FANDOM


Twórcą tego artykułu jest użytkownik: Puzel
Jest on zatem właścicielem artykułu i nikt inny nie powinien edytować tego artykułu, chyba, że poprawia błędy lub został upoważniony do edycji przez właściciela.
O2





Rodzina Kuchiki od wieków strzegła historii Soul Society, dlatego jej członkowie chcieliby żeby inni widzieli w nich strażników prawa i porządku. Jako najstarszy z Czterech Wielkich Rodów cieszyli się powszechnym szacunkiem i autorytetem. Jednak w porównaniu z klanami, które sprawowały władzę przed nastaniem rządów Czterdziestu sześciu, byli zaledwie dziećmi. Dobrze strzeżone biblioteki ukryte głęboko pod posiadłością tego najszlachetniejszego z wielkich klanów skrywały niewygodną prawdę o narodzinach obecnego ładu. Wiedza ta była przekazywana wewnątrz głównej linii Kuchikich od pokoleń. Przyjęło się, że w dniu setnych urodzin dziedzica zostaje mu wyjawiona prawda o najdawniejszych dziejach Soul Society jakie kiedykolwiek spisano. Wnętrze olbrzymiej, jednonawowej świątyni oświetlały setki małych płomieni tańczących na dopalających się knotach. Wielkie mrowie ustawionych na podłodze świec otulało szczelnym kordonem wygrodzoną balustradą przestrzeń przeznaczoną do wykonywania obrzędów. Gęste obłoki szarego dymu unosiły się z nad mosiężnych kadzi przy ołtarzu, wypełniając pomieszczenie ciężką wonią kamforowca. Przed rytualnym paleniskiem do składania ofiar siedział Ginrei Kuchiki - stary, siwy mężczyzna z pomarszczoną, zmęczoną wiekiem twarzą. Spojrzenie jego zmętniałych szaroniebieskich oczu utkwiło w kołyszących się naprzeciw niego płomieniach. Czuł jak jego stare, zniedołężniałe ciało chłonie przyjemne ciepło ognia, który wydawał się wznosić i opadać wraz z jego oddechem. Starzec wyciągnął z kieszeni rękawa czarne tantō ozdobione srebrnm lotosem i wzniósł je nad ogień, obejmując jego połyskliwe ostrze drżącą dłonią. Struga ciemnej krwi spłynęła w dół po żylastym przedramieniu prosto w objęcia żywiołu, który nagle wezbrał na sile. Długie języki żarłocznie pnącego się ku górze ognia splotły się ze sobą w dzikim tańcu, układając się w niestałą, falującą postać człowieka. Stary mężczyzna pokłonił się jej nisko, po czym przemówił zachrypłym głosem do młodego, czarnowłosego mężczyzny, nieśmiało wyglądającego przez jego ramię.

- Podejdź tutaj, Sōjun. – Rzucił surowo przesuwając się w prawo, tak, żeby młodzieniec mógł się do niego dosiąść. – Przekażę ci teraz to, co pewnego dnia usłyszałem od mojego ojca, a on od swojego, a ten od swojego ojca i tak aż do Mitsunariego Kuchiki, założyciela naszego rodu, który na własne oczy widział wielkie zbrodnie wojny Jishō-Juei. Słuchaj i patrz uważnie, bo zobaczysz to tylko raz. – Powiedział podniesionym głosem wznosząc ręce.

Ognista postać rozciągnęła się w wielki pierścień ognia i dymu, okalając siedzących pośrodku mężczyzn. Wirujące wokół nich płomienie przybrały obraz spokojnej panoramy. Płynąca powolnym nurtem rzeka łagodnie wiła się pomiędzy niewielkimi pagórkami porośniętymi gęstym lasem. W dolinie pośród drzew ukryte było niewielkie miasto z głownie drewnianą zabudową.

- Oto Dwór Przeczystych Dusz. W tamtych zamieszkałych czasach rzeczywiście pełnił funkcję dworu. To stąd roztaczały się oświecone rządy Króla dusz. Zanim został zdradzony, okaleczony i podstępnie uwięziony w klatce, która przekornie zwie się teraz jego pałacem.

Płomienie zmieszały się ponownie, kotłując się w jednym punkcie, po czym znowu rozproszyły się tworząc nowy obraz, przypominający zwężający się ku górze podest. Na samym szczycie zasiadała postać skąpana w blasku słońca, wyobrażonego symbolicznie jako złota tarcza unosząca się nad jej głową. Tuż pod jaśniejącą sylwetką rozciągał się równy rząd dziesięciu odzianych w srebrne szaty mężczyzn. Krążył nad nimi świecący bladym światłem księżyc. Niższe stopnie zajmowały niezliczone szeregi mniejszych postaci. Nad głową każdej z nich migotała mała gwiazda. Na samym dole unosiły się gęste białe chmury, przypominające kształtem połączone ze sobą mrowie czterdziestu sześciu ludzkich twarzy.

- Od samego zarania dziejów rody szlacheckie w Soul Society podlegały odwiecznej hierarchii, na szczycie której stał Król. Niczym słońce oświetlał cały świat swoim majestatem, podtrzymując jego istnienie. Jednak nawet słońce potrzebuje czasem odpoczynku. Kiedy chowa się za horyzontem i nastaje noc, jego światło nadal jest z nami. Odbija je blada tafla miesiąca, która jak zwierciadło oddaje wszystko to, co pada na jej powierzchnię. W pradawnej niebiańskiej hierarchii moc księżyca przypisywało się Królewskim Hatamoto - wywodzącej się od bogów linii dziesięciu książęcych rodów, które w imieniu Króla sprawowały władzę w Soul Society. Ci jednak różnili się od niego, tak jak księżyc poruszający morskie fale różni się od słońca sprowadzającego żar na ziemię. Nie pochodzili ze słonecznego rodu tak jak gwiazdy, które migoczą na nocnym niebie. To one dzielą ze słońcem ten sam płomień, tak samo jak najstarsze rody szlacheckie dzielą krew z Rodziną Królewską.

Wzrok Sojuna pląsał między zmieniającymi się obrazami. Mimo tego, że obchodził wczoraj swoje setne urodziny, na których został wielokrotnie napomniany odnośnie powagi jakiej wymaga się od przyszłej głowy rodu, nie mógł powstrzymać się przed dziecięcą fascynacją. Tańczące wokół niego wielokolorowe płomienie przywodziły mu na myśl noworoczne festiwale.

- Skup, się synu. – Upomniał go spokojnym acz surowym tonem Ginrei. – Staniesz teraz przed naszymi przodkami. Okaż im szacunek.

Starzec zamknął oczy i wzniósł ręce inkantując słowa modlitwy. Młody Kuchiki poczuł dziwne przenikające go od środka zimno kiedy ogień pobladł w dziwny sposób nabierając chłodnej błękitnej barwy. Dwadzieścia sześć niewyraźnych postaci okrążyło mężczyzn siedzących przed paleniskiem. Sojun przyglądał się im z lekkim zaniepokojeniem starając się opanować gonitwę myśli. Ginrei otworzył oczy i zaintonował nabożnym tonem wyuczony na pamięć tekst. Cały chór ognistych bytów wtórował mu swoim niosącym się echem głosem.


- Nim na niebie się pojawił, mrok spowijał cały świat; Wiecznym tańcem są związani, on i księżyc - jego brat; Słońce panem niebios, ziemi, każdej iskry ducha w nas; Płonie chwałą tron monarszy, odkąd bieg rozpoczął czas; Krążą obaj nieprzerwanie, spoglądając sobie w twarz; Król i regent na sklepieniu - murów nieba pełnią straż; Pierwszy dnia jasnością bije, drugi ją zanosi w noc; Ogień z wodą wspólnie żyją, jedną dzieląc z sobą moc; Księżycowe święte lustro niewzruszone patrzy w żar; Jego płomień nie zatrwoży, ono starsze jest niż skwar; Inne bogi, inne prawa powołały je na świat; Szpony śmierci nie dosięgną duszy wśród kapłańskich szat; Święty zastęp na niebiosach dzieli płomień z władcą gwiazd; Lecz powraca tuż przed świtem do utkanych z nocy gniazd; Są nieliczni, którzy mogą przed obliczem słońca stać; Wywyższonych jest niewielu by za dnia na niebie trwać; Tak od wieków, nieustannie tańczy na sklepieniu dwór; Nie dosięgnie niebios ziemia nawet szczytem matki gór; Myśl by wydać wojnę niebu nie pochodzi z lądu mas; Hańba dla wybrańców rodu, przykład zdrady przyszedł z nas; Ty nie świecisz własnym światłem. Nikniesz w mroku jeśliś sam; W nas jest ogień władcy świata! Czemuż księżyc panem nam? Tak mówiły gwiazdy pyszne urągając księciu mórz; Ich zastępy zbrojne w bitwie księżyc w drobny zmienił kurz; Nie zagasił żądzy władzy sztorm co armię całą zmiótł; Oddał pole gwiezdny sojusz, wstyd porażki z dumą splótł; Rozświetliły się niebiosa blaskiem gwiazd przezwyciężonych; Tysiąc ostrych grotów światła w srebrną tarczę wymierzonych; Wieczny dzień oświetlił ziemię, pychy blask co nie zagaśnie; Chmury pary z wód wynoszą nieboskłonu potęg waśnie; Gęsty obłok zasnuł wszystko sięgał aż za świata końce; Kiedyś marny kurz na ziemi; zakrył gwiazdy, księżyc, słońce; Już nie ujrzą ludzie z dolin tańca dworu na niebiosach; Ci co kiedyś go widzieli dziś już noszą biel na włosach; Myślą że to obłok marny lśni jasnością pośród nocy; Za chmurami są schowani wysłannicy światła mocy; Przyjdzie jednak w swoim czasie wicher co rozwieje chmury; Będzie on z księżyca rodu, go nie wiążą śmierci sznury; Książę, kapłan promienisty ponad wszystkich wywyższony; On nie zegnie swego karku, przed nim będą bić pokłony; Raz złamałeś słowo święte, klątwa na twym grzesznym rodzie; Pomnij tedy swej przysięgi, obmyj winy w skruchy wodzie; Nie zaznają światła słońca, nieposłuszni księżycowi; Hańbę przodków zmyje służba srebrzystemu kapłanowi; Rację mieli buntownicy, ogień własny w nim nie płonie; Nie chce władzy, nie jest pyszny, jeno cudze światło chłonie; On odnowi dwór odwieczny, stanie przed obliczem słońca; Znów jak dawniej dwaj zatańczą; Król i Regent – gwiazd obrońca;

Ostatnie słowa wybrzmiewały echem jeszcze przez jakiś czas po zniknięciu ognistych postaci. Płomienie zgasły wraz z ich odejściem. Wnętrze świątyni wypełniła nienaturalna cisza, którą szybko przerwał młodszy z mężczyzn.

- Co tu się właściwie stało? – Zapytał, zdezorientowany Sojun.

- Mętne odbicia naszych przodków wciąż krążą po Soul Society. Ta świątynia jest ich domem dopóki klątwa, która nie pozwala im odejść nie zostanie zdjęta. – Odpowiedział z ledwie wyczuwalnym tonem goryczy w głosie.

- Jaka znowu klątwa? Myślałem, że Shinigami po śmierci rozpadają się na cząsteczki duchowe. – Zaprotestował mężczyzna.

- Shinigami po śmierci rozpadają się na cząsteczki duchowe wtapiając się w tworzywo tego świata. Można to powiedzieć w taki sposób i będzie to zgodne z prawdą. Jednak jest to jedynie nowoczesna interpretacja o wiele starszej wiedzy, która głosi, że całe Soul Society jest w pewien sposób mistycznym ciałem Króla Dusz. My zwróciliśmy się przeciwko niemu i przez to członkowie naszego rodu nie mogą się z nim zjednoczyć. Wszystkie rodziny, które brały udział w wojnie przeciwko niemu są przeklęte. Sami rzuciliśmy na siebie tę klątwę przez swoje nieposłuszeństwo.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? To straszne! Z nami też tak się stanie?! - Mężczyzna zerwał się z miejsca nerwowo chodząc między paleniskiem a balustradą.

- Nie jeśli uda nam się naprawić błędy przeszłości. Synu, wychowałem cię w duchu poszanowania prawa i porządku. Nie zrobiłem tego po to, żebyś zmienił się w etatystę ślepo wpatrzonego w przepisy stanowione przez tą czy inną instytucję, która obecnie dzierży władzę w Soul Society. Wszystko czyniłem z myślą o tym, abyś pewnego dnia umiał rozpoznać, że słuszność nie zawsze leży po stronie zwycięzców. Mój ojciec nie potrafił tego zrozumieć. Postrzegał działania twojego pradziadka jako zdradę. Mam nadzieję, że nie będziesz patrzył na to w podobny sposób. Ja nie mogę cię do niczego przymusić. Kiedyś sam zostaniesz głową rodu i będziesz musiał zdecydować komu powinieneś okazać lojalność. - Powiedział wpatrując się w dogasający płomień, tylko od czasu do czasu zerkając na syna, który krążył w okół niego nerwowym krokiem.

- Nie rozumiem, ojcze. Komu powinienem być w takim razie lojalny? Jak mam interpretować słowa tego wiersza?

- Mam nadzieję, że nie odebrałeś tego zbyt dosłownie. To symboliczna kronika wojny, którą nasi przodkowie stoczyli trzy tysiąclecia temu z prawowitymi władcami Soul Society. W dawnych czasach podział szlachty był nieco bardziej skomplikowany. Rody dzieliły się na trzy główne klasy. Do pierwszej z nich należy nasza rodzina, która wywodzi się od Rodziny Królewskiej, tak jak reszta Czterech Wielkich Rodów i wielu innych przedstawicieli starej szlachty. Drugą stanowią potomkowie bogów, którzy według legend zstąpili na ten świat u jego zarania. Tych klanów było tylko dziesięć. Z pośród nich wybierano regenta, który sprawował władzę w imieniu Króla. Niżej stoi reszta szlachty, która nie jest bezpośrednio spokrewniona z królewskim rodem. Pod nimi były drobniejsze rodziny wywodzące się z gminu, które zostały nobilitowane do godności szlacheckiej w zamian za zasługi. Nad wszystkim tym panowała Rodzina Królewska, którą przedstawia się jako słońce. Na równi z nią stało dziesięć książęcych rodów regentów. Jak już mówiłem, ich symbolem jest księżyc. Im podległe były rodziny Kuchiki, Shihōin, Tsunayashiro i Shiba. W wierszu opisane są jako gwiazdy, które nie bledną w obecności słońca, co oznacza, że te cztery klany miały prawo do audiencji u króla. Nadal zachowaliśmy ten przywilej, jednak od tamtych zamierzchłych czasów nikt nie ośmielił się z niego skorzystać. Niżej znajdowali się ci, których nigdy nie dopuszczano przed oblicze władcy. Wiersz opisuje ich jako gwiazdy widoczne tylko nocą. Podległe im były młode klany pochodzące z ludu. Te są jak chmury pyłu albo pary, które są częścią nieba, jednak pochodzą z ziemi i prędzej czy później na nią opadną. To oni z czasem urośli w potęgę do tego stopnia, że w końcu odważyli się sięgnąć po władzę. Sześciu większych i czterdziestu pomniejszych lordów z niższych klas złączyło swoje wojska podczas ataku na Seireitei. Trzy z czterech wielkich rodów dołączyło do dziesięciu klanów Hatamoto tworząc Trzynaście Dworskich Oddziałów Obronnych. Ponad tysiąc lat później Genryusai Yamamoto przemianował swoje Oddziały na cześć tego legendarnego sojuszu, który rozgromił w bitwie przeważające siły zbuntowanej szlachty. Rodem, który nie wsparł legalnego stronnictwa niestety był ród Kuchiki. Staliśmy się zarzewiem zdrady, która później przeniosła się na resztę wielkich rodzin. Niespełna dwieście lat później rebelia powtórzyła się. Tym razem namiestnicy sami musieli stawić odpór całej potędze Soul Society. Obrona dworu upadła, a dziesięciu Hatamoto postanowiło podzielić między siebie artefakt będący źródłem ich władzy. Regentów wygnano z Seireitei. Rodzinę królewską wyrżnięto, a króla brutalnie okaleczono. Kalekie ciało władcy zostało zamknięte w oddzielnym wymiarze i do tej pory jest strzeżone przez specjalnie powołany do tego celu Oddział Zero. Można powiedzieć, że król stał się narzędziem w rękach Czterech Rodów i Centrali 46 utworzonej początkowo z niższej szlachty zdobywającej Seireitei.

- To wszystko brzmi dosyć niewiarygodnie… Nie wiem, co mam o tym sądzić. Wierzę, że mówisz prawdę, ojcze, ale to stawia na głowie wszystko czego mnie nauczono. Wszystko to czego nauczyłeś mnie ty sam! Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym od razu?

- Kiedy jesteś dzieckiem, które żyje w świecie kłamstwa, musisz uznawać je ze prawdę, dopóki nie nabierzesz ogłady. Młodość jest zbyt prostoduszna, żeby przyjąć tę historię i nie sprowadzić na siebie gniewu tych, którzy czerpią korzyści z fałszu. Nawet teraz nie mam pewności czy jesteś na to gotowy.

- Nie zawiodę cię ojcze. Powiedz tylko co mam robić? Jak można zdjąć z nas klątwę? - Pytał obszernie gestykulując.

- Na razie nic. Musimy być cierpliwi i nie powtarzać błędów przeszłości. Czekać na właściwy moment i nie działać pochopnie.

- Od jak dawna o tym wiesz? Zrobiłeś już coś żeby temu zaradzić?

- Zrobiłem wszystko to co mogłem zrobić. Kiedy dziedzic księżyca przyszedł na świat w porozumieniu ze wszystkimi czterema rodami i pozostałymi przy życiu hatamoto spróbowaliśmy odebrać władzę uzurpatorom. Długo przygotowywaliśmy się do tego zadania jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem. Nie byliśmy dość ostrożni. Centrala zaczęła podejrzewać, że możemy jej zagrozić. Prawowity dziedzic wraz z jego ojcem zostali oskarżeni o zdradę i skazani na śmierć.

- To znaczy, że on nie żyje? Jak zamierzasz przywrócić nasz honor jeśli…

- Wspólnymi siłami udało nam się wpłynąć na wyrok. Dziedzica oszczędzono pod warunkiem, że to on będzie asystował przy seppuku jego ojca. Jedyną rzeczą jaką mogłem wtedy dla niego zrobić było zapewnienie mu odpowiedniej opieki. Chciałem chociaż w ten sposób zadośćuczynić za błędy naszych przodków. Przyjąłem go do naszej rodziny i traktowałem jak własnego syna. Widzę, że rozumiesz już o kim mówię.

Sojun obrzucił swojego ojca pełnym wątpliwości spojrzeniem jednak zanim ten dokończył zdanie w miejsce mało inteligentnego wyrazu niezdecydowania na jego twarzy pojawił się pełen ekspresji grymas zaskoczenia. W jednej chwili stanęła mu przed oczami dobrze znana mu twarz przyjaciela, którego traktował jak własnego brata. Kiedy już okiełznał emocje zapytał nieadekwatnie wesołkowatym tonem.

- To był on? Przez cały ten czas?! Nie mogę w to uwierzyć… Pamiętam dokładnie ten dzień… Przyszedłeś do mnie i powiedziałeś, że przyjmiemy pod swój dach dziedzica jakiejś zubożałej rodziny z obrzeży Seireitei. Mówiłeś, ze robisz to ze względy na honor naszej rodziny…

- Wszystko to było prawdą. Książęcy ród Kudara no Konikishi jest zubożały a ocalenie go od zagłady jest kwestią naszego honoru. Naszym obowiązkiem jest odzyskanie władzy dla prawowitych rządców Soul Society. Wszystkie cztery rody mają świadomość klątwy jaka na nich ciąży dlatego działają wspólnie by zmyć z siebie to przekleństwo. Ostatnia taka próba miała miejsce niespełna 40 lat temu. Niestety po raz kolejny zakończyła się porażką, a cenę za to musiała zapłacić rodzina Shihōin. Została podporządkowana Centrali a jej wasale zwrócili się przeciwko niej. Jest jedynie cieniem dawnej siebie; wiecznie oblężona przez sieć spisków i nielojalnych sług. Klan Shihōin jest naszym najwierniejszym sojusznikiem. Im też jesteśmy winni pomoc. Teraz, kiedy rozgorzała wojna z Quincy, władza Centrali staje się z dnia na dzień coraz bardziej niestabilna. Większość sił zostanie skierowanych do walki w Świecie Ludzi. Nie możemy zmarnować takiej szansy. Sojun, jutro po zachodzie słońca spotkam się z głowami pozostałych trzech rodów, jeśli zechcesz nas wesprzeć zabiorę cię tam ze sobą.

- Możesz na mnie liczyć ojcze. - Odpowiedział z powagą siadając obok swojego ojca.

- Cieszę się, że podzielasz naszą wizję sprawiedliwości. Pamiętaj tylko, żeby nigdy nie rozmawiać o tym przy świadkach… i jemu też nic o tym nie mów.

- Jak to? On o tym nie wie? Trzymacie to przed nim w tajemnicy?!

- Doskonale wie kim jest. Od dziecka był przygotowywany do swojej roli. Problemem jest… jego charakter… gdyby wiedział o tym wszystkim na pewno nie poparłby naszych dążeń.

- Mamy więc zrobić to mimo wszystko? W brew niemu?

- Odebraliśmy władzę jego przodkom i to my mamy ją zwrócić w ręce dziedzica. On sam ma teraz swoje zobowiązania względem rodziny Shihōin. W dużej mierze od niego zależy jej los. Sam wybrał taką drogę a ja zrobiłem wszystko, żeby go wspierać. On nie może o niczym wiedzieć… Dopóki nie osiągniemy zwycięstwa trzeba utrzymać to w ścisłej tajemnicy.

667

Dla osób z zewnątrz, Onmitsukidō zawsze było dziwną i tajemniczą organizacją. Bynajmniej nie ze względu na swój utajniony charakter, ale na zasady i zwyczaje tam panujące. Jest to jedna z najbardziej hermetycznych i w pewien sposób elitarnych formacji podlegających Centrali 46. Elitarnych nie tyle ze względu na nadzwyczajne umiejętności jej członków, a raczej na ich pochodzenie. Bardzo niechętnie patrzy się tam na ludzi z gminu, co tłumaczy fakt, że jest ich tam niewielu. Do Onmitsukidō można dostać się jedynie przez znajomości z wpływowymi i nierzadko bardzo zamożnymi rodami, co dla osoby pochodzącej z Rukongai jest praktycznie nieosiągalne. Nikt za bardzo nie kryje się z tą dyskryminującą praktyką. W nieformalnych rozmowach często pojawia się przedstawienie tego stanu rzeczy jako czysto pragmatycznego działania. Onmitsukidō jest formacją, na której barkach spoczywa wiele ważnych decyzji, a jej funkcjonariusze są z tego powodu niezwykle narażeni na przekupstwo. Ludzie zamożni są mniej łasi na pieniądze, a przynajmniej suma za jaką będą w stanie zaryzykować swoje stanowisko jest nieporównywalnie większa i mało kto będzie mógł ją zaoferować. W obrębie organizacji panuje feudalny, hierarchiczny porządek, który tworzy osiem rodów, od wieków służących rodzinie Shihōin. Zawsze mile widziane są osoby z poza rodzin powiązanych z organizacją, o ile również płynie w nich błękitna krew. Takie zasady rekrutacji sprawiają, że można nie odczuć, w którym momencie wyszło się z rezydencji rodu Shihōin i weszło na teren baraków Onmitsukidō, które są z nim połączone. Słowo „baraki” jest tutaj niebywale mylące, ale oficjalnie tym właśnie są rozległe pałacowe kompleksy otoczone wypielęgnowanymi ogrodami. Każdy średniej rangi oficer posiada gabinet większy niż sala zebrań kapitanów Gotei 13, nie mówiąc już o przyległych do tego pomieszczeniach prywatnych, stawach, ogrodach, tarasach i innych tego typu zbytkach. W jednym z takich gabinetów swoją poranną herbatą delektował się Komisarz Usagi Yamada. Młody mężczyzna o kruczoczarnych włosach upiętych na szczycie głowy potrójnym kenseikanem, powoli sączył gorący wywar o zielonkawej barwie, składając papierowe żurawie z porozrzucanych na blacie dokumentów. Narastający z każdą chwilą dźwięk szybkich kroków niósł się echem po korytarzu, dochodząc przez ściany do uszu Yamady.

- Wejść! – Krzyknął, nie odrywając się od swojego zajęcia, chwilę po tym jak kroki ustały i jeszcze zanim usłyszał pukanie do drzwi.

Chudy shinigami o płowych włosach i nietęgiej minie powoli wszedł do środka. Usagi nie kojarzył go nawet z widzenia. Po pieczęci z herbem rodu Shihōin widniejącej na dokumencie, który ze sobą przyniósł, wywnioskował, że przynosi przesyłkę z dowództwa.

- O. Właśnie kończył mi się papier. – Rzucił na powitanie w stronę oficera, odkładając na biurko kolejnego członka żurawiego sejmiku.

Funkcjonariusz zmierzył go w odpowiedzi surowym spojrzeniem i przedstawił się głośno oficjalnym tonem herolda, jakby chciał zaanonsować swoje przyjście już po fakcie.

- Starszy łącznik Takeshita Noboru. Przynoszę rozkazy z kancelarii Lorda Shihōin. Przesyłka nadzwyczajna o najwyższym priorytecie. – Oznajmił, kłaniając się nisko. Przekazał pakunek w ręce nadawcy z przesadnym pietyzmem i ukłonił się po raz kolejny.

- Dziękuję. – Powiedział, niedbale odkładając plik dokumentów na biurko. - Może napiłby się pan herbaty?

-Przepraszam, ale nie mam na to czasu. – Odparł oschle. - Radziłbym zapoznać się z treścią rozkazów jak najszybciej.

Usagi uśmiechnął się składając skrzydło kolejnego papierowego żurawia i zanim zdążył odpowiedzieć zniecierpliwionemu posłańcowi, ten zniknął mu z oczu używając Shunpo. Główną rozrywką Komisarza Yamady w i tak krótkich godzinach pracy, oprócz hobbystycznej praktyki trudnej sztuki origami , było irytowanie rozmaitych służbistów. Chociaż w tym wypadku Starszy łącznik Takeshita Noboru mógłby dostarczyć mu wiele zabawy, Usagi nie specjalnie żałował, że nie udało mu się zatrzymać go na herbacie. W sąsiednim pomieszczeniu wyczuwał obecność innej osoby, która mogłaby dotrzymać mu towarzystwa. Rozsuwane drzwi na końcu długiego pomieszczenia otworzyły się wpuszczając do środka pomarańczowe światło ognia, ślizgające się po wypolerowanej posadzce z ciemnego drewna. Wysoka kobieta o długich, kasztanowych włosach, odziana w nieprzyzwoicie rozchyloną yukatę, stanęła w progu, opierając się o framugę. Usagi lekko uniósł wzrok, przez co ich spojrzenia na krótką chwilę zetknęły się ze sobą, po czym napełnił herbatą czarkę przygotowaną wcześniej dla posłańca.

- Mam nadzieję, że chociaż ty nie odmówisz herbaty, Setsuko… - Powiedział, przenosząc zastawę na niski stolik przy wejściu na taras prowadzący do ogrodu.

- Ludzie mówią, że za bardzo stawiam się swoim przełożonym, więc chyba nie mam wyboru. – Odpowiedziała i usiadła na karmazynowej poduszce naprzeciwko Usagiego.

- Oho… Pewnie o ciebie chodzi. – Zażartował Yamada, rzucając na blat ciężką kopertę z ozdobną pieczęcią. – Wszyscy mają cię już tak dosyć, że dowództwo kazało zrobić mi z tobą porządek. To pewnie sprawka Funabashiego. Ciągle się skarży na twoje gorszące zachowanie. – Kontynuował obracając w dłoni płytkie naczynie wypełnione gorącym naparem.

- Gorszące zachowanie?! – Żachnęła się Setsuko. – Dobrze, że nie gorszy go głównodowodzący Shihōin albo ta sadystyczna cipa, którą nazywa swoim synem. Jemu wolno sprowadzać sobie dziewczyny z Rukongai do swoich zabaw, o których i tak wszyscy wiedzą, a ja nie mogę już nawet nazwać rzeczy po imieniu?!

Usagi zmierzył ją z początku poważnym spojrzeniem, jednak po chwili uniósł do ust czarkę herbaty, by ukryć coraz szerzej rozciągający się na jego twarzy uśmiech. Koizumi Setsuko była jedną z niewielu osób w Onmitsukidō, dla której nie miało znaczenia do kogo, jak i co mówi. Jeśli coś jej nie odpowiadało, mówiła o tym od razu, w sposób tak bezpośredni, że obrażeni w ten sposób wyżsi rangą oficerowie potrafili domagać się satysfakcji lub oficjalnych przeprosin od jej przełożonego. Ten zwykle składał poszkodowanym wyrazu ubolewania z bezradnym uśmiechem na twarzy.

- Myślę, że mogłoby im raczej chodzić o twój niewyparzony język. Do tego, że świecisz cycem po oczach już dawno wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. – Spojrzał ze znudzeniem na groteskowo szeroki dekolt swojej podwładnej.

- Mój niewyparzony język?! Pfff... lepszy nie jesteś. – Wykrzywiła twarz w dziecięcym grymasie, podpierając się na łokciu. – Poza tym…

- Właśnie chodzi o to, że jestem lepszy. - Przerwał Yamada. – Dosłownie. Jeśli chcesz zrobić komuś na złość, nie możesz robić tego w tak bezpośredni sposób. Powinnaś nabrać trochę ogłady i klasy…

- Każdy ma swój styl. Subtelności języka chyba nie są dla mnie. – Tłumaczyła się Koizumi, z każdym słowem tracąc zainteresowanie obecnym tematem rozmowy. Jej uwagę coraz bardziej przyciągała koperta, leżąca na stoliku. Z ciszy, która nastąpiła chwilę potem, szybko wykrystalizowało się pytanie, którego Yamada spodziewał się od początku rozmowy.

- Co to właściwie za przesyłka? – Spytała z dozą niepokoju w głosie.

- Nie wiem. Nie czytałem jeszcze. Wątpię, że to coś ważnego. – Usagi wychylił ostatni łyk, przyglądając się dziwnemu cieniowi, który dostrzegł w oku młodej kobiety.


Setsuko spoważniała w mgnieniu oka. Jej spojrzenie utkwiło gdzieś daleko w rozciągającej się za drzwiami do ogrodu panoramie Seireitei. Smutne oczy błądziły przez chwilę po horyzoncie, aż po raz kolejny zatrzymały się na widniejącej na ozdobnej pieczęci.

- Miałam sen. – Wyrzuciła z siebie niechętnie, jakby przyznała się do czegoś wstydliwego.

Usagi próbował nie okazać zainteresowania tą informacją. Jednak w rzeczywistości wyzwoliła w nim nagły przypływ niezdrowej wręcz ciekawości. Koizumi była jedną z niewielu, którym czasem dane było zajrzeć za kurtynę czasu. Większość osób uznawanych za rozsądne neguje istnienie takich zjawisk. Jednak to właśnie tym domniemanym, jak wyrażają się o nich liczni szydercy, zdolnościom, zawdzięcza swoje stanowisko w Korpusie Śledczym. Podawane przez nią informacje w większości przypadków okazywały się prawdziwe co często przyczyniało się do wyjaśnienia wielu beznadziejnych spraw z urwanymi poszlakami.

- Zobaczmy w takim razie… - Yamada westchnął głęboko i wstał z miejsca, zabierając resztkę niedopitej herbaty ze sobą. – Przyznaj się… to dlatego przyszłaś? – Zapytał otwierając drzwi małego chramu w ogrodzie.

Niewielkie jednonawowe pomieszczenie oprócz głównego ołtarza i rozwieszonego nad nim grubego sznura Shimenawa mieściło w sobie cztery stojące w rogach chramu świeczniki i małe palenisko. Usagi stanął przed główną ścianą i klasnął w dłonie cztery razy, rozkładając je szeroko przed sobą, po czym usiadł przed okopconym naczyniem. Po czwartym klaśnięciu ciężka mosiężna misa zapłonęła żywym ogniem, wypełniając ponure wnętrze odblaskami roztańczonych płomieni.

- Możesz zaczynać. – Rzucił w stronę kobiety, nie odrywając wzroku od ogniska. Setsuko usiadła obok swojego dowódcy krzyżując nogi i ze wbitym w ziemię spojrzeniem zaczęła opowiadać sen, przywołując w głowie obrazy, o których wolałaby nie pamiętać.

- Wszystko było jak zwykle mętne i niejasne… Nie wiem od czego się zaczęło ani na czym skończyło. Pamiętam tylko kilka scen… Widziałam znajome twarze.. różnych ludzi… byli bladzi i odlegli… jakby niedostępni. Chciałam iść za nimi, ale kiedy wyciągnęłam do nich rękę… zorientowałam się, że jest odcięta…

Trzask ognia nakładał się od czasu na bardzo podobny dźwięk łamanych gałązek sandałowca, które Usagi stopniowo dodawał do paleniska, inkantując jednocześnie formułę rytuału. Płomienie zmieniły kolor na zimny odcień błękitu. Głęboki specjalnie obniżony na tę okoliczność głos Yamady wybrzmiewał z zapętlającym się, monotonnym zaśpiewem przy akompaniamencie dudniącego na dnie czary żaru. Pnące się w górę języki bladego ognia zaczęły układać się w niewyraźne, niestałe sceny, co chwila przechodzące od kształtu do kształtu, skacząc i falując jak odbicia we wzbudzonej tafli.

- Widziałam też list. Zapieczętowany… z półksiężycem i czterema gwiazdami. Nie potrafiłam go przeczytać, ale kiedy go otworzyłam, papier spłynął krwią. Ostatnie co pamiętam to wielki pożar… Wszystko zaczęło płonąć. Ogień trawił całe miasto ciągnące się aż po horyzont. Słychać było tylko krzyki… huk walących się budynków. Żar parzył mnie w oczy mimo tego, że byłem daleko… A później…!

Płomienie nagle wylały się z mosiężnej czary strzelając do góry wysokim słupem, aż pod sam sufit. Usagi sięgnął po czarkę z resztką herbaty na dnie i spryskał nią palenisko. Ogień przygasł momentalnie, odzyskując swój naturalny kolor. Pomieszczenie wypełniła nienaturalna cisza przerywana jedynie cichymi trzaskami okiełznanego żywiołu. Rzadka chmura popiołu unosiła się w powietrzu, niosąc ze sobą ciężki aromat sandałowca. Yamada odwrócił się w stronę Setsuko i wyciągnął zza poły kimona zapieczętowany plik dokumentów. Koizumi przyglądała się jego twarzy podczas lektury. Ze smutkiem, niepokojem i pewnego rodzaju rozczarowaniem patrzyła jak treść rozkazów odbija się w obliczu Usagiego zupełnie jak widmo jej snu, jeszcze przed chwilą majaczące w płomieniach.

- Po zachodzie słońca zbierz wszystkich w holu. – Rzucił, krótko tuż po tym jak skończył czytać. Jego twarz nie zdradzała za dużo emocji, ale wprawny obserwator zauważyłby, że właśnie to najlepiej świadczy o gonitwie myśli, którą musiał teraz ujarzmić.

- Co tam jest napisane? – Zapytała tonem kogoś, kto kategorycznie domaga się zwięzłej i szybkiej odpowiedzi.

- Idź już. Nie mamy wiele czasu. – Rozkazał, wychodząc z chramu.

667

Przepastne czarne haori z herbem rodu Shihōin i białym zębatym wzorem na rękawach spoczęło z miękkim trzepotem na barkach Komisarza Yamady. Shinigami sprawnym ruchem okręcił biały misternie spleciony sznur z ozdobnymi frędzlami w okuł ramion, podtrzymując jego drugi koniec w ustach, po czym związał go i zarzucił za głowę, tak żeby oba jego końce spoczywały swobodnie na plechach. Z niewielkiego bogato zdobionego pudełka z drewna kamforowca wyjął srebrną spinkę, wykonaną z dziewięciu połączonych ze sobą podłużnych, prostokątnych blaszek z wypolerowanego metalu. Kosztowna ozdoba zadzwoniła cicho kiedy Usagi spiął nią klapy haori na wysokości mostka. Spinka była symbolem najwyższej godności dworskiej rodu Shihōin jaką może osiągnąć ktoś niespokrewniony z Powiernikami Niebiańskiego Arsenału. Nie miało to jednak większego wpływu na o wiele ważniejszą hierarchię urzędniczą w której Usagi, choć również zajmował uprzywilejowaną pozycję , nie miał już tak wysokiej rangi. W strukturach Onmitsukidō pełnił funkcję Komisarza Korpusu Śledczego – oficera średniej szarży o specjalnych uprawnieniach, wyjętego z pod władzy wyższych stopniem, urzędnika podległego jedynie Centrali 46 i Rodzinie Shihōin.

Nie miał ochoty przekazywać nowych rozkazów komukolwiek i odkładał to na później przez kilka godzin od odczytania przesyłki. W końcu zebrał się w sobie. Zatknął za pas swoje zanpakuto i krótszy rodowy wakizashi. Kierując się do wyjścia zabrał ze stołu pokryte czarną laką tanto i wachlarz, które schował do kieszeni wszytej w szeroki rękaw. Pewnym krokiem wyszedł na wysoki podest okryty jedwabnym baldachimem. Usiadł na dużej atłasowej poduszce omiatając spojrzeniem długą salę z wysokim kasetonowym stropem wspartym na gęstej kolumnadzie po obu stronach. Ustawieni w trzech równych kolumnach, odziani w czarne haori funkcjonariusze, nieruchomo oczekiwali na słowa swojego dowódcy. U szczytu każdego z rzędów siedział dowódca oddziału. Grupę około pięćdziesięciu shinigami po prawej zamykał Kijūrō Shidehara - postawny mężczyzna z wielkim brzuchem, energicznie opędzający się od upału papierowym wachlarzem. Na środku sali lekko wysunięta przed resztę dowódców siedziała Koizumi Setsuko w służbowym haori odpowiadającym jej randze a po lewej Kozo Igarashi - młody oficer o długich niemalże sięgających ziemi włosach luźno związanych poniżej połowy ich długości. Łącznie ponad setka czujnych oczu bacznie przyglądała się Yamadzie kiedy rozwijał przed sobą kartkę. Usagi pobieżnie odczytał tekst po raz kolejny poczym przemówił podniesionym głosem z uwagi na wielkość audytorium.

- Otrzymaliśmy nowe rozkazy z dowództwa. Nie chcę się powtarzać ani odpowiadać na oczywiste pytania, więc prosiłbym wszystkich, żeby w miarę swoich możliwości przyswoili sobie to, co zaraz powiem… - Po sali rozeszły się ciche szepty, zakłócające nienaganną ciszę. Yamada skorzystał z chwili zamieszania żeby rozwinąć wachlarz, który wyciągnął z rękawa. – Rozumiem, że to może wami wstrząsnąć, ale emocje są teraz zbędne. – Kontynuował, po tym jak poruszenie nieco wygasło. – Centrala 46 podjęła decyzję w sprawie Quincy. Ich gatunek zostanie zredukowany do dziesiątej części ich obecnej populacji lub wyeliminowany całkowicie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nasze zadanie jest w pewien sposób powiązane z tą decyzją. Quincy są bytami należącymi do Świata Ludzi… ich zniknięcie spowoduje przemieszczenie olbrzymiej ilości dusz do Soul Society. Przy obecnym bilansie zostałoby zakłócona duchowa równowaga. Innymi słowy, należy wyrównać tą różnice. Ten przykry obowiązek spada na nasze barki. Naszym zadaniem jest oczyszczenie okręgu Inuzuri z zamieszkującej go ludności. Operacja jest oczywiście ściśle tajna. Jej ujawnienie stwarzałoby zagrożenie dla dalszego funkcjonowania obecnego rządu.

Zgodnie z przewidywaniami Usagiego w śród zebranych rozgorzały ciche rozmowy przepełnione słowami oburzenia. Yamada wstał i bez słowa opuścił salę przechodząc przez tylne wyjście do swojego gabinetu. Zanim zdążył usiąść usłyszał kroki i kłótnie dochodzące z głębi korytarza. Drzwi otworzyły się bez pukania a do środka weszła kobieta w towarzystwie dwóch mężczyzn. Jeden z nich był łysym, ociekającym potem, czerwonym ze złości furiatem a drugi wydawał się być jego kompletnym przeciwieństwem. Blada jak śnieg cera i spokojne oblicze o łagodnych rysach prędzej przywodziły na myśl porcelanową figurkę niż żywego człowieka.

- Zanim cokolwiek powiecie, sami zadajcie sobie pytanie czy w ogóle jestem w stanie coś z tym zrobić. – Powiedział zgaszonym tonem Yamada, nawet nie odwracając się w stronę oficerów.

-Otwierałam te rozkazy razem z tobą kilka godzin temu. Pogodziłam się z tym, że nie raczyłeś podzielić się ze mną ich treścią, ale sądziłam, że wykorzystasz tę zwłokę na obmyślanie jakiejś strategii… myślałam, że opanujesz jakoś sytuację…. A ty sobie po prostu wychodzisz zostawiając wszytko na naszej głowie?! – Krzyczała, Setsuko obszernie gestykulując.

- Zaraz? To wiedziałaś o tym wcześniej i nic nam nie powiedziałaś?! – Wrzasnął Kijūrō nerwowo składając i rozkładając trzymany w pulchnej dłoni wachlarz.

- Przecież mówię, że nie zdradził mi ani słowa z tego co było tam napisane. Gdybym wiedziała, że dotyczy to czegoś takiego to…

- Uspokójcie się oboje. – Przemówił miarowym głosem długowłosy oficer. – Jeśli taki jest rozkaz centrali musimy się mu podporządkować. – Powiedział wbijając zimne spojrzenie szarych smutnych oczu w targaną emocjami twarz Shidehary.

- Do mnie mówiłeś szczeniaku?! Nie będzie mnie uspokajał byle gówniarz! – Obruszył się wygrażając palcem przed twarzą młodego oficera, który z kamienną twarzą szykował się do dobycia miecza, kiedy tłusty paluch Kijūrō dzieliły już tylko centymetry od jego policzka.

Nagle w powietrzu rozległ się głośny trzask wymieszany z piskliwym jękiem grubego mężczyzny. W mgnieniu oka ręka, którą groził Igarashiemu została ściągnięta ku ziemi, jakby ktoś przywiązał do niej ciężki głaz i spuścił go z dużej wysokości. Olbrzymie cielsko zachwiało się pod naporem siły, która targnęła nim jakby nie warzył więcej od worka ryżu. Shidehara nie mogąc ustać na nogach przyklęknął na jedno kolano i podparł się drugą ręką sycząc z bólu.

- Takie zachowanie nie przystoi komuś kto chce uchodzić za kulturalną osobę, panie Shidehara. Podkomisarz Igarashi nie po raz pierwszy wykazał się wzorową postawą w trudnych warunkach. Powierzam mu zadanie przygotowania całego korpusu do wykonania zadania. Podkomisarz Shidehara Nobusuke przygotuje zapasy, konie i chorągwie a po wszystkim przeprosi za swoje zachowanie młodszego kolegę. – Powiedział z wymuszonym uśmiechem, Usagi zdejmując końcówkę złożonego wachlarza z przegubu stłuczonego nadgarstka tęgiego oficera.

- A co zemną? – Zaprotestowała Setsuko .

- My idziemy teraz na zabranie rady. Ubierz się jakoś. Nie mam zamiaru znowu wysłuchiwać uwag na ten temat. Po powrocie wszystkich o wszystkim poinformujemy, żeby nie dopuścić do kolejnych nieporozumień. – Oznajmił obojętnym głosem Yamada wychodząc na korytarz.

667

Olbrzymią salę z podwójną kolumnadą wypełniało jasne pomarańczowe światło zachodzącego słońca. Ostatnie promienie upalnego dnia wpadające do środka przez dwa rzędy misternie rzeźbionych filarów oświetlały twarze blisko trzydziestu najwyższych rangą urzędników Onmitsukidō. Ich wykrzywione w grymasie niezadowolenia twarze zdradzały pewnego rodzaju zniecierpliwienie. Większość z nich zdołała już przywyknąć do sposobu prowadzenia obrad jaki utrzymuje się odkąd Yoshiou Shihōin, poprzednia głowa rodu został oskarżony o próbę przeprowadzenia przewrotu. Centrala 46 po jego tajemniczej śmierci osądziła winnych tego stanu rzeczy i zaprowadziła bezpośredni nadzór nad Onmitsukidō. Nowy przywódca rodziny Shihōin odtąd miał pełnić tylko symboliczną rolę. Doprowadziło to do wykrystalizowania się dwóch zwalczających się nawzajem stronnictw. Pierwsze z nich potocznie nazywano urzędnikami. Należeli do niego zwykle członkowie i słudzy ośmiu rodów podległych formalnie Powiernikom Boskiego Arsenału. Ci jednak wykazywali się większą lojalnością względem Centrali mając nadzieję, że przychylność najwyższej władzy pozwoli, którejś z rodzin zająć miejsce swoich dotychczasowych panów. Drugie stronnictwo określane mianem dworzan składało się głownie z nielicznych względem pierwszej grupy dostojników dworskich bezwzględnie lojalnych Shihōinom. Obecna sytuacja polityczna sprawiła, że czuli się w obowiązku chronić dziedzica rodu przed ambicjami jego własnych wasali. To stronnictwo bez wątpienia było o wiele słabsze i mniej znaczące od poprzedniego, wspomaganego przez Centralę i wszystkie osiem rodów od wieków tworzących służby specjalne. Mimo to nawet przedstawiciele Najwyższej Komnaty 46 musieli przestrzegać dworskiego protokołu i okazywać szacunek powiernikowi Hogu i Bugu oraz jego sługom. Etykieta i tradycja stały się ostatnią tarczą chroniącą niezależność podupadającej z każdym pokoleniem dynastii. Prowadziło to do kuriozalnych scen, w których wysłannicy Centrali na klęczkach wydawali polecenia dworowi zasiadającemu na podwyższeniu w monarszej chwale. Hiranuma Kiichirō desygnowany przez Czterdziestu Sześciu na stanowisko Inspektora Generalnego, był cierpliwym acz stanowczym człowiekiem. Niektórzy mówili, że idealnie nadawał się do pełnienia swojej funkcji. Nie było to tylko tanie pochlebstwo, ale opinia bliska prawdy. Był pierwszą osobą piastującą urząd, który powołano dopiero niespełna cztery dekady temu. Tak naprawdę to on był najważniejszą osobą w Onmitsukidō. Zwykle umiał znaleźć kompromis między stanowczością z jaką należy prezentować stanowisko Centrali a umiarem i powściągliwością, którą należy wykazać stając przed obliczem dziedzica rodu Shihōin. Jednak tego dnia, kiedy rozsądek Hiranumy Kiichirō przydałby się najbardziej, on nie zjawił się na zebraniu przysyłając w zastępstwo nieznaną nikomu urzędniczkę z Centrali. Szczupła kobieta z wydatnym biustem nerwowo rozglądała się po sali, z każdą minutą tracąc nadzieję na szybkie przybycie dworu, który jak zwykle wymagał od urzędników długich chwil oczekiwania. Chwilowo pełniąca obowiązki Inspektora Generalnego Yuriko Kakyōmaru nie wiedziała, że kilkudziesięciominutowe spóźnienie stało się tradycją i nic nie może wpłynąć na zmianę tego stanu rzeczy. Stwarzała wrażenie osoby o wiele mniej ugodowej w porównaniu z inspektorem Hiranuą, którego zastępowała. Kiedy wielkie wrota na drugim końcu pomieszczenia otworzyły się, do środka powoli zaczął wtaczać się długi pochód odzianych w obszerne powłóczyste szaty dworzan w wysokich nakryciach głowy właściwych dla ich rangi. Koniec barwnej kolumny dostojników zamykał bogato zdobiony palankin z symbolami rodu Shihōin. Tuż przed niesionym na barkach tragarzy arystokratą szedł wysoki czarnowłosy mężczyzna tonący w przepastnej, kapłańskiej szacie z długim na kilka metrów trenem, podtrzymywanym przez idących za nim paziów. Był jedyną osobą, która weszła do sali dzierżąc broń. Widok ukrytego w misternie utkanym jedwabnym pokrowcu miecza wywołał wewnętrzny sprzeciw u Kakyomaru, która ku swojemu zaskoczeniu musiała rozstać się z bronią zanim wpuszczono ją do środka. Jasnowłosa kobieta z każdym krokiem jaki pokonywał pełen przepychu orszak uświadamiała sobie coraz bardziej, że w odróżnieniu od urzędników nikt z nowoprzybyłych dworzan nie będzie liczył się z jej autorytetem. Kiedy palankin doniesiono do końca sali został postawiony na wysokim podeście pod kosztownym baldachimem. Członkowie pochodu pokłonili się nisko swojemu panu po czym zajęli swoje miejsca między tronem a częścią pomieszczenia przeznaczoną dla uczestników zgromadzenia. Siedzenia pod zachodnią ścianą, na których kiedyś zasiadali naprzeciwko urzędników, jak równi z równymi teraz pozostawały puste. Ze wszystkich sposobów okazywania nieufności względem Centrali i sprzymierzonym z nią wasalnym rodom, ten był najbardziej dobitny. Taka postawa niosła ze sobą jasny dla wszystkich przekaz - lojalni słudzy Shihōinów niczym świta przybocznych odgradza murem swojego pana od zdrajców i nieprzyjaciół. Tuż przed zasłoniętym obliczem Powiernika Boskiego Arsenału zasiadł młody mężczyzna, który jako jedyny z zebranych posiadał przy sobie miecz. W dworskiej hierarchii zajmował drugie miejsce zaraz po samej głowie rodu. Nosił zaszczytny tytuł Obrońcy Domu Boskiej Broni, który wiązał się z wieloma przywilejami. Poczynania jednego z nich stały się powodem, dla którego osoby piastujące to stanowisko budzą strach wśród nieprzychylnych rodzinie Shihōin. Sunada Megumi - poprzednik obecnego Obrońcy uchodził za bezkompromisowego i nieobliczalnego człowieka. Śmierć ówczesnej głowy rodu uznał za skrytobójczy zamach i postanowił osobiście ukarać tych, których uznał za sprawców. Całe zajście zakończyło się śmiercią siedmiu z ośmiu przywódców podległych Shihōinom klanów i kilkuset postronnych osób, które chciały powstrzymać Sunadę. Obecny Obrońca był bezpośrednim uczniem i wychowankiem swojego poprzednika. Niektórzy obawiali się, że może okazać się równie nieobliczalny i pewnego dnia powtórzyć wyczyn swojego mistrza. Strach jaki budziła w nieuzbrojonych urzędnikach świadomość tego, że feralny dzień masakry może się powtórzyć, powstrzymywał nawet najbardziej zatwardziałych przeciwników dworu przed okazywaniem bezczelności przed obliczem swojego pana. Yuriko Kakyomaru nie zamierzała brać pod uwagę specyficznych okoliczności w jakich się znalazła. Wyniosłe spojrzenie uzbrojonego w miecz mężczyzny przelało czarę goryczy u sfrustrowanej kobiety, która w nagłym przypływie irytacji odważyła się zabrać głos niepytana. Yuriko rozejrzała się po zgromadzonych po swojej lewej urzędnikach oraz zasiadających pomiędzy nią a Lordem Shihoinem Shinigamich. Obie te grupy zostały zbombardowane przez spojrzenie w niewielkim jedynie stopniu różniące się od tego, jakim starsze rodzeństwo mogłoby obrzucić młodsze; pełniąca obowiązki Inspektora Generalnego pozwoliła zawrzeć sobie wszelkie krytyczne uwagi, niezbędne do późniejszego sporządzenia odpowiedniego raportu w niedużym notatniku skrywanym w kieszeni przy dekolcie Shihakushō, po czym westchnęła głęboko, poprawiając włosy.

- Nie spodziewałam się, że Yamarō Shihōin przygotuje dla mnie tak cudowne przedstawienie powitalne. Wspaniała choreografia. - Rzuciła ze znudzeniem, zupełnie nie przywiązując wagi do jakichkolwiek reakcji ze strony zebranych. Zamiast tego spojrzała głęboko w oczy pierwszej osobie, jaką zdołała znaleźć, siedzącej najwyżej, wyłączając jedynie samego Dowódcę.

- Obawiam się, że wspólnymi siłami udało nam się zmarnować czas na ewentualne pytania, dlatego przejdę od razu do rzeczy. Zakładając, rzecz jasna, że nie łamię w ten sposób żadnej etykiety. - Rzuciła, po czym pozwoliła sobie na cyniczny, fałszywy uśmiech - Jestem tutaj nowa, pewne rytuały wydają mi się cokolwiek... obce.

Obrońca słysząc te słowa lekko zmrużył oczy i skinął na siedzącą obok niego kobietę, która natychmiast odczytała gest i przekazała polecenie dalej. Po krótkiej chwili oczekiwania przyniesiono mu mały stoliczek z gorącą herbatą, którą rozmieszano przy nim za pomocą bambusowego pędzelka. Mężczyzna uniósł czarkę do ust wodząc wzrokiem nad głową pełniącej obowiązki, która przed chwilą nieproszona zabrała głos. Powoli delektował się świeżym naparem nie zwracając uwagi na ciche głosy oburzenia niosące się po całej sali. Kakyōmaru przyglądała się zajściu zdezorientowana. Wyraz jej twarzy zdradzał całą gamę emocji; ostatecznie raz jeszcze obrzuciła wymownym spojrzeniem ławę lojalnych wobec Centrali Shinigami, jak gdyby chciała dobitnie dać im do zrozumienia, jak mało zgrabny i niesmaczny wydał jej się ten żart. Po krótkiej chwili namysłu raz jeszcze sięgnęła po notes, w którym ponownie poczęła skrupulatnie zapisywać swoje uwagi.

- M-hmm~... - Odezwała się ponownie, nie odrywając spojrzenia znad kartek. - I jak herbata? - Spytała, głosem nie zdradzającym choćby i krztyny szacunku czy zainteresowania.

Prowadzący obrady nachylił się lekko w stronę swojej adiutantki i zasłaniając usta ręką szepnął jej kilka słów. Ta po chwili ciszy wstała i oznajmiła pełnym lekko ochrypłym głosem.

- Obrońca Domu Boskiej Broni, Strażnik Niebiańskiego Arsenału, Wielki Szambelan Dworu czcigodnej rodziny Shihōin, wielmożny Usagi Yamada ogłasza rozwiązanie obrad zgromadzenia z powodu niestawienia się odpowiednich przedstawicieli Najwyższej Komnaty 46.

- Toć to zupełny brak szacunku! - Wraz z hukiem dłoni uderzających w blat niosło się echo okrzyku jednego z lojalistów Centrali. Zaraz za nim kolejno odzywały się kolejne głosy oburzenia ze strony pozostałych członków stronnictwa. Kolejno poczęli oni wstawać i przekrzykiwać się, tworząc zgraną lawinę niezadowolenia wycelowaną w kierunku Yamady, który mimo wszystko nie przestawał raczyć się herbatą. Zupełnie inna atmosfera wydawała się panować tuż naprzeciw Shinigami wysłanej przez Najwyższą Komnatę Kakyomaru - kilka zasiadających pod Lordem Shihōinem osób zdawało się wręcz zahihotać pod nosem na dźwięk oświadczenia o przerwaniu obrad. Yuriko, choć wyraźnie zaskoczona, w przeciwieństwie do Shinigami po jej lewej nie okazała choćby minimalnego zaskoczenia - przeciwnie, wydała się wręcz rozbawiona takim rozwojem sytuacji. Po krótkiej chwili zastanowienia z jej strony, lekko skołowany śmiech przedarł się spomiędzy protestów, wyzwisk i inwektyw ciskanych przez zwolenników wpływów Czterdziestu Sześciu.

- Może najwyższa pora łaskawie wyjrzeć zza tej jedwabnej firanki, Lordzie Shihōin? - Zaprotestowała, choć ton, jakim to zrobiła mógłby raczej wskazywać na tanią, niskich lotów prowokację - Znaleźliśmy całkiem sporo czasu na poszanowanie dla prokrastynacji i patetycznych, herbacianych obrządków. Wielka szkoda, że w repertuarze części Boskiego Arsenału Shihōinów, Usagiego Yamady, nie znalazło się go chociaż tyle, by w tym czasie mógł przyswoić odrobinę ogłady względem Inspektora Generalnego. - Spojrzenia dwojga Shinigami ponownie się spotkały - Nie mam pojęcia, jak zażyłe stosunki łączą cię z Shihōinem, ale jeśli myślisz, że ich protektorat wystarczy, abyś mógł robić co tylko ci się podoba w obecności przedstawiciela Czterdziestu Sześciu, jesteś w olbrzymim błędzie. - Rzuciła, po czym uśmiechnęła się teatralnie szeroko. Przesadnie nisko pokłoniła się i ruszyła w kierunku wyjścia z sali.

Nagle w jednym momencie w miejsce wszechobecnego zamieszania i krzyków wtargnęła z niezwykłą stanowczością absolutna, wypełniona trwogą bezwzględna cisza. Wszyscy obecni po lewej stronie sali zamarli w bezruchu wpatrując się w Obrońcę, który powstał z miejsca i zatknął miecz za pas. Wszystkim obecnym tam bez wyjątku przyszło na myśl owe feralne zdarzenie. Większość z nich pamiętała je jedynie z opowieści co jeszcze bardziej podsycało ich wyobraźnie i niepewność tego co może wydarzyć się za kilka chwil. Kakyomaru obróciła się w stronę tronu nie kryjąc zaskoczenia tym jaki obrót przybrała ta niecodzienna sytuacja. Usagi uniósł czarkę z herbatą na wysokość oczu i zamaszystym ruchem wylał jej zawartość w stronę jasnowłosej urzędniczki. Yuriko z początku poczuła rozbawienie na widok tak irracjonalnego gestu ale po chwili jej uwagę przykuły małe krople zielonkawego płynu unoszące się w powietrzu. W pierwszej chwili pomyślała, że to nie możliwe aby cokolwiek co znajdowało się w tamtym naczyniu pokonało odległość jaka dzieliła ją od wielkiego podwyższenia u szczylu sali. Niezrozumiała i lekko niepokojąca fascynacja dziwnym pięknem i zapachem herbacianych kropelek skutecznie zagłuszała w niej dziwne wrażenie utraty kilku chwil świadomego postrzegania rzeczywistości. Z nietypowego stanu gwałtownie wyrwał ją miękki szelest obszernych szat jaki doszedł jej uszu. Kobieta podświadomie poczuła czyjąś obecność za swoimi plecami, ale zanim zdążyła zareagować w jakikolwiek sposób salę wypełnił niemy krzyk przerażonych gapiów. Yuriko poczuła lekkie szturchnięcie w dolnej części pleców, które nieco wybiło ją z równowagi. Końcówka drewnianej pokrytej laką pochwy mocno przylegała do miękkiego miejsca nad jej prawym pośladkiem. Nie czuła bólu ale groźba ukrytego wewnątrz ostrza przeszyła jej ciało nieprzyjemnym dreszczem. Kobieta niepewnie spojrzała za siebie i ujrzała stojącego za nią Yamadę odwróconego do niej plecami. Mężczyzna zrobił krok w przód jednocześnie przerywając nieprzyjemny dla pełniącej obowiązki inspektora kontakt z jego Zanpakutō.

- Herbata jest bardzo dobra, jeśli to panią interesuje. Proszę przerwać ten nieudany spektakl i pozwolić się na nią zaprosić.

667

Usagi zamknął za sobą drzwi od niewielkiego pokoju nieopodal sali, w której odbywało się zebranie. Wnętrze było urządzone dosyć skromnie jak na pokój ulokowany w skrzydle pałacowym. Yamada przez głowę ściągnął z siebie ciężkie, ciągnące się po ziemi szaty i rzucił je niedbale na oparcie krzesła, na którym usiadł wskazując takie samo po drugiej stronie pustego biurka. Kakyōmaru skorzystała z zaproszenia rozsiadając się szeroko naprzeciwko Yamady. Usagi machnął na odlew ręką w stronę niewielkiego paleniska w rogu pomieszczania. Smukły płomień ześlizgnął się po jego palcu i z cichym trzaskiem wpadł między stare, zwęglone polana pokryte grubą warstwą popiołu, rozniecając płomień pod żeliwnym naczyniem na wodę.

- Obiecałem herbatę, ale na to trzeba będzie trochę zaczekać. Mogę zapytać w między czasie gdzie jest Inspektor Hiranuma?

- Z całym szacunkiem, ale obawiam się, że to będzie musiało poczekać. – Kakyōmaru oparła się obiema rękoma o blat stołu, wyciągając się blisko w kierunku Usagiego – Macie jaśminową?

Usagi uniósł lekko kąciki ust i podszedł do osmolonego sagana z pustą czarką w ręku. Nabrał nieco wody i rozrobił w niej małą garść popiołu. Wrócił do stołu po czym podciągnął rękaw obnażając przedramię, na którym nakreślił naprędce skomplikowany wzór.

- Tenteikūra; Przynieście mi jaśminową herbatę do gabinetu nadkomisarza Sunady. – Powiedział wpatrując się w pustą przestrzeń, po czym skierował swoje spojrzenie w kierunku jasnowłosej kobiety. Yuriko rozejrzała się po gabinecie, jak gdyby chciała ocenić wystrój oraz metraż.

- A więc to pokój Sunady Amenosuke Megumiego? – Kakyōmaru wydawała się wręcz oczarowana – Piękny kominek. – Rzuciła z ironią w głosie, po czym dodała po krótkiej pauzie. – Komisarzu Yamada, czy mam uznać to za zawoalowaną groźbę?

- Sunada-sensei był moim mentorem. Nauczył mnie wszystkiego co wiem o pracy w Służbach Specjalnych. Tak się złożyło, że objąłem piastowaną przez niego funkcję zaraz po tym jak go uwięziono. Nie ukrywam, że pozostaję wierny jego ideałom i przekonaniom, chociaż nie miałem jeszcze okazji żeby wyrazić je w tak dobitny sposób. Doszukiwanie się drugiego dna wszędzie tam gdzie coś nas ze sobą łączy jest sporą przesadą. Idąc tym tokiem rozumowania, samo moje istnienie jest jedną wielką groźbą dla miłościwie nam panujących i ich klakierów.

- Sunada Megumi jest odpowiedzialny za zamordowanie przeszło pół tysiąca członków Służb Specjalnych, w tym przynajmniej czterdziestu wysłanników Najwyższej Komnaty 46. Z zimną krwią pozbawił życia wysokiej klasy Shinigamich, w tym przedstawicieli znamienitych i dumnych rodów szlacheckich. – Yuriko pozwoliła sobie w tym miejscu na kolejną dłuższą pauzę, podczas której w jednej chwili cała powaga i surowość wypisane na twarzy zmieniły się w kokieteryjny uśmiech, zupełnie jak gdyby w kolejnych minutach z jej ust paść miała jakaś lubieżna, rozwiązła propozycja. – Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że faktycznie pozostajesz wierny jego… ideałom. W końcu obecna sytuacja z Quincy… - Przerwała, nie mając zamiaru kontynuować rozpoczętego zdania.

Usagi roześmiał się szczerze pełnym głosem co zdarzało się niezwykle rzadko. Przeważnie jego ekspresja była ściśle powiązana z szyderstwem, jednak w tym wypadku dał upust swojemu autentycznemu rozbawianiu zasłyszanymi przed chwilą słowami.

- To było dobre. Szczególnie ten fragment o znamienitych przedstawicielach. Rozumiem, że czasem formalne okoliczności wymagają idiotycznego wręcz patosu, ale teraz jesteśmy tu zupełnie sami. Zapewniam cię, że większość z tych przedstawicieli z całą pewnością na wyrost dumnych rodów nawet nie stało obok kogoś znamienitego. To banda zwykłych zasrańców i pieczeniarzy mających o sobie zbyt wysokie mniemanie. Między innymi to ze względu na nich wróciliśmy do ścisłego przestrzegania ceremoniału, który na dobrą sprawę zarzucono już dwa wieki temu. Nie lubię tego całego przepychu, jestem minimalistą, ale ten cyrk to jedyny sposób żeby przypomnieć co poniektórym gdzie jest ich miejsce.

- Dość butna opinia jak na kogoś o tak wybornie szlachetnym nazwisku. – Uśmiechnęła się ironicznie Yuriko. – Chociaż może nie powinnam pozwalać sobie na tego typu uszczypliwości. Nie minęło piętnaście minut odkąd dałeś mi dość jasno do zrozumienia, jak… skrupulatnie jesteś gotów podążać za tym, co określiłeś „ideałami” Megumiego.

Nim wysłanniczka Najwyższej Komnaty 46 skończyła wypowiedź, w skromnym gabinecie pojawiła się Koizumi Setsuko z ceramicznym naczyniem wypełnionym zmielonymi liśćmi herbaty.

- Jest i herbata. – Rzuciła w przestrzeń Kakyōmaru, uśmiechając się do podkomendnej Usagiego w nienaturalnie szczery dla niej sposób. – Wprost nie mogłam się doczekać.

Setsuko obrzuciła jasnowłosą kobietę oceniającym spojrzeniem po czym wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. Yamada zdjął z ognia żeliwne naczynie z wodą i zaczął przygotowywać herbatę zgodnie z kanonami sztuki jej parzenia.

- Proszę nie przywiązywać zbyt dużej wagi do pseudonimów, może okazać się to niezwykle mylące.

– Powiedział ze szczerym uśmiechem rozrabiając w wodzie zielony proszek. – Ideałami Sunady-sensei była cierpliwość, wyrozumiałość i łagodność. Swoimi słowami obraziłaś Lorda Shihōin i chociaż on sam całymi dniami hańbi swoje nazwisko to nie mogłem pozostawić tego bez żadnej reakcji. Zbyt wiele uszu słyszało jak jakaś młoda ambicjuszka z Centrali ośmieliła się wywołać do odpowiedzi Powiernika Boskiego Arsenału. – Dodał tonem nieadekwatne obojętnym do tak wysokiej tytulatury podając nienagannie przygotowany napar.

- „Powiernika Boskiego Arsenału”, który najpewniej jest równie szlachetny i namaszczony przez wszelakie bóstwa co pozostali szlachcice… Przynajmniej, jak zgaduję, tak brzmiałaby twoja opinia. – Stwierdziła, po czym westchnęła głęboko, jak gdyby zmęczona przedłużającą się rozmową. – Cóż jednak mogę powiedzieć… Każdy z nas miał do zagrania rolę w tym teatrzyku. Sam przyznałeś to wcześniej, a ja nie zamierzam się z tym spierać. Pozwolę sobie natomiast delikatnie zakręcać w kierunku meritum… o ile parzenie herbaty nie jest wyjątkowo zajmujące.

- Nigdy nie widziałaś Yamarō Shihōina, prawda? Oczywiście, że nie… Może kiedyś spotka cię taki „zaszczyt” i sama ocenisz czy różni się czymś od innych szlachetnie urodzonych. Jednak nie radziłbym nastawiać się zbytnio na okoliczność takiego spotkania, ani nie żałować, że najpewniej nigdy do niego nie dojdzie. – Rzucił jakby do siebie odkładając na blat małą drewnianą łyżeczkę. – A co do przechodzenia do meritum… czy nie jest nim wspólna herbata? Myślałem, że po to się tutaj spotkaliśmy.

Kobieta westchnęła ciężko, wyraźnie poirytowana.

- Słyszałam, że Lord Shihōin jest dość przystojny. – Rzuciła obojętnie tonem zdradzającym kompletny brak zainteresowania, przegarniając palcami gęste, lekko kręcone włosy. – Może jako prosta, ambitna kura z Centrali powinnam już opłakiwać spotkanie, do którego nie dojdzie? - Wiele razy widziałem jak młode ambitne kury, a nawet koguty opłakują spotkania, do których doszło. Nie mam pewności jak byłoby w tym przypadku, ale coś mi mówi, że taka znajomość mogłaby okazać się uciążliwa dla osób związanych z najbliższym otoczeniem Głównodowodzącego. No ale nie mówmy o tym... Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu próbujesz zainteresować mnie jakimś tematem, który o dziwo uważasz za ważniejszy od naszej herbacianej pogawędki.

- Myślę, że wyczerpaliśmy już tematy naszych hobby, stosunku do szlachty, masowych morderców i zbrodniarzy oraz legendarnego i szeroko omawianego w damskich toaletach powabu Yamarō Shihōina. Herbata również zdaje się być gotowa… -W tym miejscu Yuriko pozwoliła sobie zaczerpnąć łyka przygotowanego przez Yamadę napoju – Jest cudowna, zapewniam, jednak czas nagli. – Oznajmiła, pośpiesznie przełykając wciąż gorący płyn. – Pozwoliliśmy sobie na wymianę pewnych uszczypliwości, niemniej głęboko wierzę, że jesteś rozsądnym człowiekiem. Zdaję sobie sprawę, że najpewniej wolałbyś rozmawiać z Hiranumą; kiedy tylko zjawi się na służbie, z pewnością będziecie mieli chwilę, żeby omówić ten temat nieco szerzej.

- Mam przez to rozumieć, że Centrala wyznaczyła ciebie do przedstawienia nam planu na to jak uratować jej nieudolne rządy przed upadkiem? Takie zadanie wymaga dyplomatycznego wyczucia… Z pewnością masz jeszcze masę innych przymiotów – Powiedział spoglądając wymownie na wydatny biust Yuriko - ale nie każdy potrafi odnaleźć się na dworze rodu Shihōin. – Usagi przerwał na chwilę wpatrując się w pełne determinacji oczy młodej kobiety. – Czy na pewno chcesz ze mną o tym rozmawiać? To co mogłabyś powiedzieć na tej sali gdybyś umiała przemawiać z ogładą nie ma już żadnego znaczenia. Rozkazy zostały już rozesłane. Wszyscy wiedzą co i jak mają robić. Pozostaje kwestia ceny za lojalność, jakiej potrzebujecie do rzetelnego wypełnienia tych zadań. Nam na tym nie zależy. Jeśli spartolimy robotę… to może okazać się zbyt wiele dla coraz bardziej niedomagającej machiny urzędniczej. Jeśli teraz powinie wam się noga, wielka czwórka utnie łeb czterdziestosześciogłowej hydrze i zastąpi ją bardziej kompetentną od obecnej zbieraniną opłacanych politykierów. Potrzebujecie pomocy, ale to kosztuje. Zastanów się czy jesteś dobrą osobą do tego, żeby podać mi cenę. Jeśli coś pójdzie nie tak, zupełnie jak podczas zebrania to bardzo utrudnisz pracę komuś, kto będzie musiał po tobie posprzątać. Jeśli to zepsujesz, może nawet wbijesz ostatni gwóźdź do trumny Centrali. Musisz zaproponować mi coś na co się zgodzę i to musi być konkret. Zobacz jak wiele od ciebie teraz zależy. Nie tego chciałaś? Jesteś w końcu ważną osobą. Pewnie do pełni częścią brakuje ci jeszcze całej widowni, no ale nie można mieć wszystkiego. Słucham więc. Co jest warte tego, żeby kwiat szlachty Soul Society brudził sobie ręce krwią niewinnych kmieci w obronie czterdziestu sześciu taboretów na których w każdej chwili może usiąść ktoś inny?

W gabinecie dawnego mentora Yamady zapadła głęboka cisza, mącona wyłącznie przez trzaskający w kominku ogień; mimo pozornie spokojnej atmosfery, powietrze wewnątrz pomieszczenia wydawało sie gęstnieć.

- W porządku, Usagi Yamado. - Yuriko uniosła brew. Ton jej głosu uległ diametralnej zmianie; wyraźnie znudzona i zirytowana przedłużającą się rozmową, po raz pierwszy od początku rozmowy wydała się zabrzmieć śmiertelnie poważnie. - Zdaję sobie sprawę, jak pewnie czujesz się w tej sytuacji. Prosta, bezimienna baba z wielkimi cyckami przyszła popisać się swoim brakiem ogłady i rozeznania w szlachetnej i uświęconej dworskiej błazenadzie. Musisz czuć się szalenie pewny siebie, jednak nasza mała przepychanka na prawdę zajęła znacznie dłużej, niż mogłabym sobie tego życzyć. - Oznajmiła, po czym oparłszy się wygodnie na siedzeniu poczęła mówić dalej, nie dając Usagiemu szansy na odpowiedź. - Gdybyś pozwolił mi dokończyć, twój spryt i przenikliwy intelekt z pewnością pozwoliłyby ci dojść do dość oczywistego wniosku, iż jestem tu tylko i wyłącznie przy okazji.

Usagi rozsiadł się wygodnie, jak gdyby naśladując sposób, w jaki przed momentem zrobiła to Kakyōmaru.

- Widać przeoczyłam odpowiedni moment, żeby podkreślić dokładny powód mojej wizyty... Cóż, może ci się to wydawać niepojęte, ale zajmuję się czymś więcej niż podawaniem kawy piędziesiątemu piątemu sędziemu w Komnacie i sortowaniu dokumentacji zaopatrzenia. Hiranuma mógłby zająć się tą sprawą, jednak powodem mojej wizyty nie jest wyłącznie poselstwo, z którym wysłać można tu byle jakiego urzędnika.

Yamada pociągnął duży łyk herbaty odchylając głowę nieco do tyłu. Ani na chwilę nie spuścił wzroku z wyraźnie poirytowanej twarzy Kakyōmaru. Oparł się o blat stołu jedną ręką po czym powiedział z tonem kpiny w głosie.

- Przy okazji to można wdepnąć do jednej z tych modnych ostatnimi czasy spelun ze świńskimi akcentami na szyldach i adekwatną do tego klientelą. Przed pełnym zgromadzeniem dworu rodziny Shihōin nie staje się przy okazji. Ale słucham, zdradź mi proszę, jak niezwykle ważny jest powód, dla którego tu jesteś i przy okazji odwiedzasz nasze skromne progi. - Rzucił, kładąc nacisk na każde kolejne "przy okazji".

Przez krótki moment przez twarz srebrnowłosej kobiety przebiegło coś, co mogłoby przypominać uśmiech, nie zagościł on jednak na dłużej na surowej twarzy Yuriko.

- Cieszę się, że nie tylko ja mam wyraźnie dosyć gadki-szmatki. - Oznajmiła sucho. - Moje serce rozpala wręcz również płomień dumy i zadowolenia, że po tych wszystkich trudach i wysiłkach tak znamienity Shinigami jak ty zechciał łaskawie mnie wysłuchać.

- Zazionęła ironią teatralnie przewracając oczyma, po czym gwałtownie zerwała się z miejsca i oparła łokciami o stół. - Nigdy nie zgadniesz, ale coś nas łączy.

Usagi skrzywił się delikatnie, jednak nim zdołał zabrać głos, Kakyōmaru ponownie go wyprzedziła.

- Oboje jesteśmy tu z powodu Yamarō Shihōina. - Zakomunikowała twardo, po czym umilkła na chwilę. W gabinecie raz jeszcze zapadła cisza, którą przerwał dopiero dźwięk dziewczyny, raz jeszcze rzucającej się na oparcie siedzenia, poprawiającej sobie przy tym włosy. W jej głosie pojawił się frywolny, żartobliwy ton. - Cóż, prostej ambicjusze chyba jednak przyjdzie spotkać się z tą ciemną gwiazdą. Mam szczerą nadzieję, że twój talent do pracy w Służbach Specjalnych wyprzedza nieco poziom twoich zdolności profetycznych.

- Ja jestem tu z powodu remontu w południowym skrzydle. Gdyby nie on, rozmawialibyśmy w gabinecie sekretarza dworu. Nadal zjada mnie ciekawość, co dokładnie jest powodem twojej wizyty. Jeszcze chwilę potrzymasz mnie w niepewności i też zacznę rzucać się na krześle ze zniecierpliwienia.

- To ci się udało. - Kakyōmaru wskazała na Yamadę palcem z szerokim uśmiechem na twarzy. - Aż jestem ciekawa, czy mi też uda się wywołać na tej ponurej twarzy chociaż odrobinę uśmiechu. Do twarzy ci z nim~ - Rzuciła, jednak nie uzyskała jakiegokolwiek odzewu ze strony Usagiego. - No weź, za chwilę dostaniesz skurczu od utrzymywaniu tej miny poirytowanego baseta. Jakby nie patrzeć, po części jestem tu też ze względu na ciebie. - Wzrok Yuriko utkwił głęboko w błękitnych oczach jej rozmówcy - Jestem tu w ramach śledztwa dotyczącego nieudanego przewrotu sprzed czterdziestu lat.

- Jak na tak silną kobietę wydajesz się być wyjątkowo niezdecydowana. W jednym zdaniu mówisz, że jesteś tu ze względu na mnie i chcesz podziwiać mój uśmiech, jednocześnie badając jakąś sprawę, z którą nie mam nic wspólnego. Mógłbym być w niej ledwie świadkiem, mimo to mam wrażenie, że zasiadam na ławie oskarżonych.

- "Oskarżonych"? - Obruszyła się, sztucznie zaskoczona. - Nie zdążyłam jeszcze nic powiedzieć. Czyżbyś miał coś na sumieniu?

- Sumieniu? Gdybym miał sumienie, nie pracowałbym w takim miejscu. Człowiek taki jak ja może być oskarżony o cokolwiek, w jakiejkolwiek chwili, jeśli zachodzi taka potrzeba. Centrala nie jest hojna w podawaniu konkretnych powodów, które uzasadniałyby jej działania. - Oznajmił, po czym obrzucił rozmówczynię osądzającym spojrzeniem. - Z resztą, jest tak jak mówisz. I w tym właśnie problem, nie powiedziałaś jeszcze zupełnie niczego. - Rzucił surowym tonem Usagi. - Sprawa została zamknięta ponad trzy dekady temu. Naczytałaś się kiepskiej literatury, czy może sortując papiery znalazłaś jakieś niewątpliwie znaczące dla sprawy dowody? - Ciemnowłosy Shinigami westchnął głęboko, po czym wstał z miejsca. - Celujesz w spore sprawy. To ma być ukoronowanie całej kariery czy jej spektakularny początek? Chociaż nie sądzę, żeby dorżnięcie dochodzenia sprzed 40 lat nadawało się na tego typu trofeum.

- "Dorżnięcie", "brak sumienia"... Jeszcze kilka podobnej wagi słów i nie będę mieć żadnych wątpliwości, w jakim stopniu wierny i oddany jesteś ideałom kultywowanym przez Krwawego Megumiego. - Rozmasowała sobie kark, po czym obrzuciła Yamadę kolejnym kokieteryjnym spojrzeniem. - Wiesz, na prawdę podoba mi się nasza mała gierka w kotka i myszkę. Może nawet mogłabym poprosić o kolejną czarkę herbaty? Chociaż... - Yuriko przerwała wypowiedź, nadając jej treści odrobiny fałszywej niepewności. - Przy całym tym zimnokrwistym braku sumienia i dożynaniu, może nie powinnam dawać ci więcej okazji.

Yamada w milczeniu spełnił prośbę. Jego ruchy przy serwowaniu herbaty nie były zimne i wyrachowane jak poprzednio. Pomimo niezwykłej płynności i precyzji, nie można było im odmówić pewnej dozy erotyzmu i pasji jaką żywił najpewniej do samej sztuki parzenia. Młoda urzędniczka nie była do końca pewna, czy to przypadkiem nie do niej był adresowany ten pokaz herbacianego kunsztu razem z jego intrygująco niejasnym przekazem. Każdy jego gest łagodnie choć odważnie łamał barierę konwenansów i nieskrywanej niechęci dzielącej dwoje rozmówców. Z nienaganną, pełną usłużności gracją podał kolejną czarkę gorącego naparu, po czym wrócił na swoje miejsce i zapytał nie kryjąc lekkiego rozbawienia.

- Boisz się, że cię otruję? Jak niby miałbym to zrobić przy tobie? Możesz mieć inne zdanie w tej kwestii, ale nie pluję jadem.

- Proszę, proszę... - Rzuciła Kakyōmaru, wodząc wzrokiem za Yamadą, gdy tylko ten dokończył podawanie napoju. - Przestań, bo jeszcze się zawaham. Natomiast co do jadu... Słyszałam o twoich umiejętnościach w dziedzinie Kidō. Wolałabym nie ryzykować. - Oznajmiła pociągnąwszy łyk herbaty. - Przyjrzałam się twojej teczce. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe. Natknęłam się na kilka nieścisłości w dokumentach i... - Raz jeszcze zaczerpnęła łyka, jak gdyby przeszkadzając samej sobie w kontynuowaniu wypowiedzi. - Jest niesamowita, pobierałeś jakieś lekcje?

- Cieszę się, że smakuje. Jak już mówiłem, Sunada-sensei nauczył mnie wszystkiego, co wiem o pracy w Służbach Specjalnych. Moje szkolenie zaczęło się właśnie od nauki poprawnego parzenia herbaty.

Kakyōmaru zerknęła na Yamadę znad czarki.

- Za chwilę zacznę na prawdę obawiać się o własne życie. - Oznajmiła, ponownie oficjalnym, acz niepozbawionym nuty ironii głosem, odstawiając czarkę na blat. - Kontynuując, pozwoliłam się przyjrzeć zawartości twojej teczki. Przez krótką chwilę spodziewałam się, że będziesz choć odrobinę zaskoczony... Jednak co Służby Specjalne to Służby Specjalne. Doskonale wiecie, że każdy w Soul Society ma swoją teczkę na długo przed tym, jak uczy się, za którą część miecza powinien chwycić. - Stwierdziła, po czym przyjrzała się twarzy Usagiego. - Przyjmij moje najszczersze kondolencję z powodu twojego ojca.

- Dziękuję. Chociaż osoba z twoimi sympatiami politycznymi powinna raczej pogratulować mi udanej egzekucji. Pamiętam jak bardzo bałem się, że zepsuję to cięcie. Nie można ciąć za płytko, ani za głęboko; takie odstępstwo jest uważane za nieeleganckie.- Odpowiedział obojętnym tonem obracając czarkę w dłoniach.

- Moje sympatie nie mają tu nic do rzeczy. - Westchnęła, opierając ramię o blat. - Wracając jednak... Nieścisłości w twoich dokumentach to co prawda drobnostki, jednak to, o czym wspomniałeś wcześniej... Określenie swojego pospolitego co prawda nazwiska jako "pseudonimu"... Nie ukrywam, naczytałam się dość kiepskiej literatury. Autorowi tych dokumentów z pewnością brakowało genu artysty, który widzę u ciebie. - Rzuciła, po czym parsknęła pod nosem. - Usagi, czy wszystko z tobą w porządku? - Spytała, jak gdyby kierowała to pytanie do najlepszego przyjaciela.

- Pseudonim to jednak przesada. Tak zwykła nazywać mnie matka. Skoro o tym mowa, to mam dość sporo imion, jeśli cię one interesują. W mojej rodzinie do samego jej końca utrzymywał się pompatyczny zwyczaj nadawania co najmniej trzech imion męskiemu potomkowi. Nie myśl tylko, że zdradzam ci jakąś tajną wiedzę. Wszystko to jest napisane w aktach, jeśli nie dosłownie, to między wierszami.

- Unikanie pytań nie jest w tym wypadku zbyt dobrym pomysłem. Staram ci się pomóc~ - Westchnęła

- Uniknąłem jakiegoś pytania? Jeśli chodziło o to ostatnie, to nie sądziłem, że wymaga ono odpowiedzi. Myślę, że wszystko ze mną w porządku... Może poza tym, że niebyt dobrze się dzisiaj wyspałem, a obowiązki jakie przypadły mi wraz z ogłoszeniem najnowszego pomysłu Centrali nie należą do najprzyjemniejszych.

- Może warto odwiedzić Sōjuna Kuchiki? Słyszałam, że podupadł na zdrowiu. Sama planuję u niego wizytę całkiem niedługo. Ciekawe, czy również parzy tak sensacyjną herbatę... - Rzuciła bez większego namysłu, po czym wstała z miejsca. - Chciałabym, żebyś wiedział, że dokładnie przestudiowałam notatki na temat ciebie, twojego ojca i reszty twojej rodziny, Usagi. Do tego udało mi się dotrzeć do wiarygodnego źródła, którego zeznania dotyczące nieudanego puczu sprzed 40 lat mogą przewrócić sprawę do góry nogami. Oficjalnie za winnych uznano Shihōinów, jednak prawda wydaje się być zupełnie inna. Wygląda na to, że wszystkie Cztery Wielkie Rody Szlacheckie maczały palce w tym jawnym akcie zdrady, który to dążyć miał do moralnie niepoprawnego, fanatycznego zrywu... I nie tylko z resztą one. - Stojąca do tej pory plecami do Yamady Yuriko odwróciła się w jego stronę i spojrzała mu głęboko w oczy. - Powiedz mi, czy jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć na ten temat, teraz, kiedy masz na to szansę?

- Tak, muszę ci zdradzić mały sekret. Właściwie to coś, czego nie zauważa bardzo duża grupa ludzi. Mała różnica, która zmienia postać rzeczy. Różnica między teorią a praktyką. Czterdziestu sędziów i sześciu mędrców siedzi schowanych w swoim podziemnym pałacu, nie mając pojęcia co dzieje się na powierzchni. Ich oczami i uszami są odpowiednie służby i instytucje. Między innymi ty i ja pełnimy rolę zmysłów Centrali. Jeśli coś się wydarzyło bez reakcji owych zmysłów i nie zostało przekazane przełożonym, to teoretycznie incydent taki istnieje, ale praktycznie, sprawę można uznać za niebyłą jeśli władze nie mają pojęcia o jej istnieniu. Od razu zaprzeczę zanim pomyślisz, że namawiam cię do porzucenia śledztwa ze względu na moje lub czyjekolwiek bezpieczeństwo. Sytuacja prezentuje się następująco... Centrala ma problemy z utrzymaniem politycznego ładu przez wewnętrzne zepsucie i podziały. Wiem o tym dosyć sporo jako dowódca Korpusu Śledczego. Jeśli dostaję jakąś sprawę dotyczącą machlojek jednego z "waszych" rodów od razu wkładam ją do szuflady i zapominam o niej. W innym wypadku to samo zrobi urząd wyższej instancji, któremu przekażę wyniki mojej bezsensownej w takim wypadku pracy. Taki proceder budzi sprzeciw rosnących w siłę opozycyjnych stronnictw różnej maści. Powiedzmy, że to prawda; że wszystkie rody są zamieszane w przewrót. Macie zamiar je obalić? Wszystkie cztery? Teoretycznie powinniście to zrobić skoro są istnieją dowody na ich zdradę. Jednak czy tak się zachowuje rząd na skraju upadku? Szuka sobie wrogów, być może potężniejszych od niego samego? Jak zwykle praktyka jest zupełnie inna. Myślę, że te osobliwe umizgi czasem zakrawające o niezbyt udane groźby są próbą pozyskania naszej lojalności, tak, żeby wszystko zakończyło się dobrze i bez większych zmian na stanowiskach. Rozumiem to. Chcecie mieć wszystko pod kontrolą. Za kilka dni mój korpus wyrusza do Rukongai żeby zrobić to co trzeba... Jeśli chcecie mieć pewność, czy zrobimy to dobrze, czemu nie wyślecie z nami obserwatora? Może zgłosisz się na ochotnika? Myślę, że między mordowaniem kobiet i dzieci a paleniem ich ciał znajdę chwilę na krótką wspólną pogawędkę przy herbacie.

- Jesteś czarujący, na prawdę, a kolejna herbata wydaje się być szalenie kusząca, niemniej o ewentualnym nadzorze i osobie do tego wyznaczonej zadecyduje Centrala. - Yuriko położyła dłoń na oparciu krzesła, nachylając się lekko w kierunku rozmówcy. - Cieszę się, że osiągnęliśmy pewien konsensus w tej sprawie. Istotnym jest, aby Cztery Rody Szlacheckie oraz Onmitsukidō zrozumiały, że potrzebują Najwyższej Komnaty 46, tak samo jak Komnata potrzebuje ich. Kiedy to wszystko się skończy, jestem pewna, że oboje będziemy mogli odetchnąć z ulgą.

- Skoro już jesteśmy po jednej stronie, to muszę ci wyznać, że perfidnie cię wykorzystałem do uniknięcia moich własnych obowiązków. Doskonale wiem, że Centrala wyznaczyła cię do nadzorowania mojego niepokornego oddziału o podobno wątpliwej lojalności i nawet jeśli tak nie jest staniesz na głowie, żeby tak się stało. Więc skoro już jesteś częścią naszej ekspedycji, która oczywiście będzie odbywała się poza dworem i jego zasadami... to teoretycznie masz najwyższy stopień. Dobrze by było, gdybyś nadzorowała przygotowania i odpowiednio poinstruowała ludzi. Dla mnie to przykry obowiązek, a ty wydajesz się lubić rozstawiać ludzi po kątach. Skoro twoja obecność i tak była od początku wliczona w plan wycieczki, nie ma sensu z tym walczyć. Ja muszę się w tym czasie porządnie wyspać i zrobić parę innych bezproduktywnych rzeczy dla własnej próżności, bo coś mi mówi, że sam będę musiał odwalić większość mokrej roboty.

- Aż tak przypadło ci do gustu moje towarzystwo? A może próbujesz udowodnić mi jednak, że twoje profetyczne umiejętności nie są takie złe? - Uśmiechnęła się przekornie, kierując się w stronę drzwi. - Jeszcze pomyślę, że nie powinnam była się tak pochylać nad tym stołem. Nie powiedziałam jeszcze, że to ja zajmę się monitorowaniem tej wesołej eskapady...

- Pewnych rzeczy nie trzeba mówić. Mam wrażenie, że powaga tego miejsca skutecznie przypomina ci o tym jak nierozważnym byłoby oddanie spraw na tym etapie w ręce inne niż twoje. Stare przysłowie mówi, że nie zmienia się koni w trakcie przeprawy.

- W połowie rozmowy przestałeś ufać Panu Hiranumie? - Zapytała

- On jest za gruby, żeby z nami jechać. Dosłownie i w przenośni. Ty jesteś w sam raz do takiej roboty. Coś mi mówi, że byłaś już kiedyś w Rukongai... Zawsze miałem ucho do akcentów. - Powiedział, beztrosko wyjmując należący do kobiety notes z kieszeni rękawa. Przejrzał go naprędce nie okazując żadnego zdziwienia widokiem pustych kartek po czym rzucił go na stół i triumfalnie rozsiadając się na krześle, powiedział. - Od początku wiedziałem, że nic tam notujesz, ale liczyłem na jakieś rysunki... trochę szkoda.

- Z tyłu okładki jest twoja karykatura. - Uśmiechnęła się, jednak coś w jej twarzy wyraźnie wskazywało na głębokie poirytowanie. - A teraz wybacz, mam całkiem sporo do zaraportowania. - Oznajmiła, po czym pośpiesznym krokiem ruszyła w stronę drzwi. Dopiero ich trzask, głośny, gwałtowny i nieprzyjemny, stanowił dla Usagiego koronę całej dyskusji, godną czterech czarek herbaty i przynajmniej czterdziestu minut rozmowy.

Podczas gdy Yamada jeszcze dopijał herbatę w gabinecie dawnego mentora, Yuriko pokonywała kolejne kręte korytarze skrzydła pałacowego, zupełnie jak gdyby chciała jak najszybciej oddalić się od miejsca, w którym odbyła się rozmowa. Dopiero gdy uznała, iż osiągnęła odpowiedni dystans, zatrzymała się i zagarnęła dłonią swoje gęste, srebrne włosy.

- "Ucho do akcentów" - Parsknęła, po czym ruszyła dalej przed siebie.

667

W Centrali 46 decyzje podejmowane są demokratycznie, jednak nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że większość jej członków nie może sobie pozwolić na głosowanie wedle własnego uznania. Cztery nieformalne stronnictwa będące pamiątką po czasach, w których Najwyższa Komnata była uzależniona od wpływów Wielkich Rodów z czasem uniezależniły się od swoich mocodawców żądając ceny za reprezentowanie ich wpływów w zgromadzeniu aż w końcu stały się na tyle silne, by podporządkować sobie całą arystokrację. Ciemny, ciasny pokój oświetlał płomień tylko jednej świecy stojącej na monstrualnie wysokiej ławie przypominającą tą, za którą zasiadają sędziowie. Za jej blatem Kakyomaru mogła z ledwością dojrzeć bladą pociągłą twarz trzydziestego czwartego sędziego Sakakiego Ōsakayamy.

- Jak wygląda sytuacja? – Rzucił, krótko pochylając się nieznacznie w stronę kobiety.

- Przekazałam wszystko, co miałam do powiedzenia Usagiemu Yamadzie. – Oznajmiła krótko stanowczym tonem. – Niestety, nie udało mi się porozmawiać z Yamaro Shinoinem osobiście.

- Co to znaczy nie udało się? Miałaś wybadać sytuację na dworze i dostarczyć mi gwarancji na to, że te psy nie pomyślą ani przez chwilę o zdradzie albo sabotażu. Mam wrażenie, że mówiłem ci co się stanie kiedy plan eksterminacji w Rukongai wyjdzie na jaw. Najchętniej zleciłbym to zadanie innemu Korpusowi, ale każda próba odsunięcia tych przeklętych dworaków od tej sprawy jeszcze wzmogłaby niezdrową ciekawość i dała im zbyt dużo czasu na knucie. Musimy im zająć ręce i pilnować ich na każdym kroku.

- Bezpośrednim powodem jest właśnie sytuacja na dworze. – Poinformowała niezdradzającym jakichkolwiek emocji głosem. – Zwołane zostało zebranie, jednak Yamada buńczucznie przerwał je zanim zdołałam przekazać jakiekolwiek informacje.

- Doniesiono mi już o tym. Mam nadzieję, że moi informatorzy po prostu cię nie lubią i dlatego przedstawiają tamtą sytuację tak jakbyś zupełnie straciła nad nią kontrolę. Rozumiem, że współpraca z księciem Kudarą może być trudna. Przy kolejnej okazji powinnaś mu przypomnieć jego ostatnią wizytę w naszych progach. Wtedy nie wydawał się być taki wyszczekany. – Mężczyzna cedził słowa przez zęby po czym westchnął głęboko. – Podobno masz przedstawić mi raport. Robiłaś coś oprócz picia herbaty z synem wichrzyciela?

- Nie zamierzam wystawiać Pańskiej cierpliwości na próbę, Panie Osakayama. – Rzuciła uprzejmie, acz nieszczerze. – Jednak z całym szacunkiem, ale rozwiązanie zebrania spowodowane kapryśnymi zabawami Yamady zmusiło mnie do przeprowadzenia z nim rozmowy za zamkniętymi drzwiami. Nie uważam, abym jakkolwiek straciła kontrolę nad sytuacją. – Stwierdziła ozięble, po czym wsparła dłoń na biodrach. – Struktury układy wewnątrz dworu wydają się być chwiejne i niestabilne. Skoro zaczerpnął Pan już języka swoich informatorów, z pewnością jest Pan świadom chaosu, jaki zapanował, kiedy Yamada rozpoczął swoje gierki. Wątpię, aby na dzień dzisiejszy ktokolwiek z nich był zdolny do przeprowadzenia buntu czy wywołania puczu.

Yuriko westchnęła głęboko, po czym przyjrzała się niewyraźnej sylwetce sędziego. Na języku wciąż pozostawał jej świeży, przyjemny, jaśminowy posmak herbaty.

- Nie powiedziałabym również, że współpraca z Usagim Yamadą wydała mi się szczególnie trudna. – Mlasnęła, w duchu delektując się ulotnym niczym para wspomnieniem smaku oraz aromatu zaserwowanego napoju. – Z pewnością ma się on za wyjątkowo ważną jednostkę. Wiedza oraz możliwości, jakie posiadł uczyniło go pozornie silną osobą, niemniej wciąż jest cała masa rzeczy, o których nie ma pojęcia. To przerost formy nad treścią… Jednakże mam wrażenie, że nie do końca to miał Pan na myśli, mówiąc, że chce usłyszeć raport. – Uśmiechnęła się pod nosem z przekorą.

Sędzia Sakaki, wyraźnie poirytowany, miał już w sposób jasny i dosadny wyrazić swoją dezaprobatę, jednak Kakyomaru natychmiast weszła mu w słowo, uniemożliwiając mu wypowiedź. - W trakcie rozmowy z Yamadą udało mi się osiągnąć z nim… „Porozumienie”, o ile można określić to w ten sposób. – Kontynuowała Yuriko. – Zasugerował, abym osobiście sprawowała pieczę nad misją eksterminacji zamieszkującej tereny Rukongai ludności. Za pozwoleniem, chciałabym skorzystać z jego zaproszenia, a także po wykonaniu misji, podjąć się zadania monitorowania jednostki Yamady oraz jej przyległych komórek. – Sędzia zamilkł na chwilę, co z bliżej nieokreślonych powodów wywołało na twarzy kobiety szeroki uśmiech. – Jeżeli gdziekolwiek mielibyśmy szukać punktów mających zapobiec ewentualnemu zrywowi, powinniśmy wziąć pod lupę ludzi dookoła „Księcia Kudary”, jak to nazwał go Pan kilka chwil temu, a także odpowiedzialną za poprzedni zryw Szlachtę, z wyszczególnieniem Shihoinów oraz Kuchikich.

- Doceniam, że przyznałaś się do tego, że decyzja Centrali o zaprowadzeniu nadzoru nad nielojalnymi korpusami zmieniły się w hojną propozycję dowódcy jednostki, którą miałaś obserwować. To znaczy, że pozwoliłaś przejąć mu inicjatywę. Wie, że siedzisz mu na karku i specjalnie wywabił cię poza mury Seireitei gdzie zostaniesz sama razem z nim i jego ludźmi. Nie ganię cię za to, ale powinnaś zdawać sobie sprawę ze swojego położenia. Przydzielę ci odpowiednio duży oddział… odpowiednio większy od oddziału Yamady. Na razie skup się na nadzorowaniu operacji w Rukongai. To nasz priorytet. Kiedy cię nie będzie twoje śledztwo w sprawie przewrotu przejmie wyznaczona przeze mnie osoba, która skontaktuje się z tobą jutro. – Sędzia zrobił dłuższą przerwę jakby wahając się przed wypowiedzeniem słów, które miał już na końcu języka. – Do twojego oddziału przydzielę najbardziej elitarną jednostkę jaką dysponuje Centrala. Oficjalnie będą pełnili funkcję twojej osobistej ochrony jednak… - Znowu zamilkł na moment kiedy słowa z jakiegoś powodu uwięzły mu w gardle. – Powiem wprost. Masz zlikwidować Yamadę i jego oficerów. Znajdziesz sobie jakiś pretekst. Jeśli nie to go wymyślimy, chociaż jestem pewny, że pupilki Shinoinów dostarczą ci ich aż w nadmiarze. Inuzuri jest daleko to dobre miejsce, żeby pozbyć się tych… problemów.

- Nie przystoi zatajać faktów przed własnym przełożonym. – Oznajmiła z westchnieniem, jak gdyby prowadzona konwersacja nudziła ją, zmuszając do miotania banalnymi komunałami. – Przed tym, jak przejęłam dowództwo nad sprawą przewrotu pouczono mnie, aby w wypadku rozmów z osobami z wyższych sfer postępować w określony sposób. Yamada, jak już wspomniałam, ma się za szalenie wywyższoną jednostkę. Jedyne, co zrobiłam, to pozwoliłam mu poczuć się wygranym, podczas kiedy sam zgodził się na moje własne warunki. To zupełnie, jak gdyby kazano mi kogoś usunąć, a on sam wbił sobie miecz w brzuch. – Rzuciła przegarniając włosy. – Oczywiście, dziękuję za Pańską szczodrość. Obiecuję zająć się tą sprawą. – Dodała, po czym westchnęła głęboko i burknęła przez ramie pod nosem, zupełnie, jak gdyby chciała wyszeptać kryjącemu się w mroku przyjacielowi jakąś tajemnicę. – Szkoda będzie tylko tej herbaty…

- Nie lekceważ go i nigdy nie czuj się zbyt pewnie nawet ze wsparciem, które ci przydzieliłem. Daję ci pełną swobodę działania. Notes, który ode mnie dostałaś ma podwójne kartki sklejone ze sobą do wewnątrz. Między nimi są wzory moich podpisów. Jeśli zajdzie taka potrzeba możesz fabrykować rozkazy Centrali. Będziemy mieli bardzo ograniczoną łączność. Jesteś zdana na siebie.

Yuriko zachowała kamienną twarz, na krótką chwilę jedynie opuszczając spojrzenie, po czym uśmiechnęła się szeroko, pokłoniła i ruszyła w kierunku drzwi wyjściowych. W absolutnym milczeniu opuściła podziemny kompleks, w którym to mieściła się większa część gabinetów radnych Centrali, a następnie skierowała się na jedną z bocznych uliczek Seireitei. Dopiero tam zatrzymała się, zupełnie jak gdyby zapomniała drogi, po czym po dłuższej chwili pauzy cisnęła ze wściekłością pięścią o mur, wypluwając z siebie krótką wiązankę niezbyt przystojnych przekleństw.

- Proszę bardzo, Usagi Yamada… - Przyznała ostatecznie, gdy cała jej furia została już wyładowana na kamiennym murze. – To będzie twoja ostatnia wycieczka.