozostali... Zrobię to szybko, a później zabieraj to jak najdalej ode mnie.

- Dobrze. Skoro nie chcesz być na świeczniku... cóż... rozumiem to... sam wolę bardziej... niebezpośrednie formy władzy... - Powiedział blondyn opierając nogi na plecach skulonego w kłębek starca w białym haori.

- Daj znać jak wydobędziecie Shinken. Muszę odnieść ten miecz kapitanowi Kyoraku. - Powiedział Usagi obracając się w stronę wyjścia.

- Zrobimy co w naszej mocy... Aha i jeszcze jedno... przez jakiś czas nie kontaktuj się za często z Yamarou... To może wzbudzić niepotrzebne podejrzenia...

Usagi zatrzymał się w miejscu i zmierzył Kotetsujiego gniewnym spojrzeniem z pode łba. Kazuya uśmiechnął się szczerze i dodał.

- Chodzi mi ooo... no wiesz... teoretycznie już jesteś Inspektorem Generalnym... coś mi mówi, że Centrala pozytywnie rozpatrzy twoją kandydaturę... Nie byłoby dobrze gdyby ludzie zaczęli mówić, że zyskałeś posadę dzięki znajomości z Głownodowodzącym. Lepiej na jakiś czas ograniczyć kontakty...

- Z przyjemnością. - Rzucił na odchodne Shinigami.




Sozaburo usiadł na ciemnym krześle z wysokim oparciem i rozejrzał się po pustym biurku i równie pustym, wielkim gabinecie. Nigdy nie podejrzewał, że jego życie może potoczyć się w ten sposób. Jeszcze miesiąc temu grzał spokojną posadę biurową w oddziale, którego już tak na prawdę nie ma, a jego nowym dowódcą została przygodnie poznana na ludobójczej misji, dająca mu złudne nadzieje, dziewczyna. Kiedy podczas inicjacji w rezydencji rodu Shihōin został wezwany na rozmowę z siostrą głównodowodzącego, wydawało mu się, że świat kompletnie zwariował. Wydawało się, że wszystkich na około wyraźnie bawi wrzucenie dwóch świeżych funkcjonariuszy na głęboką wodę, bez uprzedzenia o tym co ich czeka. Wolałby nie dzielić się z nikim tym co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami gabinetu Yoruichi, ale bez wątpienia nie chciałby zapomnieć o tych chwilach. Rzeczą, którą zdecydowanie wymazałby ze swojej pamięci było to co stało się później. Głównodowodzący Shihōin przeszedł samego siebie, jak później określiła to jego siostra. Umieszczenie dwóch bliskich sobie osób o niejasnych relacjach w tym samym pomieszczeniu, pozostawiając ich z sugestywnym poleceniem i garstką mętnych frazesów o potędze miłości i mocy przysięgi, nie należy do taktownych zachowań. Długie minuty niezręcznej ciszy z kobietą, co do, której nie umiał się określić w żaden sposób, były jednym z najgorszych doświadczeń w jego życiu. Zwłaszcza, że oboje wiedzieli już z autopsji czym jest owa przysięga. Nie ma chyba na świecie przypadku jednoczesnego, wzajemnego przyłapania się na zdradzie, ale coś na kształt takiej sytuacji stworzył, można by powiedzieć, w laboratoryjnych warunkach, dziedzic rodu Shihōin. Sozaburo nie potrafił jednoznacznie ocenić tej sytuacji. Z jednej strony wolał by nadziać się na własny miecz niż przeżyć to jeszcze raz, ale dzięki temu wszystkiemu paradoksalnie wszystko wróciło do normy. Wczoraj głównodowodzący mianował go naczelnikiem więzienia. Nieoczekiwana propozycja nie do odrzucania i cała ta seria absurdalnych zdarzeń doprowadziła do aż do tego momentu, który wydawał się mu abstrakcyjny i nierealny jak głupi sen.

- Przepraszam, panie naczelniku można? - Rozległ się męski lekko przytłumiony głos dochodzący zza drzwi.

- E... tak, tak proszę... Powiedział chłopak nie mogąc oswoić się do końca z nową funkcją.

Do pokoju weszło dwóch mężczyzn. jednym z nich był strażnik, którego pamiętał z niesamowicie niezręcznego spotkania nowego dowódcy ze starym personelem, a drugim młody, niewysoki chłopiec w bogatym jedwabnym stroju.

- Ma pan gościa, naczelniku. - Zameldował krótko i skłoniwszy się wyszedł.

- Pan Marenotarō Ōmaeda zaprasza na przyjęcie z okazji miesięcznicy swoich urodzin. Bylibyśmy zaszczyceni pana obecnością, panie naczelniku. - Powiedział z przesadną kurtuazją młody posłaniec.

- Miesięcznicy? Jak to? Miesięcznicy? - Zapytał ze zdziwieniem zapominając o dobrych manierach.

- Pan Ōmaeda obchodzi urodziny co miesiąc. Przez to rok staje się weselszy. Proszę również spróbować. - Odparł z pełną powagą młodzieniec.

-Aaaa... rozumiem... dziękuję... na.. pewno przyjdę... - Powiedział przepraszającym tonem, odkłaniając się wychodzącemu młodzieńcowi, który uroczyście wręczył mu starannie zapieczętowane zaproszenie.

- Już się zaczęło... Wielki świat, psia jego mać... jeszcze tego mi brakowało żebym zaczął chodzić sobie na przyjęcia... - Burknął pod nosem kiedy kroki chłopca ucichły na korytarzu przed jego gabinetem.

Wrócił za biurko i opierając się o jego blat zwiesił głowę nad starannie wykaligrafowanym zaproszeniem. Z ciekawości zaczął przeglądać rzeczy znajdujące się w szufladach kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Zwrócił wzrok w stronę wejścia a serce podeszło mu do gardła. Momentalnie poczuł dziwną mieszaninę strachu i podekscytowania, kiedy ujrzał znajomą twarz. W drzwiach stał postawny, lekko siwiejący mężczyzna.

- Można, panie naczelniku? - Zapytał zamykając za sobą drzwi.

- Tak... siadaj... tato. - Cicho odpowiedział zmieszany chłopak.

- Prawdę mówiąc... nigdy nie sądziłem, że zajdziesz tak daleko... Jestem z ciebie dumny. - Powiedział, oschłym tonem mężczyzna.

- Co u matki? - Zapytał z podobnym chłodem w głosie.

- No wiesz... Chcesz teraz pytać o takie rzeczy?

- Doskonale wiedziałeś, co się stało w Rukongai. Nawet nie sprawdziłeś czy, żyję a teraz przychodzisz, żeby pogratulować mi awansu?

- Ehhh... Widać, że wdałeś się w matkę... Słyszałem, coś o trudnościach z wieśniakami, ale to nie było nic pewnego. Mogłem tylko czekać...

- Czego chcesz?

- Oho... jednak trochę się zmieniłeś... nauczyli cię przechodzić do sedna sprawy... dobrze... Obaj wiemy, że dostałeś tą posadę po znajomości. Nie wiem kto ci to załatwił, ale się domyślam. Więc nie zgrywaj teraz ważnego. Słyszałem, że byłeś świadkiem w pewnej sprawie... Chodzi o śmierć Nadkomisarza Funabashiego... Podobno zeznawałeś przeciwko Yamadzie.

- Czego chcesz? - Powtórzył głośniej.

- Wplątałeś się w niebezpieczną grę, a ja chcę się upewnić, że będziesz stał po stronie zwycięzców. Wiem, że nie możesz się teraz odciąć od Shihōinów, ale kiedy przyjdzie czas lepiej wybierz mądrze.

- Ojcze! Zważaj na słowa! Nie obchodzą mnie twoje prywatne układy, ani zatargi naszej rodziny z domem Shihōin. Nie będę z wami niczego knuł! Już raz zdradziłem człowieka, który okazał mi wsparcie i nigdy więcej tego nie zrobię!

- Tylko cię przycisnęli i już zacząłeś śpiewać. Gdybym chciał jeszcze raz powtórzyłbyś te oskarżenia. Nie rozumiesz powagi sytuacji? Ten szczeniak, Yamada zabił Funabashiego, ba nawet się do tego bezczelnie przyznał i potwierdził twoje zeznania, a Centrala nie wszczęła przeciw niemu żadnego postępowania. To jest otwarta wojna. Nie stawiaj na słabą kartę. Shihōin jest osamotniony. Kiedy przyjdzie czas próby mało kto go poprze. Tak jak ostatnio. Pamiętaj, że musisz być przede wierny swojej rodzinie. Nie ma czegoś takiego jak Onmitsukidō są interesy. Zapamiętaj to. Zawsze tak było i zawsze będzie. Głupcy wierzą w pieniaczy którzy stają wszystkim okoniem jak Yamada albo Amazora, ale tacy długo nie żyją... Sam przecież wiesz o tym najlepiej... Przeżyłeś tylko ty i jakaś dziewucha. Wiesz, który to już raz? Zapytaj go kiedyś ilu ludzi już stracił. To przeklęty bękart. Sprowadza śmierć na wszystkich swoich bliskich.

- Skoro tak go nienawidzisz dlaczego prosiłeś o przydzielenie mnie do jego oddziału?!

- Miałem nadzieję, że udzieli ci się trochę jego szczęścia, ale skoro przeżyłeś może na coś mi jeszcze przydasz... Masz dostęp do ich środowiska. Będziesz ich dla mnie szpiegował.

- Wynoś się stąd. - Powiedział rozkazującym tonem.

Mężczyzna podniósł się szybko i chwycił syna za kołnierz przyciskając go do siany. Sozaburo z początku zszokowany próbował sięgnąć po miecz, ale ojciec cisnął nim w stronę biurka.

- Znaj swoje miejsce smarkaczu i lepiej przemyśl to co ci powiedziałem. - Powiedział shinigami wychodząc z pomieszczenia.

Sozaburo uderzył ze wściekłością pięścią w podłogę. Po gabinecie wlało się mnóstwo porozrzucanych papierów, które powypadały z szuflad i regałów poustawianych pod ścianami. Wstał powoli z ziemi kiedy nagle poczuł, że trącił nogą jakiś twardy przedmiot. Pochylił się nad stertą dokumentów pod jego nogami. Na podłodze leżało małe, czarne tanto przykryte dwiema ciężkimi teczkami. Sozaburo podniósł z namaszczeniem znajomy przedmiot. Położył go na komodzie kiedy instalował się w swoim nowym gabinecie. Dostał, go od swojego dowódcy, jak każdy członek korpusu. Chłopak wysunął sztylet z pochwy, obnażając połyskliwe ostrze. Na klindze była wygrawerowana krótka inskrypcja - "Wierność i Nieustępliwość". Uśmiechnął się lekko, kiedy w jego głowie wybrzmiały jeszcze raz słowa, które wypowiedział Komisarz Yamada podczas inicjacji.

- Nie wiem, dlaczego akurat "Wierność i Nieustępliwość". Taka jest dewiza naszego korpusu. Nie ja to wymyśliłem. Jeśli chcesz możesz sobie wziąć za punkt honoru żeby jej przestrzegać. Ale gdybym miał się już wymądrzać, powiedziałbym ci raczej żebyś po prostu robił to co do ciebie należy. Łap skurwysynów i złodziei bez względu na to kim są. Postępuj tak, żebyś mógł patrzeć w lustro bez wyrzutów.

Sozaburo uniósł tanto i spojrzał na swoje odbicie w wypolerowanej powierzchni. Żałosny widok łez gromadzących się w kąciakach jego jasnoniebieskich oczu z jakiegoś powodu wywołał w nim dziwną wściekłość. Czuł się jakby coś zapłonęło w jego piersi. Poderwał się ze wściekłością i wybiegł na dziedziniec. Kiedy zobaczył ojca wsiadającego do palankinu krzyknął tak głośno i stanowczo jak tylko potrafił.

- Straże! Pojmać tego człowieka!

Zdezorientowani strażnicy obrzucili rozpaczliwie pytającym spojrzeniem swojego nowego dowódcę.

- Pojmać go mówię! To jest rozkaz!

Grupka funkcjonariuszy popatrzyła niepewnie na Sozaburo po czym jakby ocuceni z głębokiego snu rzucili się do ataku. Stary shinigami sięgnął po miecz w porywie wściekłości, ale zanim zdążył go wyciągnąć jeden ze strażników wybił mu go z dłoni silnym uderzeniem płazem ostrza, które spokojnie mogłoby odciąć rękę, gdyby tylko było zadane ostrą stroną klingi. Pozostali czterej unieruchomili mężczyznę zakładając mu dźwignie prawie na każdej kończynie i przycisnęli go do ziemi.

- Puśćcie mnie do cholery! Co to ma znaczyć?! Ty parszywy smarkaczu! Gdybym tylko wiedział, że wyhodowałem sobie węża na własnej piersi, przegnałbym cię razem z twoją puszczalską matką! Właśnie wydałeś na siebie wyrok śmierci! Ja mam znajomo...

Shinigami natychmiast umilkł kiedy poczuł na szyi zimne ostrze. Wypolerowana jak lustro klinga, w której jeszcze przed chwilą odbijała się twarz zapłakanego chłopca, piła ciepłą krew wypływającą z płytkiej rany przy samej tętnicy.

- Aresztuję cię pod zarzutem, zdrady, wywierania presji na ograny bezpieczeństwa i atak na urzędnika. Umieścić go na czwartym poziomie w osobnej celi! - Rozkazał Sozaburo wycierając w rękaw zakrwawione ostrze.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki